Kto po raz pierwszy napisał o aferze Rywina? Więcej - kto opisał w miarę dokładnie wyprawę filmowego producenta z cygarem do Adama Michnika i wydarzenia, które potem nastąpiły, łącznie ze słynną konfrontacją u premiera Millera?

Wciąż nie brakuje takich, którzy twierdzili, że zrobiła to dopiera sama "Gazeta Wyborcza" w słynnym artykule z grudnia 2003. W pół roku po zdarzeniu - gdy plotki, że taki fakt miał miejsce, huczały od dawna. Wielu obrońcom milczenia "Wyborczej" przez sześć miesięcy taka wersja pozwalała zrzucać współodpowiedzialność na innych dziennikarzy, którzy wiedzieli, słyszeli, ale milczeli.

Podobną opinię prezentowało także, choć z odwrotnymi wnioskami, wielu krytyków postępowania organu Adama Michnika, którzy dziwili się tej powszechnej ciszy. Ba, przedstawiali ją jako wyraz choroby dziennikarskiego środowiska - ostatnio zrobił to w wywiadze dla "Faktu" premier Jarosław Kaczyński.

Od Smolenia do Rywina
W rzeczywistości pierwsi napisali o tym już latem 2003 Igor Zalewski i Robert Mazurek w swojej słynnej rubryce "Z życia koalicji, Z życia opozycji" w tygodniku "Wprost". Zrobili to oczywiście w typowej dla nich konwencji groteski, opowiadając o tym tak, jakby była to scenka z życia Marsjan. Po nich zresztą tą historią zajęła się już serio Luiza Zalewska, próbując zbadać historię jako reporterka "Rzeczpospolitej". Jej starania rozbiły się o niechęć ludzi "Gazety Wyborczej" do ujawnienia czegokolwiek.

Po co o tym piszę? Bo notatka Mazurka i Zalewskiego została ostatnio przypomniana w książce Antoniego Dudka "Historia polityczna Polski 1989 - 2005". Gdyby Dudek był zakurzonym historykiem szukającym po latach odpowiedzi na rozmaite pytania w pożółkłych archiwaliach, możliwe, że by na ten smaczny tekścik w ogóle nie trafił. A że jest bystrym obserwatorem własnych czasów i na dokładkę naukowcem o temperamencie publicysty, zapewne po prostu go zapamiętał. Wystarczyło sięgnąć do odpowiedniego numeru archiwalnego tygodnika "Wprost". To przewaga historyka, który opisuje rzeczywistość dosłownie na drugi dzień po wydarzeniach.

W książce Dudka takich smaczków jest całkiem sporo. Niektóre sam pamiętałem przed lekturą - jako chyba uważny obserwator ostatnich kilkunastu lat. Inne poznałem lub przypomniałem sobie właśnie dzięki Dudkowi.










Chyba najbardziej ubawił mnie fragment tekstu, jaki śpiewał Bogdan Smoleń podczas kampanii Polskiego Stronnictwa Ludowego w 1993 roku na zaimprowizowanym weselu, na którym drużbą był sam Waldemar Pawlak: "Tak niewiele marzy się, a tu ciągle kurna źle. / Jestem jak lew, walczę za trzech, gdy spuszczę psy, to gmina drży. / By się mogło zmienić dziś, trza się skrzyknąć z wszystkich sił. / Jaśka, Kazka, Waldka też - by się stała wielka rzecz. (...) / Jestem jak śpiew. Stu gardeł śpiew. / Mam w żyach krew, Pawlaków krew?".

Niewiele tylko mniej zabawny jest przypomniany przez Dudka fragment wywiadu Jolanty Kwaśniewskiej z 1998 roku opowiadającej o karmniku dla ptaków i o swoim mężu. "Misternie zbił go i powiesił u nas na balkonie. Widziałam, że z napięciem obserwował, czy będą do niego przylatywać ptaki. Przez pierwsze dni nie było ani jednego. Kiedyś wstałam nad ranem, patrzę, są: sikorki, wróble, wrony. Zerwałam Olka z łóżka: spójrz, jesteś prezydentem wszystkich ptaków".

Dowcipy z kamienną twarzą
Żeby było jasne - książka nie jest zbiorem anegdot, żartów i kuriozalnych tekstów "z epoki", lecz solidnym "tołstym" podręcznikiem, który powinien mieć w biblioteczce każdy, kto musi od czasu do czasu sięgnąć do politycznych wydarzeń III Rzeczypospolitej. Z niej dowie się, kto miał w którym roku jaki wynik wyborczy, kto był czego ministrem i z kim Polska prowadziła w którym momencie dyplomatyczne negocjacje.

Do dygresji historyk odwołuje się od czasu do czasu - jak poważny mówca, który wrzuca do tekstu solennego wystąpienia dowcip, opowiedziany zresztą z kamienną twarzą, aby wrócić do zasadniczego wywodu. Ale to może w największym stopniu dzięki właśnie tym dygresjom, nieraz przeniesionym wręcz do przypisów, można poczuć i zasmakować ducha epoki. Bo te kilkanaście lat z wolna staje się epoką.

Dudek zauważa groteskowość plakatu wyborczego KLD z 1991 roku, na którym oblicze Jana Krzysztofa Bieleckiego kojarzyło się z horrorami, i przypomina szczególną rolę minister Teresy Kamińskiej przy boku premiera Jerzego Buzka. Przywołuje zapowiedź Lecha Wałęsy, że jego formacja BBWR zdobędzie w wyborach 1993 roku... 400 mandatów (w Sejmie jest do zdobycia 460), i zastanawia się nad dziwnym, intymnym tonem listu Anny Jaruckiej do Włodzimierza Cimoszewicza. Przyjęcie przez Sejm raportu Zbigniewa Ziobry w 2004 roku to w jego relacji również błaganie Leszka Millera skierowane do Andrzeja Leppera: "Andrzej, wyjdź!". Z kolei stosunki wewnątrz Samoobrony zilustrowane są okrzykiem, jakim Lepper żegnał Wojciecha Mojzesowicza: Wyp... cię z klubu, chamie.

I tak dalej. I tym podobnie. Można te smaczki mnożyć i mnożyć, oddając się przy okazji historycznym wspomnieniom. Można też zauważyć, że Dudek nie pominął właściwie żadnego ważnego wątku - prowadząc nas od rządu do rządu, od parlamentu do parlamentu, od kryzysu do kryzysu, od przełomu do przełomu.

Kim jest historyk
Czego mi jednak w tej książce trochę zabrakło? Pretensja to może przesadna, zważywszy na jej rozmiary, ale krwistych charakterystyk - fizycznych i psychologicznych - postaci, kiedy wprowadzane są przez Dudka jedna po drugiej na scenę wydarzeń.

To jasne, że dziś wiemy, kim jest, jak wygląda, zachowuje się, skąd pochodzi i czym się kierował Lech Wałęsa, Jarosław i Lech Kaczyńscy, Tadeusz Mazowiecki, Donald Tusk, Leszek Miller czy Jan Rokita. Ale czy będziemy to pamiętać, my, a tym bardziej ci, którzy po nas przyjdą, jutro, pojutrze? Przywołam tu dobrą tradycję historiografii amerykańskiej. Tam najpoważniejsi badacze ścigają się, kto celniej paroma kreskami narysuje pojawiającą się postać. Mam świadomość, że takie portreciki jeszcze bardziej rozbiłyby podręcznikowy porządek. Ale może należało zaryzykować?

Inna wątpliwość ma już bardziej skomplikowaną naturę. Mój promotor na studiach historycznych, profesor Andrzej Garlicki, spytał mnie, przyjmując na seminarium, którą historię Polski międzywojennej cenię bardziej: Władysława Poboga-Malinowskiego czy Pawła Zaremby. Ma się rozumieć, że Pawła Zaremby, odpowiedziałem.

Dlaczego? Nie tylko z powodu nazwiska. Także i dlatego, że Zaremba wydał mi się powściągliwy, nikogo nieosądzający, bezstronny. A Pobóg-Malinowski? Prawda, pisał pięknie, ale był zagorzałym piłsudczykiem i nie ukrywał tego na kartach swojego dzieła. Przeciwnie, opowiadał nam dzieje Polski jednostronnie, z pozycji swojego obozu.

Profesor Garlicki zadziwił mnie wówczas, informując, że on woli Poboga-Malinowskiego. Dlaczego? Nie tylko dlatego, że pisał pięknym językiem, ale jego książka miała być bogatsza, lepiej udokumentowana. To opinia Andrzeja Garlickiego, skądinąd znakomitego historyka. Można ją podzielać lub nie. Faktem jest jednak, że skomplikowała mi ona obraz świata.

Nie wiem do dziś, jakie jest powołanie historyka. Czy to odpowiednik dziennikarza informacyjnego cytującego raczej cudze niż własne opinie, przemawiającego językiem bezstronnej analizy ograniczonej do samych faktów i ewentualnie związków przyczynowo-skutkowych między nimi? Czy, zwłaszcza gdy pisze o czasach nieomal współczesnych, bardziej publicysta - opowiadający się za jednymi, a przeciw innym. Co mu wolno, a czego już nie?

Wspomniałem na początku, że Dudek ma temperament publicysty. Jednak w tej akurat książce korzysta z niego w niewielkim stopniu. Przypomina telewizyjnego reportera pokazującego materiał, gdzie padają różne racje, a on pojawia się na końcu i wygłasza krótką kwestię (zwaną stand-uperem), sprowadzającą się do myśli: mogło być tak, a mogło bardziej tak, niech każdy wybierze własną wersję.

























Tak oto podsumowuje Dudek reformę Balcerowicza. "Być może plan stabilizacyjny Balcerowicza mógł istotnie zostać przeprowadzony mniejszym kosztem społecznym, ale kwestia ta - szczególnie na tle rozmiarów zapaści ekonomicznej w innych krajach dawnego bloku radzieckiego, jest i pozostanie dyskusyjna". Taki styl przeważa i jest na ogół wzorem powściągliwości sądów, którą ja osobiście cenię i lubię. Przy okazji umyka jednak, nie jest wykorzystana, okazja do bardziej śmiałych pytań i spekulacji.

Czas na pytania
Czy dla polityki Balcerowicza było alternatywne rozwiązanie? Taka, którą proponował Ryszard Bugaj, czy może taka, którą w pewnym momencie głosili gdańscy liberałowie? Czy to polityka Balcerowicza przyczyniła się do rozmiatych patologii na pograniczu gospodarki i państwa? Czy może były to deformacje od Balcerowicza niezależne. Pierwszy przykład wątpliwości z brzegu. Bo jest ich więcej.

Co by było, gdyby rząd Hanny Suchockiej przetrwał do następnych wyborów w 1995 roku? Czy - tak jak twierdził Jarosław Kaczyński - klęska obozu solidarnościowego byłaby jeszcze większa? Czy przeciwnie - jak mówi Jan Rokita - ożywienie gospodarcze i pierwsze skutki nieśmiałych reform państwa stałyby się atutem partii wchodzących w jego skład.

Co tak naprawdę oznaczała afera Oleksego? Jaki wniosek wynika z faktu, że prawie wszyscy ludzie z bliskiego otoczenia Wałęsy w ostatnim okresie jego rządów okazali się tajnymi współpracownikami dawnej SB? Jaka jest relacja między linią polityczną poszczególnych mediów i decyzjami polityków? Czy prowadziliśmy politykę zagraniczną na czworakach, czy optymalną dla kolejnych historycznych okresów?






Celowo wyostrzam pytania. Myślę, że czytelnicy nadal czekają na różne oferty odpowiedzi, które nie są tylko doraźnym komentatorskim wrzaskiem. Także i moim.

Całkiem możliwe, że podręcznik nie jest dla nich najwłaściwszym miejscem. Możliwe, że gdyby padły, rozsadziłyby objętość i strukturę tej i tak bogatej książki.
Całkiem możliwe, że to Antoni Dudek powinien je jednak zadać. Może w kolejnym, już mniej podręcznikowym dziele?