Panowie szybko przypadli sobie do gustu, choć Rakowski nie do końca rozumiał przyczyny erupcji przyjaźni ze strony redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej", jaka nastąpiła jesienią 1989 r., a zatem w czasie, gdy PZPR już się rozpadała, a Polską zaczynał rządzić gabinet Mazowieckiego. Oto zapis Rakowskiego z 14 października 1989 r.: "Wieczorem, bez uprzedzenia, wtargnął do nas AM. Wracał z ambasady radzieckiej. Wybiera się do Moskwy. (…) AM starał się mnie przekonać, że jestem w PRL tym, »który może ten kraj wyciągnąć z dna, w jakim się znalazł«. Nie wiem, na jakiej podstawie tak sądzi. Zalecał nawiązanie kontaktu z Geremkiem, choć ostrzegał, że nie powinienem z nim tak otwarcie rozmawiać, jak my rozmawiamy. O Wałęsie powiedział, że jest to dureń (…). A w ogóle, to cele wtargnięcia do mnie określił w ten sposób: »Jadę do Moskwy (…) i przyszedłem do pana po sugestie. Z kim warto rozmawiać, co im mówić itd.«".
Rakowski nie napisał, jakich rad udzielił Michnikowi, ale z pewnością były one nacechowane troską, by ekspansywny redaktor i jego środowisko nie stali się dla Kremla bardziej wiarygodni niż gasnąca PZPR i jej lider. Tym bardziej że zbliżał się właśnie moment, w którym Rosjanie mieli udzielić Rakowskiemu pokaźnej pożyczki w twardej walucie. Powyższy cytat jest jednak ważny z innego powodu - odsłania bowiem prawdziwą naturę Adama Michnika, który dla dobranego celu politycznego nie wahał się używać tanich pochlebstw i dezawuować ludzi oficjalnie nazywanych swymi przyjaciółmi, a równocześnie z natrętnego moralizatorstwa uczynił fundament swej publicystyki. Poczynając od 1989 r., jej istotnym, by nie powiedzieć centralnym, tematem stało się niebezpieczeństwo, jakiego Michnik upatrywał w rozliczeniu epoki PRL. Wszyscy ci, którzy się tego - często w sposób mało przemyślany - domagali, byli przez redaktora "Gazety Wyborczej" obrzucani wyzwiskami, z których słowo "kłamca" należało do najłagodniejszych.
"Kłamstwo stare - kłamstwo komunistów (…) zostaje zastąpione kłamstwem nowym: kłamstwem antykomunistów rozliczających komunizm" - pisał Michnik wiosną 2000 r. To jego typowa retoryka, której zwykle towarzyszyły zwroty o "antykomunizmie z bolszewicką twarzą". W jego spojrzeniu na świat, wyznawcy komunizmu - najbardziej zbrodniczej (przynajmniej w zakresie liczby ofiar) i z pewnością najbardziej zakłamanej ideologii w dziejach świata - zostali zrównani z tymi, którzy ośmielili się mieć inne zdanie niż Michnik, co do sposobu, w jaki należało mówić i pisać o epoce PRL. Mało tego, Michnik twierdził, że dekomunizacja i lustracja były "sposobem walki o władzę poprzez szantaż i dyskryminację przeciwnika politycznego". To też jeden z jego ulubionych chwytów retorycznych, polegający na przypisywaniu przeciwnikom niskich pobudek, wśród których żądza władzy jest tylko przyczynkiem do "patologicznej nienawiści", jaką mają się odznaczać.
Poglądy głoszone przez Michnika od początku istnienia III RP budziły sprzeciw. Jednak za sprawą układu sił w mediach, jaki powstał na początku lat 90., a którego cechą była zaskakująco silna pozycja rzekomo zagrożonych polowaniem na czarownice postkomunistów, głos jego krytyków był słabo słyszalny. To była epoka, w której - jak napisał były prezes TVP Robert Kwiatkowski - "świadectwo przyzwoitości i dojrzałości do demokracji wystawiał Adam Michnik. Warto było mieć go po swojej stronie. O jego względy zabiegali nie tylko prezydent z premierem, ale i wielu innych, mniej lub bardziej ważnych polityków i postaci życia publicznego. Wśród nich i tacy jak W. Czarzasty, i - co przyznaję samokrytycznie - także ja".
W tych czasach Michnik nie przejmował się swoimi krytykami, zwykle zbywając ich argumenty pogardliwym milczeniem lub jednym z szerokiej palety lekceważących epitetów, wśród których największą karierę zrobiło słowo "oszołom". Gdy zaś polemista ugodził go dotkliwiej, wówczas w obronie naruszonej godności, dobrego imienia czy tylko samopoczucia naczelnego głos zabierał jeden z kilku dyżurnych redaktorów "Gazety Wyborczej", wyspecjalizowanych w personalnych atakach. Używając ulubionych porównań Michnika i pozostając w przyjętej przez niego konwencji historycznych porównań bez żadnych ograniczeń, można z powodzeniem odnieść ten mechanizm do metod stosowanych onegdaj przez kolejnych szefów Wydziału Prasy KC PZPR, którzy zlecali polemiki z niewygodnymi autorami.
Katastrofa nadeszła za sprawą politycznego trzęsienia ziemi, jakim była afera Rywina. Każdy, kto uważnie oglądał wystąpienia Michnika przed sejmową komisją śledczą, pamięta, jak - zeznając - redaktor "Gazety Wyborczej" wypadł z roli antykorupcyjnego kaznodziei, gdy okazało się, że nie może sobie przypomnieć zaskakująco wielu szczegółów sprawy. W ślad za tym wyszukana grzeczność, z jaką początkowo traktował posłów, wyraźnie osłabła, a jej miejsce zajęła narastająca irytacja, która swoje ukoronowanie znalazła w lekceważącym stwierdzeniu, że nie musi przecież w ogóle zeznawać przed komisją. Następne lata przyniosły nie tylko zmiany na scenie politycznej, ale i osłabienie swoistego monopolu "Gazety Wyborczej" w świecie mediów.
Najwyraźniej Adam Michnik nie potrafi się pogodzić z klęską, jaką poniosła jego antyrozliczeniowa krucjata i tym, że grono jego wyznawców zaczęło się dramatycznie kurczyć. "Chcę się spierać, ale nie chcę ciskać kamieniami. W nikogo" - pisał przed laty Michnik. Jednak czasy się zmieniły i Michnik zaczął ciskać. Wprawdzie nie kamieniami, ale pozwami sądowymi. W gronie pozwanych znalazł się redaktor naczelny DZIENNIKA Robert Krasowski, który napisał, że Michnik "poświęcił jedną trzecią życia na obronę byłych ubeków".
Czy jest to sprawiedliwa ocena człowieka, który w 1995 r. przekonywał: "Mamy obowiązek pisać o działalności Adama Humera w zbrodniczej strukturze MBP"? Gdyby w tym miejscu Michnik skończył swą myśl, byłby to koronny argument dla jego adwokata. Jednak dla Michnika był to jedynie wstęp do dalszej części wywodu, która brzmiała następująco: "Mamy wszakże również obowiązek pisać o jego [tj. Humera - A.D.] ojcu, zamordowanym przez ludzi podziemia". Jeśli przytoczone zdanie nie jest próbą usprawiedliwienia jednego z największych stalinowskich oprawców, to czemu ma służyć?