Najlepiej widać to w Rosji, gdzie wyraźnie antyamerykańska i antyzachodnia retoryka służy tworzeniu psychozy i atmosfery oblężonej twierdzy. Weźmy pod uwagę, że Rosję czekają w najbliższym czasie wybory parlamentarne i prezydenckie. Obecnej kremlowskiej ekipie chodzi więc o stworzenie nastroju zagrożenia, by odwrócić uwagę obywateli i przy pozorach zachowania zasad demokracji przeprowadzić kontrolowaną operację sukcesji władzy.
W USA, gdzie wypowiedzi polityków nie są jeszcze tak wojownicze, kwestia stosunków z Rosją to element przepychanki między Demokratami a Republikanami: ci pierwsi oskarżają administrację prezydenta Busha o to, że "straciła" Rosję i zniechęciła ją do Zachodu. Republikanie natomiast myślą o następnej kampanii wyborczej i uparcie unikają jakichkolwiek przyjaznych gestów wobec Moskwy oraz prezydenta Putina, bo nie chcą być oskarżani o wspieranie autorytarnych - ich zdaniem - rządów.
Niebawem możemy być świadkami kolejnego starcia na arenie międzynarodowej między oboma mocarstwami - w sprawie Kosowa. Jeśli Amerykanie uznają niezależność tej prowincji od Serbii, wtedy Rosja niewątpliwie uzna niepodległość Abchazji i Południowej Osetii (samozwańczych, ale wspieranych przez Kreml republik leżących na terenie prozachodniej Gruzji - przyp. red.).
W odpowiedzi USA będą wówczas forsować przyjęcie Gruzji do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Na tym się nie skończy, bo na pozostałym obszarze postsowieckim nie brakuje podobnych konfliktów. Mówiąc ogólnie - Amerykanie będą wspierać nowo powstające państwa, by ograniczyć w ten sposób wpływy Moskwy. Rosja z kolei będzie się starać różnymi środkami je od siebie ponownie uzależnić.