Dziennik Gazeta Prawana logo

Polska musi być partnerem USA

13 października 2007, 15:30
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Przed spotkaniem z Lechem Kaczyńskim George Bush poradził sobie z bólem żołądka, ale nie wiadomo, czy i jak Lech Kaczyński poradzi sobie z bólem głowy, który powinien mieć w związku z planami budowy tarczy rakietowe, pisze w "Fakcie" Tomasz Lis

Pisząc te słowa, nie wiem, co obaj prezydenci powiedzą po zakończeniu swych rozmów. Mam jednak nadzieję, że prezydent Kaczyński nie odpowie Bushowi "tak" na jego pytanie: "To mogą być w Polsce te wyrzutnie rakietowe, czy nie?". Mam taką nadzieję nie dlatego, że życzę sobie polskiego "nie" w tej sprawie, ale dlatego, że skwapliwe "tak" oznaczałoby, że kolejny raz zachowalibyśmy się wobec Ameryki jak wasal, a nie jak sojusznik i prawdziwy partner.

Mam taką nadzieję, choć zdaję sobie sprawę, że pokusa udzielenia Amerykanom natychmiastowej twierdzącej odpowiedzi wzrosła po niespodziewanej deklaracji prezydenta Putina, iż w ramach budowy tarczy rakietowej można by wykorzystać stację radarową w Azerbejdżanie. Ta deklaracja potwierdza, że Rosja wcale nie boi się tarczy rakietowej, boi się za to wszystkiego, co potwierdza, że dawne demoludy definitywnie przestały należeć do strefy wpływów Moskwy.

Czyni więc to, co zawsze. Próbuje podzielić Europę i Amerykę, podzielić państwa Unii Europejskiej i doprowadzić do izolacji Polski. Kiedyś służyła temu sprawa rozszerzenia NATO, od niedawna służy temu kwestia importu polskiego mięsa, teraz zaś służy temu sprawa tarczy rakietowej. Słysząc informację o propozycji Putina, prezydent Kaczyński być może pomyślał, że oto Rosjanie znowu chcą zastosować manewr oskrzydlający i wbić klin między Warszawę a Waszyngton. Czy w związku z tym nie lepiej byłoby powiedzieć Bushowi "tak", zostawiając na później wszelkie szczegóły? Otóż nie, i to z kilku względów.

Po pierwsze, mówiąc "tak" całkowicie osłabilibyśmy swą pozycję negocjacyjną. Po drugie, pokazalibyśmy, że nie jesteśmy graczem i podmiotem w wielkiej politycznej grze, lecz blotką i przedmiotem. Po trzecie, owe "szczegóły" nie są żadnym drobiazgiem, lecz istotą sprawy. Po czwarte, nie możemy instalacjom tarczy rakietowej w Polsce powiedzieć "tak" wyłącznie dlatego, że Rosja krzyczy "nie".

Najpierw kwestia zasad. W ostatnich latach zbyt często, zbyt szybko i za zbyt niską cenę albo wręcz za darmo mówiliśmy Ameryce "tak". Wojna w Iraku? Bierzemy udział. Wojna w Afganistanie? Jesteśmy gotowi. Nie było w tych sprawach żadnych debat, nasze bezwarunkowe "tak" podaliśmy Amerykanom na tacy, jak kelnerzy. I w związku z tym mają oni teraz skłonność, by traktować nas nie jak strategicznego sojusznika, lecz jak kelnera właśnie.

Za odpowiedź twierdzącą w każdej z powyższych kwestii nie dostaliśmy w praktyce nic. Zgodę na udział w obu misjach można oczywiście sensownie wytłumaczyć. Była to cena do zapłacenia za nasze członkostwo w NATO, które bez Amerykanów pozostałoby na papierze. Umówmy się jednak, że cenę tę już zapłaciliśmy i teraz trzeba się zacząć targować i twardo bronić naszych interesów.

Twarde stawianie polskich interesów w sprawie tarczy oznacza uzyskanie odpowiedzi na pytanie, jak zgoda na zainstalowanie w Polsce jej elementów wpłynie na bezpieczeństwo naszego kraju. Tarcza ochroni bowiem Waszyngton przed Teheranem, ale z całym szacunkiem dla amerykańskiej stolicy o wiele bardziej powinno nas obchodzić to, jak chroniona będzie polska stolica, gdy w Polsce będą już funkcjonowały amerykańskie wyrzutnie rakietowe.

Wiadomo bowiem, że gdy to nastąpi, rosyjskie rakiety będą wycelowane w nasz kraj, Moskwa wycofa się prawdopodobnie z traktatu o ograniczeniu sił konwencjonalnych w Europie, a stosunki między Polską a Rosją będą jeszcze bardziej napięte niż dotychczas. I proszę mi nie mówić, że obecność amerykańskich żołnierzy na naszej ziemi z założenia zwiększy nasze poczucie bezpieczeństwa.

Wystarczy spojrzeć, jak - zachowując wszelkie proporcje - obecność amerykańskich wojsk wpłynęła na stabilizację w Iraku. Czy w zamian za zgodę na tarczę będziemy mogli liczyć na zainstalowanie w Polsce elementów obrony przeciwlotniczej i obrony antyrakietowej przed rakietami średniego zasięgu? Czy będziemy mogli liczyć na amerykańskie inwestycje w modernizację polskiej armii? Czy polskie "tak" zagwarantuje nam, że będziemy rzeczywistym partnerem Ameryki, a nie jego satelitą? Nasze "tak" ma sens, jeśli od Amerykanów usłyszymy w odpowiedzi na te pytania trzy razy "tak".

Czasu na decyzje w sprawie tarczy jest coraz mniej, ale nie jest tak, że nie ma go już w ogóle. Doradca amerykańskiego prezydenta do spraw bezpieczeństwa narodowego, Stephen Hadley, powiedział przecież, że Bush i Putin będą rozmawiali o pomyśle skorzystania z radaru w Azerbejdżanie na początku lipca. Nie ma więc powodów, by jakąkolwiek definitywną decyzję podejmować już teraz.

Czeka nas trudna dyplomatyczna gra, wymagająca i twardości, i elastyczności. Trzeba ją jednak podjąć i w niej zwyciężyć. Jeśli to się nie uda, zamiast amerykańskim koniem trojańskim w Europie, jak często nas nazywano, możemy się okazać zwykłym wschodnioeuropejskim osłem.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj