Było to w maju 1988. W Hucie im. Lenina trwał strajk hutników. W tym samym czasie filozofowie na inny sposób protestowali przeciw komunizmowi. Na nielegalnym seminarium prowadzonym przez młodego dr. Legutkę analizowaliśmy "Etykę nikomachejską" Arystotelesa. Któregoś dnia po zajęciach szliśmy ulicą Grodzką w kierunku Rynku.

Reklama

Ostatnie promienie słońca wydobywały urodę zaniedbanych, śmierdzących kamienic. "Życie jest piękne" - powiedział w pewnej chwili Legutko. "Jest maj, świeci słońce i komunizm zdycha" - dodał. Parsknąłem śmiechem z udanego żartu. Ale kiedy spojrzałem na jego twarz, śmiech zamarł mi na ustach. Zobaczyłem bowiem, że mówi całkiem poważnie. "Zwariował. Gdzie on widzi koniec komunizmu?" -pomyślałem.

Wyśniona i nieskalana
Przytaczam tę historyjkę nie w celu sławienia proroczych zdolności Ryszarda Legutki. Tłumaczy ona mój stosunek do III RP. W maju'88 byłem całkowicie przekonany, że dożyję moich dni w znienawidzonym systemie "realnego socjalizmu". Jeśli śmiałem o czymś marzyć, to że może kiedyś moje dzieci, może wnukowie…


Kiedy w rok później komunizm rozpadł się jak domek z kart, ślubowałem resztę życia poświęcić służbie temu cudowi wolności, jakim stała się niepodległa i demokratyczna Polska. Do III RP miałem stosunek jak do pierwszej miłości: tej wyśnionej, jedynej, nieskalanej, której będę wierny na zawsze…

Nie przeszkadzały mi rysy, które psuły idealny wizerunek: nierozliczenie zbrodni komunizmu, coraz jawniejsze uwłaszczanie się nomenklatury pezetpeerowskiej, katastrofalnie wysokie bezrobocie, pierwsze "salwy zimnej wojny religijnej", szpetota polityki uprawianej już nie przez dawnych sekretarzy, ale przez bohaterów antykomunistycznej opozycji. Trudno, nieuchronne koszty transformacji - powtarzałem sobie. W końcu nikt przed nami przez to nie przeszedł. Musimy popełniać błędy. Ważne, żeby kierunek zmian był właściwy.

Miewałem chwile zwątpienia. Jedna z nich związana była z upadkiem rządu Jana Olszewskiego. Przyjąłem ten upadek z ulgą. Było dla mnie oczywiste, że dla celów politycznych ekipa Olszewskiego rozgrywa sprawę teczek. Ale równie oczywiste było i to, że po jej upadku wreszcie dokona się uczciwa lustracja. Z narastającym osłupieniem przyglądałem się, jak z miesiąca na miesiąc uchwalenie ustawy odsuwa się w czasie.

Ale w chwilach wątpliwości mogłem oprzeć się na autorytetach. To byli ludzie niezłomni jak Adam Michnik, którego więzienny list do generała Kiszczaka czytałem w latach 80. kolegom myślącym o emigracji. Albo jak wielu przedstawicieli środowiska Znaku i "Tygodnika Powszechnego", z którym związałem się tuż po studiach. Gdy powstawał rząd Mazowieckiego i gdy nie było jeszcze wiadomo, czy nie skończy się to interwencją "bratnich" armii, widziałem, jak bez wahania szli do rządu - czyli na pierwszą linię frontu. Widziałem też, jak stamtąd wracali - z pustymi rekami, do skromnych mieszkań, na głodowe pensyjki. Miałem do nich pełne zaufanie.

Czas wyrazistych konturów
Nikt mnie nie przekona, że patos tamtych miesięcy był nieprawdziwy. Dla milionów Polaków III RP była – jak dla mnie – odzyskanym po hekatombie dwóch totalitaryzmów i po półwieczu niewoli niepodległym państwem. Była po prostu wolną Polską. Tu rodziły się nasze dzieci, tu rozpoczynaliśmy normalne kariery, odnosiliśmy sukcesy, grzebaliśmy rodziców, tu siwiały nam włosy. Ale nie chodzi tylko o sentymenty.


Reklama

III RP to kraj wielkich osiągnięć. Dzięki reformom Balcerowicza zbudowaliśmy zręby wolnego rynku, których nie zdołały zniszczyć wysiłki większości następnych rządów. Czegokolwiek złego nie powiedzielibyśmy o naszym życiu politycznym, to procedury demokratyczne funkcjonują sprawnie i w miarę uczciwie. Wchodząc do NATO, zapewniliśmy bezpieczeństwo naszym granicom, którego nie znały pokolenia Polaków od wieku XVI. Po przystąpieniu do UE odzyskaliśmy należne miejsce w rodzinie narodów europejskich, zyskując zarazem szansę na skok gospodarczy.

Tych obiektywnych, historycznych osiągnięć nie wolno przekreślać. Nie można też bez nich zrozumieć fenomenu tęsknoty za latami 90. Dla milionów Polaków to były pierwsze lata, kiedy mogli normalnie pracować, dorabiać się, wyjeżdżać za granicę, czytać nieocenzurowaną prasę, głośno mówić, co myślą o rządzie, dokonywać demokratycznych wyborów… Lekceważenie uczuć tych ludzi jest i niemoralne, i głupie politycznie. Istnieje rodzaj szlachetnego przywiązania do dorobku III RP i tęsknoty za czasami, kiedy dobro i zło, biel i czerń miały wyrazistsze kontury. Nie wolno tego przywiązania deptać.

Grzech pierworodny III RP

Ale III RP miała w sobie wpisany mechanizm autodestrukcji. Jej grzechem pierworodnym było zaniechanie rozliczenia czasów komunizmu. Dla milionów z nas była to lekcja nihilizmu: skoro można było zdradzać Polskę, prześladować współbraci, niszczyć gospodarkę, a potem jakby nigdy nic w jedną noc przeobrazić się w socjaldemokratów, to znaczy, że w życiu społecznym nie obowiązują żadne normy, że nie ma sensu się poświęcać, że zawsze jest tak samo niezależnie od tego, jaki jest ustrój i kto sprawuje władzę, że liczy się tylko to, żeby samemu się urządzić. Tak zrodziły się postawy, które ks. Tischner gorzko skwitował jako triumf gatunku homo sovieticus.


Miliony innych Polaków nigdy się z tym nie pogodziły. Oznaczało to jednak, że odzyskana wolność miała dla nich smak trucizny, była nie krainą obiecaną, ale ziemią wyklętą. Często nakładało się na to rozgoryczenie związane z ekonomiczną marginalizacją czy zgroza, gdy fale konsumpcyjnej kultury masowej zaczęły podmywać opokę, jaką w czasach komunizmu był Kościół. Tak wyłaniać zaczęła się rodzina tych, którzy wolność traktowali - by ponownie skorzystać z formuły tischnerowskiej - jako "dar nieszczęsny".

Ale brak rozliczenia komunizmu skutkował nie tylko rozmaitymi wersjami deformacji moralnej. Miał także jak najbardziej realne efekty gospodarcze i polityczne. Stopniowo stawało się coraz bardziej widoczne, że nieprzecięta sieć powiązań z czasów schyłkowego PRL zaczyna oplatać instytucje gospodarcze, przenikać do mediów, tworzyć rozmaite "grupy trzymające władzę" w sferze polityki itp. W ten sposób demokratyczna Polska zaczęła przeistaczać się w "Polskę Rywina". Dekada, która rozpoczęła się tak wzniośle, dożywała swych dni w atmosferze obłudy i cynizmu.

Puste oczodoły zdrady
Jeżeli brać pod uwagę nie losy jednostek, ale dużych grup społecznych, to największymi beneficjantami lat 90. okazały się środowiska dawnego establishmentu peerelowskiego. Nie chodzi przy tym tylko o korzyści finansowe. Równie ważny z ich punktu widzenia był certyfikat moralności, jaki uzyskali od części tych, których jeszcze niedawno poniewierali po więzieniach. Okazali się "ludźmi honoru" realizującymi w czasach komunizmu inny, "taki bardziej pozytywistyczny" model patriotyzmu. Gdy dzisiaj wraca się do ich dawnych łajdactw, do odpowiedzialności za stan wojenny, gdy sądy zaczynają wydawać wyroki za zbrodnie, które tak starannie próbowali wyprzeć z pamięci, gdy znienawidzony IPN zaczyna wreszcie upubliczniać wiedzę o tym, czym naprawdę był PRL, czują się skrzywdzeni i zgorszeni. Jak to? Przecież tyle zrobiliśmy dla Polski! Jak to możliwe, że po przeszło dekadzie, kiedy rząd dusz sprawowali cywilizowani demokraci, teraz Polska wpadła w łapy "oszołomów", tych bolszewików a rebours, zajadłych moralistów szukających odwetu za własne niepowodzenia?


Do tych, którzy tęsknią za latami 90., należy też niemała niestety grupa ludzi, którzy w czasach PRL współpracowali, choćby epizodycznie, z tajnymi służbami komunistycznymi. Po roku 1989 czytając "Gazetę Wyborczą", zdołali przekonać samych siebie, że w istocie byli ofiarami systemu, a nie pomocnikami oprawców. A dzisiaj spoglądając sobie w lustrze w oczy, znów widzą puste oczodoły zdrady.

Obrażeni przez IV RP

Ale nieudolność, z jaką po roku 2005 zabrano się za lustrację, poszerzyła rzesze tych, którzy tęsknią za latami 90., o szerokie spektrum osób zmuszonych z racji pełnionego zawodu do kontaktu ze służbami komunistycznymi. Ten kontakt – niekiedy muszę to tłumaczyć co bardziej zagorzałym w antykomunizmie studentom - wcale nie musiał przecież być współpracą! Uczeni albo księża, którzy przed wyjazdem na stypendium naukowe musieli odbywać rozmowy ze smutnymi panami, czują się dzisiaj upokorzeni, że ktoś domaga się od nich wytłumaczenia z tych spotkań. Po raz kolejni czują się osaczeni przez system, który - jak wierzyli - dopaść ich mógł już tylko w sennych koszmarach. Trudno się dziwić, że wolą zatęchły spokój lat 90. od moralistycznego ferworu IV RP.


Tak samo rozumiem dobrze tych, którzy czują się codziennie obrażani przez fakt, że wicepremierem rządu może być człowiek skazywany za pospolite przestępstwa, że nad edukacją polskich dzieci czuwa ktoś, kto nie widzi potrzeby, by nastolatek nad Wisłą znał dzieła Gombrowicza lub Conrada, że pod hasłem "rewolucji moralnej" dokonuje się kolejny epizod tragifarsy, którą Jarosław Kaczyński trafnie streścił kiedyś w trzech literkach: "TKM".

Idea IV RP niosła w sobie wiele głęboko słusznych treści. Praktyka rządzenia obecnej koalicji jest ponurym szyderstwem z idei, pod którą się podszywa. Moralna i estetyczna brzydota tego rządu sprawia, że z coraz większym trudem udaje mi się przekonać wielu szlachetnych i rozumnych znajomych, iż mniej szkodliwa ta koalicja niż np. prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego - ta elegancka fasada, za którą kryło się całe szalbierstwo postkomunizmu. Największą może klęską Jarosława Kaczyńskiego jest fakt, że wielu ludzi dawnej "Solidarności" w żaden sposób nie związanych po roku 1989 z Michnikowską ideą sojuszu z "liberałami" pezetpeerowskimi, zaczyna dzisiaj z nostalgią wspominać lata 90.

Upadłe autorytety
Ostatnia wreszcie grupa "sierot po latach 90." to właśnie ci, którzy sprawowali w tamtej dekadzie rząd dusz. Niech za emblemat posłuży im - pars pro toto - środowisko "Gazety Wyborczej". To ta część dawnej antykomunistycznej opozycji, która po upadku muru berlińskiego doszła do wniosku, że prawdziwym zagrożeniem stał się niedawny sojusznik - czyli "polski ciemnogród", dotknięte wirusem endeckim katolickie masy, nietolerancyjny motłoch gotowy wznosić szubienice - jeśli nie realne, to symboliczne.


Ten strach przed "ciemnogrodem" nie był całkowicie wyssany z palca. Zbyt często zdarzało mi się słyszeć, "jak się naprawdę nazywam", bym mógł przeoczyć np. fakt istnienia w Polsce złogów antysemityzmu. Tyle że zagrożenia te jaskrawie wyolbrzymiono, a przeciwstawiając się im, sięgnięto po lekarstwa, które okazały się powolnymi truciznami. Szukając porozumienia ze środowiskami dawnych "liberałów partyjnych", otwarto drogę wszystkim patologiom, które ujawniły afery Rywina, Orlenu itp., itd.

Przez całe lata 90. siła oddziaływania "Gazety Wyborczej" skutecznie spychała na margines środowiska, które kwestionowały wizję Polski wyznaczoną esejami Adama Michnika. Cios przyszedł znienacka i ze strony najmniej spodziewanej. Kiedy do władzy doszła ekipa Leszka Millera, ludzie "dawnego ustroju" poczuli się na tyle mocni, że nie potrzebowali już listka figowego. Nadszedł czas, by pokazać właściwe miejsce "solidaruchom" - także tym, którzy po roku 1989 zapewnili postkomunistom bezpieczne przejście do wolnej Polski. Ale dawnych sekretarzy zawiodła intuicja. Natrafili na opór. Afera Rywina rozsadziła całą konstrukcję sojuszu liberalnej części dawnej opozycji z "liberalną" częścią dawnego aparatu. Polacy zobaczyli, że król jest nagi.

Z pewnością wiele upadłych autorytetów tęskni za czasami, gdy nikt nie odważał się kwestionować ich sądów. Ale te czasy już nie wrócą. Tak jak nie wrócą lata 90. z całym ich początkowym pięknem, z wielkością, z gasnącym patosem, a w końcu z chorobą, która odebrała im siłę i urok.