Nie wiem, jaką kalkulacją kierował się Sojusz. I, prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi. Wiem jedno: partia Wojciecha Olejniczaka totalnie się w ten sposób skompromitowała. Tylko po to, żeby podkreślić swój sprzeciw wobec rządzącej koalicji, odmówiła jej poparcia w sprawie, w której ręce podali sobie nawet najzaciętsi przeciwnicy. W sprawie, która ponad wszelką wątpliwość leży w naszym interesie i jest warta mocnej i zdecydowanej obrony bardziej niż cokolwiek, co dotąd zrobił ten rząd. Jeśli ktoś potrzebowałby przykładu, co to jest racja stanu, to ten jest najlepszy: racją stanu jest wynegocjowanie systemu głosowania lepszego niż ten, jaki nam się dziś proponuje.
Kto wspiera rząd w tej kwestii, działa w imię racji stanu. SLD tego najwyraźniej nie rozumie. Twarde postawienie sprawy - przed którym w naszej sytuacji nie wahałaby się z pewnością ani Francja, ani Niemcy, ani Włochy czy inny duży kraj UE - nazywa "szantażem". Tłumaczenia i uzasadnienia liderów SLD były żałosne i żenujące. Tu nie zagrał już nawet partyjny interes, ale, za przeproszeniem, interesik, żałosny i malutki.
Wielkie brawa należą się natomiast Platformie, która poparła rząd. Przypomina się pamiętna debata Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska w "Fakcie". Lider Platformy deklarował wtedy poparcie w sprawach najbardziej zasadniczych i słowa dotrzymał. Brawa należą się też Romanowi Giertychowi, który przystał na projekt uchwały zgłoszony przez PO. Wzniósł się ponad doraźne gierki, rozumiejąc też pewnie, że inna postawa nie przysporzyłaby mu popularności.
Wiem, że spory zaczną się zaraz od nowa i że ten rozejm to odosobniony przypadek. Wiem, że u jego źródła leży też dbałość o własny wizerunek. A mimo to dawno nie czułem się tak zbudowany. Jakie to polskie: w momentach najważniejszych stać nas na połączenie się. Brawo, Panie i Panowie!