Mocny wpis po decyzji MEN
Iskrą zapalną była zapowiedź zmian w programie nauczania. Minister edukacji potwierdziła, że edukacja zdrowotna stanie się obowiązkowym przedmiotem, ale z istotnym wyjątkiem.
"Szlag człowieka trafia, jak patrzy na to, co dzieje się w edukacji" — napisała Pełczyńska-Nałęcz w mediach społecznościowych, odnosząc się do tej decyzji. W jej ocenie obecne rozwiązanie nie jest niczym nowym. Jak podkreśliła, podobny pomysł był już wcześniej proponowany.
"Rok temu jako Polska 2050 mówiliśmy: edukacja zdrowotna powinna być obowiązkowa poza modułem edukacji seksualnej. Co na to mówiło Ministerstwo? "Nie". Wszystko ma być obowiązkowe... Po czym Barbara Nowacka zmieniła zdanie i wszystko stało się dobrowolne. Po roku większość uczniów wypisało się z edukacji zdrowotnej, a sam przedmiot stał się niestety memem" — napisała. I dodała: "teraz MEN oferuje rozwiązanie, które było na stole rok temu".
Co dokładnie zmieni się w szkołach?
Zgodnie z zapowiedzią Barbary Nowackiej, nowy przedmiot ma pojawić się od czwartej klasy szkoły podstawowej i być kontynuowany w szkołach ponadpodstawowych.
Program zostanie podzielony na dwie części:
- obowiązkową edukację zdrowotną,
- nieobowiązkowy moduł dotyczący zdrowia seksualnego.
Jak wyjaśniła minister, ta druga część ma stanowić niewielki fragment całości — około jednej dziesiątej programu. Decyzję o uczestnictwie w zajęciach z edukacji seksualnej podejmą:
- rodzice — w przypadku niepełnoletnich uczniów,
- sami uczniowie — jeśli są pełnoletni.
Co znajdzie się w programie?
Resort edukacji zapowiada, że główny nacisk zostanie położony na praktyczne aspekty zdrowia. Wśród tematów mają znaleźć się:
- higiena i profilaktyka,
- aktywność fizyczna,
- zdrowie psychiczne,
- zasady prawidłowego odżywiania.
To kierunek zgodny z rekomendacjami międzynarodowych instytucji, takich jak WHO, które od lat wskazują, że edukacja zdrowotna powinna być jednym z fundamentów systemu szkolnego.
Drugi front sporu: smartfony w szkołach
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz odniosła się także do planowanego ograniczenia używania telefonów komórkowych w szkołach.
"To samo. Wszyscy widzą jaką demolką psychiczną jest uzależnienie młodzieży od ekranów. Wiele krajów już chroni uczniów i takie rozwiązania wprowadziło. Tymczasem w Sejmie od pół roku leży nasz projekt ustawy w tej sprawie. Projekt jest mrożony przez partyjną koleżankę Minister Nowackiej - Panią Szumilas w Komisji Edukacji" — napisała. Jej zdaniem problemem nie jest brak pomysłów, lecz tempo i sposób ich wdrażania.
"Taki tryb pracy naprawdę mija się z sensem"
Minister funduszy zarzuca resortowi edukacji brak współpracy i opóźnianie działań.
"Ale minister edukacji nie weźmie przecież projektu innego koalicjanta, tylko zacznie wielotygodniowe prace nad nowym. W efekcie jeśli zakaz smartfonów w szkołach w ogóle wejdzie, to w ostatniej chwili (zostało nam dwa miesiące roku szkolnego), bez czasu na przygotowanie dla szkół i nauczycieli" — podkreśliła. I dodała: "taki tryb pracy naprawdę mija się z sensem".
Na koniec zasugerowała inne podejście do legislacji:
"Więc może tym razem warto zrobić rzeczy inaczej? Pójść zgodnie koalicyjnie z projektem, który jest w Sejmie nie zważając na to czyj to projekt. Wprowadzić zmiany do szkół na czas. Z korzyścią dla edukacji, uczniów i rodziców. Uprzedzając pytania: tak, próbowaliśmy porozmawiać z ministrą Nowacką przy zamkniętych drzwiach. Minister odrzuciła zaproszenie na nasz klub w Sejmie".