Nie mogło być inaczej, i to z kilku powodów. W kluczowej dla obu stron kwestii budowy elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach po prostu nie ma miejsca na kompromis, i to po żadnej ze stron. Jedyne pytanie, to: budować, czy nie budować?
Jakiekolwiek dyskusje na temat ewentualnej zmiany lokalizacji są całkowicie bezsensowne. Wszyscy doskonale wiedzą, że z czysto strategicznego punktu widzenia Europa Środkowo-Wschodnia jest idealnym miejscem na budowę i radaru, i wyrzutni rakiet ze względu na optymalne oddalenie przede wszystkim od Iranu. Zapewnia doskonałą osłonę amerykańskich baz na południu Europy znajdujących się w zasięgu rakiet irańskich.
Propozycja Władimira Putina, by umiejscowić radar na terytorium Azerbejdżanu, a ewentualne dalsze elementy nawet w samej Rosji, była tylko sprytnym dyplomatycznym chwytem - obliczonym na pokazanie zachodniej opinii publicznej, że rosyjski prezydent jest otwarty na negocjacje - a nie poważną ofertą.
Raz, że azerbejdżańska instalacja jest przestarzała i tamtejszy rząd chce ją zamknąć, a nie rozbudowywać. Dwa - Azerbejdżan graniczy z Iranem. Baza antyrakietowa umiejscowiona w tym kraju byłaby zbyt blisko wyrzutni wroga, by zareagować w razie ataku zapoczątkowanego przez władze w Teheranie.
I wreszcie kontrolowałoby ją nie tylko amerykańskie dowództwo, ale także, a nawet przede wszystkim Rosjanie, a na to Pentagon ani żaden amerykański przywódca nigdy by się nie zgodził. Putin doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Co nie oznacza, że Rosjanie nie zostaną ostatecznie w jakiś sposób włączeni do projektu tarczy. Wszak nawet Ronald Reagan proponował przywódcom ówczesnego Związku Radzieckiego współpracę przy budowie systemu przeciwrakietowego będącego częścią projektu gwiezdnych wojen.
Jednak nie tego chcą Rosjanie. Oni nie opierają się budowie tarczy ze względu na jakieś potencjalne zagrożenie militarne, bo wiedzą, że nie stwarza ona dla nich takiej groźby. Dla Kremla sprzeciw wobec budowy tarczy w Polsce i Czechach jest kwestią honoru, a nie obronności, dlatego nie są skłonni wysłuchać racjonalnych argumentów i pójść na rozsądny kompromis. Moskwa nadal nie pogodziła się z tym, że dawni satelici w Europie Środkowo-Wschodniej wymknęli się z jej strefy wpływów.
Rosjanie są urażeni planami budowy baz amerykańskich na terytorium "bliskiej zagranicy" bez konsultacji z nimi. Byłoby to bowiem jednoznaczne z przyznaniem, że nie mają już na dawnych wasali i członków Paktu Warszawskiego najmniejszego wpływu. A choć stali się oni sygnatariuszami NATO i biorą udział w jego operacjach, to na ich terytorium nie ma większych instalacji wojskowych. Tarcza zmieniłaby tę sytuację i Kreml będzie w tej kwestii bardzo pryncypialny. Trudno powiedzieć, jak zakończy się ten spór.
Jak na razie wydaje się, że również inne istotne kwestie nie zostały zamknięte na szczycie, zastrzegając oczywiście, że nie wiemy, jaki był wynik negocjacji toczonych za zamkniętymi drzwiami. Nie dokonano żadnego postępu w kwestii niezależności Kosowa ani sankcji wobec Iranu. Po prostu moment spotkania obu przywódców został wybrany niewłaściwie. Nie przygotowano także pod nie gruntu. Teraz trzeba negocjować nie na samym szczycie, ale na znacznie niższych szczeblach: podczas spotkań ekspertów, wojskowych, etc.
Problem polega jednak przede wszystkim na tym, że USA nie są właściwie w stanie przeciwstawić się agresywnej polityce zagranicznej i wewnętrznej Kremla. Miłe słówka o przyjaźni obu przywódców, spotkania w uroczej nadmorskiej rezydencji rodziny George’a W. Busha i uprzejme pomijanie sprawy przestrzegania praw człowieka w Rosji nie mają na rosyjskiego przywódcę żadnego wpływu.
To Władimir Putin ma obecnie przewagę w stosunkach z USA i Zachodem w ogóle. I doskonale o tym wie. Nie dałby się również zastraszyć ostrzejszą retoryką, bo za mocnymi słowami musiałyby pójść czyny. Tych zaś brak.