Sporu Kittla z obecnym kierownictwem "Rzeczpospolitej" ocenić nie jestem w stanie. Choćby dlatego, że nie podaje żadnych konkretów. Klarowności całej sytuacji nie zwiększa też fakt, że dziennikarz w "Rzepie" pozostaje, i to również, jak słyszę, po tym mocnym oskarżeniu.
Ale warto odnieść się do całej wizji obecnych czasów namalowanej dramatycznie przez Kittla. "Dziś pytam siebie: gdzie są nasze ideały? Dlaczego dziennikarstwo stało się zawodem prostytutki władzy. Dlaczego określenie <dziennikarz śledczy> staje się etykietką pudla warującego na progu sekretariatu ministra, czekającego na ochłap z pańskiego stołu. Dlaczego praca w prorządowych mediach staje się powodem do dumy, a nie wstydu". Dalej mowa jest o wrzucaniu do internetu zmanipulowanych informacji, o przewalaniu i wstrzymywaniu tekstów, i o kierownictwach redakcji "pijących aperitify z władzą".
Czy ja się zgadzam z tą wizją? Poszczególne jej elementy są zapewne prawdziwe. Potrafiłbym wskazać, o jakie redakcje czy o jakich dziennikarzy chodzi autorowi. Rzecz w tym, że poszczególne zarzuty dotyczą różnych firm i zdarzeń, które trudno sprowadzić do wspólnego mianownika. Polemikę utrudnia fakt posługiwania sie uogólnieniami. Uogólnienia sprzyjają budowaniu nastroju grozy.
I tu moja największa pretensja. Ogłaszanie takich spostrzeżeń w tonacji alarmu sugeruje, że Bertold Kittel odkrywa nowe zjawisko. Że dostrzegł coś, czego wcześniej nie było, albo co
stanowiło niewiele znaczący margines. To czyni jego tekst miejscami kabaretowym. Bo czy doświadczony dziennikarz może twierdzić, że nagle zauważył aperitify z władzą, skoro pięć lat temu
przed komisją śledczą opowiedziano z detalami o grillach kierownictwa Agory z Leszkiem Millerem. Grillach, które były równocześnie negocjacjami o kształcie medialnego prawa. Czyli już nie
takie nowe. A może po prostu - i niestety - normalne, co nie znaczy godne pochwały czy choćby obojętności.
Jednak owa demoniczność ma oczywisty kontekst polityczny, Kittel twierdzi, że to obecna władza znieprawiła media. Też nie jest to teza szczególnie odkrywcza. Jacek Żakowski w Radiu Tok FM
wraz ze swymi zwykle jednomyślnymi gośćmi zdążył to już ogłosić na setki sposobów i obrzucić wielu dziennikarzy z nazwiska obelgami. Skąd więc ta nieśmiałość Bertolda Kittla?
Trudno nie zauważyć zjawisk nad wyraz niepokojących - choćby pożerania przez PiS publicznej telewizji. Pisałem o tym nieraz. Ale też nie pierwsze to tego typu zdarzenie, a dawne gwiazdy telewizji Kwiatkowskiego są dziś czołowymi obrońcami wolności słowa. Mnie dziwi przede wszystkim ta dorozumiana sugestia, że kiedyś było wspaniale, a teraz się popsuło.
Przewalanie tekstów? Kittel nie zauważył choćby wspomnień Jacka Łęskiego, który opowiadał o swoich początkach w "Gazecie Wyborczej", gdy zmagał się z aferami, a jego przełożeni robili wszystko, aby to utrudnić. Oni "tylko redagowali", a nie dotyczy to przecież tylko gazety Michnika. W zbyt wielu miejscach obaj pracowaliśmy, żeby tego nie wiedzieć. Występowanie dziennikarzy w roli skrzynki kontaktowej ministrów? Naganne, i każdy z nas umie odróżnić takie teksty od solidnej roboty dziennikarskiej. Ale, powtórzę, przecież żyjemy w tym samym świecie - ja i Kittel. W 1997, 1999 czy 2002 roku równie łatwo było rozpoznać źródła gotowców publikowanych przez niektórych znanych autorów, także śledczych. Że nie podaję większych konkretów? Kittel też nie.
Każda taka debata kończy się na wspominkach historycznych. Ja będę bronił swojego prawa do pamięci. Co innego obwieścić: jest źle. A co innego ogłosić: tak źle jak teraz nigdy nie było. W tym drugim przypadku jest się skazanym na zderzenie własnego wrażenia z pamięcią innych.
Setki razy przywoływałem przykład TVP z 1993 roku nadającej 5 razy w tygodniu program przygotowywany przez dziennikarzy "Polityki". Można było wtedy wybierać miedzy Paradowską i Baczyńskim.
Twierdzę, że dziś z różnych powodów - napływu zagranicznego kapitału, zmiany świadomości wielu dziennikarzy pod wpływem afery Rywina - mamy bardziej pluralistyczny rynek mediów. Władza, każda władza, choćby się bardzo starała, nie położy łapy ani na informacji, ani na komentarzach. Nie ma więc powodu do lamentów. Choć warto być czujnym.