Czemu jednak znamienici polscy prokuratorzy natrafili na tak istotny problem polskiej demokracji dopiero dzisiaj? Próbowałem znaleźć protesty podpułkownika Parulskiego, a także innych zasłużonych prokuratorów zasiadających we władzach stowarzyszenia, przeciwko działaniom ministra sprawiedliwości Jaskierni, który taśmowo "usypiał" śledztwa mogące obciążyć jego partyjnych kolegów. Próbowałem znaleźć analogiczne protesty przeciwko działaniom ministra Kalwasa mianującego na kluczowe stanowiska w prokuraturze krajowej najbardziej dyspozycyjnych prokuratorów z okresu późnego PRL, dla których SB zawsze było wyższą instancją niż prawo stanowione. Nie znalazałem takich protestów i ten fakt nie napawa optymizmem.
Zgoda, w IV RP miało być inaczej. Mnie samego niepokoją poranne najazdy na mieszkania "przestępców w białych kołnierzykach" dokonywane w rytmie zbyt ostentacyjnie zależnym od politycznych zapotrzebowań. Z drugiej jednak strony cieszy mnie dokonywana przez Ziobrę wymiana pokoleniowa w prokuraturze, a także likwidacja szerokiej w III RP kategorii świętych krów, wobec których ręka prokuratora zawsze była za krótka.
Ja naprawdę nie wiem, czy za ministra Ziobry rzeczywiście jest w prokuraturze gorzej, czy może lepiej niż za Jaskierni albo Kalwasa. I właśnie dlatego chciałbym mieć pewność, że władze Stowarzyszenia Prokuratorów RP rzeczywiście piętnują strukturalne patologie polskiego wymiaru sprawiedliwości, a nie jedynie cynicznie przyłączają się do orkiestry mającej wykończyć "tych strasznych Kaczorów". A obawiam się, że kiedy już "te straszne Kaczory" przestaną rządzić, a patologie prokuratury pozostaną albo nawet ulegną pogłębieniu, to odważni krytycy IV RP, którzy milczeli jak grób w Polsce Rywina, znów nabiorą wody w usta.
Ale w tym samym numerze "Wyborczej" znajduję wybuch oburzenia w jeszcze innej sprawie. Rafał Zakrzewski nie może przyjść do siebie po powołaniu przez premiera Jarosława Kaczyńskiego profesora Andrzeja Zybertowicza na funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa państwa. I znów problemem jest nie to, że ktoś się oburza, ale styl i wiarygodność owego kwiecistego wybuchu. Z Zybertowiczem warto w wielu kwestiach polemizować, ale Zakrzewski tego nie robi. Samo powołanie toruńskiego socjologa na doradcę ds. bezpieczeństwa jest dla niego tak samo zabawne, jakby premier powołał na to stanowisko Krzysztofa Kononowicza. Zybertowicz to dla Zakrzewskiego "ezgotyczny egzemplarz", który "wykryje zapewne niejeden spisek".
Problemem nie jest nawet osobisty brak klasy red. Zakrzewskiego, ale to, że coraz więcej ludzi, o coraz mniej znanych nazwiskach jest ośmielanych do takich zachowań przez jakiś salonik, w którym zarówno lista autorytetów, jak i lista "oszołomów i egzemplarzy egzotycznych" jest zapewne wywieszona na bardzo dużej tablicy, co pozwala szybko zapamiętać nazwiska należące do każdej z tych kategorii. Gdyby Rafał Zakrzewski oderwał na chwilę wzrok od tej wielkiej tablicy i wrócił do czytania książek, mógłby się dowiedzieć, że jego "egzotyczny egzemplarz" Andrzej Zybertowicz jest współautorem książki "Prywatyzacja państwa policyjnego" opublikowanej w 2000 roku przez renomowane wydawnictwo naukowe, londyńską oficynę Palgrave Macmillan. Książka ta jest dzisiaj jedną z najbardziej cenionych na Zachodzie prac na temat transformacji ustrojowej w Polsce.
Cenioną także dlatego, że jest jedną z nielicznych prac analizujących udział służb w polskiej transformacji, temat omijany skwapliwie przez wielu polskich socjologów, którzy na tablicy redaktora Zakrzewskiego figurują po stronie "autorytetów".
Wpadając w pułapkę towarzyskich zdziwień i oburzeń, ryzykujemy utratę kontaktu z rzeczywistością nieco rozleglejszą niż ściany naszego saloniku, w którym panuje pełna zgoda co do tego, komu należy wierzyć bez czytania jego książek, a kim bez czytania jego książek można bezpiecznie pogardzać.