Polska pozycja w Unii Europejskiej została osłabiona, ponieważ polityk niemiecki wykorzystał "dźwignię" agenturalnej przeszłości Józefa Oleksego, by wywrzeć wpływ na
jego zachowanie. W ten sposób - grożąc ujawnieniem informacji o współpracy byłego premiera RP z komunistycznymi specsłużbami, ówczesny przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu
Europejskiego Elmar Brok zablokował kandydaturę Oleksego na ważną funkcję w PE. Taką historię sprzed kilku lat opisał niedawno na swoim blogu europoseł Ryszard Czarnecki. Nie sposób
przecenić wagi tej informacji. Wybitny dziennikarz i analityk brytyjski Timothy Garton Ash krótko po objęciu władzy przez PiS opublikował artykuł, w który wyraził zaniepokojenie co do
mechanizmu przytoczonego teraz przez Czarneckiego, jednocześnie wskazując, że SLD w polityce zagranicznej zachowywało się "rozsądnie".
Dziś należy spytać, czy ów "rozsądek" miał takie same źródła, co zachowanie Oleksego? Przecież zachodnie kręgi opiniotwórcze były świadome agenturalnych uwikłań
postkomunistów. Jednak ani kapitał zachodni, który napłynął do Polski na początku lat 90., ani politycy zachodnioeuropejscy nigdy głośno i konsekwentnie nie stawiali problemu rozliczenia z
przeszłością komunistyczną i z agenturą. Dlaczego tak było? Informacja z blogu Czarneckiego daje klucz do odpowiedzi.
Być może wiele posunięć polityków postkomunistycznych, np. ich skwapliwość we wchodzeniu do NATO i do Unii Europejskiej, ich miękkość w prowadzeniu polityki zagranicznej, miało swoje przyczyny w tym, że stosowano wobec nich dźwignię lustracyjną. Postkomuniści dobrze wiedzieli, że środowiska niepodległościowe w Polsce podchwycą każdy głos płynący z UE i NATO, który by wzmacniał program lustracji i dekomunizacji. Zapewne gotowi byli do wielu ustępstw, by takiego głosu nie było.
Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie ustawy lustracyjnej jest tylko jedną z możliwych interpretacji prawniczych. Takie orzeczenie jednak nie tylko opóźnia lustrację, ale także (z
czego członkowie Trybunału mogą nie zdawać sobie sprawy) stanowi zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa narodowego.
Sędziowie TK zapewne kierowali się dobrymi intencjami, chcąc oczyścić ustawę lustracyjną z rzeczywistych wad. Doprowadzili jednak do tego, że przez Polskę przechodzą lustracyjne konwulsje
związane z domysłami dotyczącymi tzw. listy 500. (Zresztą hałas wokół tej listy jest zupełnie nieproporcjonalny do tego, co powiedział na jej temat prezes IPN).
W Polsce lustracja postrzegana bywa głównie przez pryzmat rozliczeń, racji moralnych, odsłaniania prawdy o mechanizmach PRL-u etc. Zbyt rzadko uświadamiamy sobie, że jest to kwestia istotna z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego, na przykład w zakresie bezpieczeństwa energetycznego. Ci, którzy od r. 1989 konsekwentnie opóźniali lustrację, poważnie narażali na szwank nasze interesy narodowe. Umożliwiali bowiem pełnienie funkcji kierowniczych w państwie osobom, wobec których inne państwa albo wielkie korporacje mogły stosować wspomnianą "dźwignię". Krótko mówiąc, brak lustracji zwiększał potencjał szantażu.
Nie przywołałbym blogu Ryszarda Czarneckiego, gdyby Józef Oleksy jednoznacznie zaprzeczył temu, co tam napisano. Na to się jednak nie zdobył. W tym właśnie kontekście przypomina się
fragment rozmowy Oleksego z Aleksandrem Gudzowatym. Oleksy w pewnym momencie stwierdza: "gangi kosmopolityczne rozkradły Polskę". W świetle rewelacji Czarneckiego wygląda na to,
że Oleksy aż za dobrze wie, o co tu chodzi. W III RP politycy, których można było szantażować, podejmowali ważne decyzje administracyjne, prywatyzacyjne i legislacyjne, które dawały
nienależne preferencje różnym podmiotom politycznym lub gospodarczym.
Kilka lat temu "Polityka" pisała o umowie podpisanej przez polski rząd w czasie, gdy Andrzej Olechowski był ministrem finansów. Dawała ona preferencyjne warunki funkcjonowania
na naszym rynku korporacji Fiat. Czy jest przypadkiem, że przy wątpliwym przedsięwzięciu znowu widzimy byłego agenta tajnych służb PRL-u? Wspomniana sprawa przypomina sytuacje w krajach
Trzeciego Świata, gdzie wielkie korporacje dostają od władz państwowych uprzywilejowane warunki na rynku krajowym.
Spójrzmy więc na lustrację z punktu widzenia strategicznych międzynarodowych interesów Polski. W dotychczasowych dyskusjach wokół lustracji ten wymiar nie jest dostatecznie podkreślany. Hipoteza o ważnej roli wymiaru geostrategicznego znajduje potwierdzenie w historii rządu Jana Olszewskiego. Otóż premier Olszewski wielokrotnie podkreślał, że faktyczną przyczyną obalenia jego gabinetu nie było ujawnienie listy Antoniego Macierewicza. Że tak naprawdę chodziło o zablokowanie przez tamten rząd możliwości tworzenia na terenie Polski spółek rosyjskich na terenie byłych baz Armii Radzieckiej. Spółki takie, oparte na zasadzie eksterytorialności, ograniczałyby polską suwerenność. Kto dziś pamięta, że zwolennikiem takiego rozwiązania był ówczesny prezydent kraju?
Cywilizowana lustracja w Polsce jest więc konieczna, ale czy nadal możliwa? Ostatnio większość bodaj polityków mówi o pełnym otwarciu archiwów. Może to grozić rozmyciem lustracji. Otwarcie archiwów na oścież ułatwi tworzenie szumu informacyjnego. Mediom będzie się rzucało na pożarcie mało ważne postacie, np. samorządowców, a główni rozgrywający, posiadający najsilniejsze sieci powiązań, zaginą gdzieś w tle. Interpretację zawartości archiwów będą narzucały media. To one przecież decydują, co powtarzać wiele razy, a co powiedzieć raz albo przemilczeć. Obawiać się można, że przy słabości legislacyjnej naszego Sejmu i przyciśnięciu zwolenników lustracji do muru przez Trybunał Konstytucyjny może nie być innego wyjścia.
Ostatnio mieliśmy szum wokół listy 500. Zamieszanie wynika m.in. z różnicy w podejściu do lustracji między badaczami a sądami. Sądy przy ocenie oświadczeń lustracyjnych wszelkie wątpliwości (np. biorące się ze zdekompletowanych materiałów) rozstrzygają na korzyść lustrowanego. Badacze są w stanie określić bardziej złożone sytuacje: ktoś w pewnym okresie udzielał informacji służbom PRL, potem ochłonął, znalazł siłę charakteru, zerwał się z uwięzi, ale wciąż to na nim ciążyło i mogło wywierać wpływ na jego postawę w III RP. Lista 500 jest wynikiem dociekań badawczych. Jeśli IPN ma ewidencję, z której wynika, że poseł X czy były prezydent był zarejestrowany, to musi to uwzględnić i szukać dalej. W sytuacji, gdy znaczna część akt dawnych służb jeszcze nie jest przestudiowana, nadal odnajdywane są nowe informacje. Nawet jeśli podstawowe dokumenty czyjejś agenturalnej współpracy zostały "zagubione", to wiele można ustalić na podstawie innych rozproszonych dokumentów. Natomiast sądy opierają się na informacjach dostępnych tylko w danym momencie i muszą podejmować uproszczone decyzje: popełnił ktoś kłamstwo lustracyjne, czy też nie.
Osobny problem to kwestia siły charakteru polskich sędziów. Po uchwaleniu ustawy lustracyjnej w 1997 r. przez dwa lata nie potrafiono znaleźć w całym kraju 21 sędziów do sądu lustracyjnego. To pokazało niedobrą presję środowiskową i niski poziom odwagi cywilnej wielu osób. W 2003 r. prof. Andrzej Rzepliński zauważył: "Znamienne, że środowisko sędziowskie nie wygenerowało ludzi pokroju Di Pietro czy Falcone. Nie ma w Polsce sędziego, który byłby dla obywateli symbolem uczciwości, profesjonalizmu, niezależności". To znamienne, że w kilkutysięcznym polskim środowisku sędziowskim nie pojawił się nikt, kto zbudowałby sobie reputację dzięki determinacji np. w wyjaśnianiu największych afer. Najwyraźniej mechanizmy doboru kadr w sądownictwie, w tak fundamentalnym obszarze dla demokracji, wiele pozostawiają do życzenia. To także ważny czynnik zmniejszający szanse na dobrą jakość lustracji prowadzonej według cywilizowanych procedur.
Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta RP ds. bezpieczeństwa państwa, profesor socjologii, Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika w Toruniu