Choć polski proamerykanizm jest godny podziwu, bracia Kaczyńscy nie mogą popełnić błędu i ulegać nadmiernie prezydentowi Bushowi.
Oczywiście w interesie Polski leży współpraca z każdym amerykańskim przywódcą, ale nie można mylić utrzymywania bliskich stosunków ze Stanami Zjednoczonymi z poparciem dla konkretnego
prezydenta. Taka personifikacja Ameryki to błąd. Polacy chcą być jednak czasem świętsi od papieża i potrafią niepotrzebnie zaangażować się w projekty, które nie mają nawet poparcia
amerykańskiego Kongresu. Dlatego powinni nadal zachowywać ostrożność, choćby w sprawie poparcia tarczy antyrakietowej.
Powodów jest kilka. Prezydent Bush argumentuje, że projekt tarczy trzeba zrealizować jak najprędzej, bo zagrożenie uderzeniem ze strony Iranu jest bardzo realne. Tymczasem - jak wszystko na to wskazuje - jedynym czynnikiem, który narzuca sztywny kalendarz realizacji tej inwestycji, jest ideologia. Bush chce, by jak najwięcej prac wykonać za jego kadencji, bo liczy, że następnemu prezydentowi trudniej będzie zdemontować bazę.
Nie warto więc ulegać złudzeniom, bo pośpiech przy tej inwestycji nie jest usprawiedliwiony żadnym realnym niebezpieczeństwem. Nie widać przecież na razie konkretnego zagrożenia ze strony Iranu, a zresztą technologia obrony antyrakietowej nie jest jeszcze dopracowana. Mało tego, nawet gdyby negocjacje między między Polską i USA przebiegały bardzo sprawnie - projekt nie ma szans na realizację przed odejściem Busha z Białego Domu. Tego typu instalacje powstają latami. Do końca 2008 roku w Polsce powstaną być może jakieś wykopy, fundamenty, ale nic więcej.
Dla następcy Busha będzie to pewnie argument, by wstrzymać prace. Były już podobne precedensy - w 1976 roku z powodu zmiany administracji zamknięto inną bazę obrony antyrakietowej w Północnej Dakocie, choć wydano na nią kwotę odpowiadającą obecnym 22 mld dolarów! Taki był wynik zmiany polityki Białego Domu, a także nacisków wojskowych - fundusze przeznaczono na to, co rzeczywiście jest potrzebne, a nie na drogie zabawki. Warto o tym pamiętać, bo jeśli demokratyczny kandydat wygra wybory w 2008 roku, Stany Zjednoczone z pewnością wycofają się z projektu budowy tarczy i radykalnie zmienią amerykańską politykę zagraniczną.
Nowy prezydent będzie chciał powrócić do negocjacji z Rosją: wznowić rokowania o rozbrojeniu nuklearnym i porzucić unilateralną politykę, w której USA nie musiała się liczyć z interesem innych. Na pewno podjęta zostanie także próba wycofania się z Iraku, bo ostatnie 7 lat było na tym polu absolutną porażką i żaden znaczący kandydat do prezydentury nie rozważa już utrzymania tam poważnych sił amerykańskich. Polska już teraz powinna z tego wyciągnąć wnioski i odwołać swój kontyngent z Iraku.
I nie powinna polskim przywódcom spędzać snu z powiek obawa, że spowoduje to pogorszenie stosunków z USA - wiadomo, że każdy kraj dba przede wszystkim o własne interesy. Również fakt,
że Polska jest dziś kojarzona z poparciem dla prezydenta Busha i szerzej obozu neokonserwatystów, nie będzie miał wpływu na stosunki z nowym prezydentem, jeśli będzie on demokratą. Tu
obowiązuje absolutnie pragmatyczne myślenie. George Bush nie miał przecież za złe premierowi Blairowi, że wcześniej był bliskim przyjacielem Billa Clintona. Podobnie będzie i w stosunkach
polsko-amerykańskich.
Joseph Cirincione jest wiceprezesem ds. polityki bezpieczeństwa ośrodka Center for American Progress, jednego z głównych waszyngtońskich instytutów badawczych związanych z Partią Demokratyczną