Prezydent USA jest nie tylko głową państwa, ale także szefem rządu i naczelnym dowódcą sił zbrojnych. Więc jeżeli powiedział np.: "Lechu, będziesz miał swoje pięć baterii rakiet przeciwlotniczych "Patriot" (lub THAAD) i umowę wojskową polsko-amerykańską", to na tych słowach rzeczywiście można by polegać. Pod warunkiem oczywiście, że zostałoby to sformułowane na piśmie i później dyplomaci przekuliby to na zapisy umowy.
Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej. Sama tarcza, bez pakietu towarzyszącego, który wzmocni polskie bezpieczeństwo, byłaby dla nas niekorzystna. To dlatego, że zwiększa ryzyko ataku wrogów USA na Polskę. Poza tym tarcza ma służyć bezpieczeństwu Stanów Zjednoczonych, i to bezpieczeństwu wobec krajów, z którymi mają zadawniony spór, takimi jak Korea Północna i Iran. Polska ma z tymi krajami poprawne stosunki i nie czuje się przez nie obecnie zagrożona.
Jeżeli jednak prezydent uzyskał decyzje dotyczące wzmocnienia zdolności obronnych Polski, to tarcza staje się dla naszego kraju korzystna. Co prawda, zwiększałoby się ryzyko dla bezpieczeństwa Polski, ale jednocześnie zwiększałyby się zdolności obronne. W tym prawdopodobieństwo, że gdyby nasz kraj znalazł się w kłopotach, to Amerykanie przyjdą nam z pomocą.
Jest to ważne, zwłaszcza że w ostatnich dniach zdarzyło się coś bardzo niedobrego. Rosja wycofała się traktatu o kontroli zbrojeń konwencjonalnych w Europie (CFE), który był jednym z filarów bezpieczeństwa w naszym regionie. W tym sensie już płacimy podwyższonym ryzykiem za tę amerykańską propozycję. Traktat narzuca bowiem nie tylko pułapy liczebności wojsk, ilości sprzętu w poszczególnych kategoriach, jakie np. Rosja może posiadać.
Narzuca też tzw. limity flankowe, czyli ogranicza proporcje tego sprzętu, jakie można posiadać np. w rejonie Kaukazu i, co dla nas najważniejsze, w rejonie Królewca, na pograniczu z krajami bałtyckimi oraz na Białorusi. Wycofanie się Rosji z tego traktatu oznacza więc, że Rosja, zgodnie z prawem międzynarodowym, będzie mogła wzmocnić swoją obecność wojskową chociażby w enklawie królewieckiej. To z kolei może stanowić przygrywkę do realizacji groźby, którą formułowali różni rosyjscy dygnitarze, mianowicie umieszczenia w Królewcu i na Białorusi rakiet średniego zasięgu wymierzonych w Warszawę.
Z drugiej strony, posunięcie Rosji stało się dla nas mocnym argumentem w rozmowach z Amerykanami. Nasi negocjatorzy mogą teraz mówić: "Panowie, groźby rosyjskie są realne, wobec tego musicie nas wesprzeć". Jest to więc bardzo ważny test naszego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. A stosunki z sojusznikami, jak pokazała nasza historia, trzeba niestety testować.
Nie zapominajmy, że pewne ryzyko z polskiego punktu widzenia wiąże się z sytuacją wewnętrzną w USA. Jak pokazują doświadczenia historyczne, jeżeli prezydentem zostanie kandydat Partii Demokratycznej, to niewykluczone, że w pierwszym okresie rządów będzie prowadził politykę życzliwą Rosji. Dopóki Rosjanie znowu nie zrobią czegoś brutalnego.
Dlatego niezmiernie ważne jest, aby nasze postulaty zostały spełnione w ciągu najbliższych 18 miesięcy. Chodzi o podpisanie odpowiednich umów, tak by już nie można było ich zmienić. Wiążemy nadzieje z administracją prezydenta G. W. Busha, która jednak powoli schodzi ze sceny. Gra toczy się też o to, żebyśmy po jej odejściu nie znaleźli się na "spalonym".
Radosław Sikorski, b. szef MON, senator ziemi bydgoskiej