Nie ma tylko potrzeby bić na alarm w sprawie demokracji, bo jak dobrze pójdzie, to casus Ziobry może odegrać na tym polu wręcz ozdrowieńczą rolę.
Jak każdy człowiek i polityk jest minister Ziobro mieszaniną wad i zalet. Pochwały należą mu się za wielką pracowitość, determinację w wytyczaniu celów, a potem wytrwałość w ich realizacji. Jak mało kto rozumie potrzebę zjednywania sobie opinii publicznej, bez czego nie ma skutecznego działania w polityce. Błysk fleszy i dziennikarskie pytania działają na niego jak trąbka na kawaleryjskiego konia. Nawet kiedy jest najbardziej zmęczony, widząc kamerę i mikrofon, odzyskuje wigor i tupet, szczególnie kiedy za partnera ma dziennikarkę. Listę zalet można by wydłużać, ale i tak byłaby ona znacznie krótsza od spisu jego wad.
Najbardziej znane z nich to działanie na pokaz, z chęcią zyskania taniego poklasku. Dla doraźnego triumfu gotów jest poświęcić prawnicze imponderabilia, w tym zasadę domniemania niewinności. Nieznośny też jest jego egocentryzm konfliktujący go z prawniczymi autorytetami.
Równie szkaradna jest tendencja do ręcznego sterowania mechanizmami, które w normalnych warunkach powinny być regulowane odpowiednimi procedurami. Nie przydaje też mu chwały granie na najniższych instynktach i lękach tłumów. Można odnieść wrażenie, że gdyby mógł, przywróciłby nie tylko karę śmierci, ale i publiczne jej wykonywanie ku zachwytowi złaknionej krwi gawiedzi.
Najpoważniejszą z przywar ministra Ziobry jest jednak instynkt pretorianina. To on sprawia, że ponad wszelkie punkty odniesienia Ziobro przedkłada lojalność wobec braci Kaczyńskich. Krzywdzące wydają się opinie tłumaczące ową uległość zwykłym karierowiczostwem. Sprawa jest znacznie poważniejsza. Ziobro nie uczyni niczego wbrew braciom Kaczyńskim nie z konformizmu, lecz z przekonania, że ich poglądy i decyzje są najsłuszniejsze, choćby wszystko temu przeczyło.
Owa optyka pretorianina jest tak stara jak historia polityki. Dominowała w zamierzchłych czasach, kiedy lojalność wobec seniora i wodza stanowiła jedną z najważniejszych więzi społecznych. Ale podobne uzależnienie występowało też powszechnie w czasach niezbyt odległych, można je spotka także u współczesnych. Nieodłącznie towarzyszy ono autorytarnemu przywództwu obowiązującemu w danej grupie czy obozie politycznym. Właśnie takiemu jak przywództwo Piłsudskiego w obozie legionowo-sanacyjnym, Dmowskiego w obozie narodowym czy braci Kaczyńskich w PiS.
Każdy pretorianin bez reszty identyfikuje się ze swoim cezarem. Tak właśnie Zbigniew Ziobro traktuje Kaczyńskich. Nie zaniedbuje żadnej okazji, aby podkreślić ich doskonałość, a zarazem własną wobec nich uległość. W komisji Rywina dał też o sobie znać inny rys jego pretoriańskiej mentalności nakazujący inne traktowanie własnych i obcych autorytetów.
Nie widział niczego nagannego w tym, że Lech Kaczyński, posiadłszy stosowną wiedzę o korupcyjnej propozycji Rywina, nie zawiadomił o niej prokuratury. Ale za niemalże identyczne zachowanie ciskał gromy na Aleksandra Kwaśniewskiego, domagając się postawienia go przed Trybunałem Stanu.
Dzisiaj to pretoriańskie postrzeganie polityki nakazuje ministrowi Ziobrze przeciwstawiać się wnioskom o powołanie komisji śledczych w sprawie okoliczności śmierci Barbary Blidy i akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa. A przecież sytuacja jest identyczna z aferą Rywina, gdzie także toczyło się postępowanie prokuratorskie, ale również obecne było podejrzenie, że władza może nie być wystarczająco dociekliwa w ujawnianiu własnych grzechów.
W tamtej sytuacji poseł opozycji Ziobro nie miał najmniejszych wątpliwości, że powołanie komisji śledczej jest niezbędne. Dzisiaj pretorianin-minister zapewne nie odczuwa nawet wyrzutów sumienia, tłumacząc sobie, że wtedy chodziło o występne SLD, a teraz o PiS złożoną z takich jak on pretorianów braci Kaczyńskich, których świństwa się przecież nie imają.
Przykłady owego przesiąknięcia gwardyjskim etosem można by mnożyć. Dość przywołać zażartą obronę skazanego potem przez sąd za oszczerstwo klubowego kolegi oskarżającego PO i Donalda Tuska o finansowanie kampanii wyborczej z pieniędzy PZU. Ani na moment nie zawahał się Ziobro przed wystąpieniem na konferencji prasowej z niszczarką mielącą dokumenty.
Można oczywiście próbować usprawiedliwiać Ziobrę twierdzeniem, że nie jest pierwszym ministrem i prokuratorem generalnym patrzącym na świat przez partyjne, pretoriańskie okulary, a nie z bezstronnością przystającą Temidzie o zakrytych oczach. Ale marne to będzie usprawiedliwienie. Miało być przecież zupełnie inaczej! PiS przysięgało, że raz na zawsze wypleni kolesiostwo i partyjne protekcje degenerujące życie publiczne. Tymczasem w upartyjnieniu działań prokuratury pretorianin Ziobro pobił wszystkie dotychczasowe rekordy.
Rzecz jasna takie postępowanie stwarza poważne zagrożenie dla demokracji, która wymaga, aby zwalczanie przestępczości i wymierzanie sprawiedliwości służyło dobru obywateli i Rzeczypospolitej, a nie jednej tylko partii, nawet jeśli prawo i sprawiedliwość ma ona w nazwie.
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ziobro tak przesadził ze sprawowaniem swego urzędu z myślą o interesach PiS, a nie całej Rzeczypospolitej, że przekonanie o działaniach naprawczych stało się powszechne wśród opozycji, która po szybko zbliżających się wyborach najpewniej przejmie władzę.
Jest więc spora szansa, że jego pretoriańskiej gorliwości zawdzięczać będziemy rozdzielenie urzędów ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, od dawna postulowane i niezmiennie odwlekane przez kolejne ekipy w imię własnej wygody rządzenia. Byłoby pięknym finałem, gdyby pretoriański styl urzędowania Ziobry odegrał rolę podobną do choroby infekującej organizm, czyli upowszechnił przekonanie o potrzebie podania szczepionki impregnującej na podobną zarazę.