Ono jest misyjne, a nie użytkowe. Nieszczęściem polskiej szkoły stała się niewola w rękach polskiej inteligencji. Na co dzień traktowana per nogam, inteligencja odgrywa się, konstruując programy szkolne oparte na misji: garść wykształconych przerabia na swoją modłę gromady Zulusów. Tworzymy szkołę na miarę inteligenckich marzeń o wykształceniu i karierze. Najlepiej – akademickiej (czemu w ogóle nazywanej karierą?). Od szkoły podstawowej do średniej za polskim uczniem skrada się wizja człowieka, który po szkole idzie do innej szkoły, aż wreszcie do szkoły wraca jako nauczyciel – bo jakoś wymarzone studia na kulturoznawstwie, polonistyce, filmoznawstwie i nawet prawie nie dały innej szansy na rynku pracy.

Gros uczniów tymczasem nie ma aspiracji przynależności do „inteligencji”. Cenią sobie inny typ wykształcenia niż ogólno-szkolny, wolą telewizję od teatru i kino akcji od rozbioru wiersza. Ludzie nie chcą być „inteligentami”. To źle? Raczej dobrze – bo dobry posadzkarz jest więcej wart niż wykonawca podrzędnych prac zarezerwowanych w Polsce dla marnych inteligentów. Programy szkolne krojone wedle wyobrażeń inteligenta, budującego poczucie własnej wartości na znajomości faktów, których inni nie znają, tchną duchem zemsty. Może nie umiem podjąć pracy w Arthurze Andersenie, ale niestraszna mi poezja... Szkoła powinna jednak traktować kształcenie podejmowane nie z aspiracji kulturalnych, lecz z aspiracji finansowych, jako równie ważne i zasługujące na sympatię.

Osoby, które znajdują się w komisjach do spraw opracowania minimalnych podstaw etc., walczą o swoje pomysły z takim samym zapałem, z jakim ktoś niezamożny pilnuje, aby w wejściu do mieszkania goście zdejmowali buty, bo szkoda posadzki. Twórcy programów wpadają w sidła własnego życiorysu. Na ogół w młodości chodzili do dobrego liceum ogólnokształcącego, nieźle albo nawet dobrze się uczyli. Klapki na oczach nie pozwalają im dostrzec, że większość dzisiejszych gimnazjalistów i licealistów w niczym nie przypomina nastoletnich Dzisiejszych Znawców Nauki. Liceum nie kształci intelektualnej elity. Uczy prawie wszystkich. Kiedyś – mniejszość. Dzisiaj – większość. Gimnazjum i liceum albo staną się usługowe, albo staną (co ja mówię staną! Stały się) śmieszne.

Dyskusja o sensie istnienia szkoły jest najrzadziej wszczynaną debatą oświatową. Sześciolatki w pierwszych klasach – owszem. Laptopy na ławkach – owszem. Orliki, stołówki i programy „zero tolerancji” – owszem. Sens interesuje kilka, no może kilkanaście osób. Można mieć nieraz wątpliwości, czy Polska to duży europejski kraj.