Pamiętacie Państwo kota umieszczonego w zamkniętym pojemniku, do którego mogła, ale nie musiała się dostać trucizna? Był jednocześnie i żywy, i martwy. Otóż ów hipotetyczny kot Schrödingera, który został wymyślony, aby wytłumaczyć na przykładzie założenia mechaniki kwantowej, ożył. Za sprawą polskiego e-systemu podatkowego.
Reklama
To fascynująca historia e-PIT-u, który jest, a jednak go nie ma. Jakim cudem? Pewne małżeństwo złożyło zeznanie podatkowe przez internet. Ale za sprawą zaniedbania nie pobrało urzędowego potwierdzenia odbioru (UPO). I w efekcie, choć ich PIT funkcjonuje w systemie, co potwierdza resort finansów, fiskus zachowuje się tak, jakby nigdy nie został on złożony. A to rodzi przykre konsekwencje wobec pechowych podatników.
O tym, czy kot jest żywy, a raczej czy PIT ważny, czy nie, rozstrzygnie zapewne sąd po kilku latach prawniczych przepychanek. Choć można by było taniej i prościej – raz dla odmiany odpuścić obywatelowi i pozwolić mu pobrać UPO po czasie. Przestrzeganie prawa i reguł to jedno, czym innym jest wykorzystywanie ich jako pretekstu, by dokopać komuś, kto nie poradził sobie z systemem.
Mam nadzieję, że się mylę i z podatkowego pudełka wyskoczy kot całkiem rześki i żywy. Cuda się zdarzają, o czym przekonałam się, przychodząc z rozmagnesowaną kartą miejską do biura obsługi pasażerów warszawskiego ZTM. Nie było awantury. Uśmiechnięta pani w dziesięć minut wystawiła mi kopię plastikowego biletu. Ważną na cały czas, do kiedy został opłacony, choć nie miałam dowodu, że taką transakcję zrobiłam. Po prostu – tego typu informacje przechowywane są w systemie. A przecież mogli mi kazać jeszcze raz zapłacić.