Znowu pewnie się narażę, ale zaryzykuję: większość programów odwykowych to wielka manifestacja społecznej hipokryzji. Ściema, spuszczanie zasłony dymnej na prawdziwe intencje.

Finansowe – bo bez akcyzy na alkohol i papierosy budżet państwa byłby chudszy. Natury organizacyjno-porządkowej – bo nawet Stany Zjednoczone nie poradziły sobie z prohibicją. Oj, działo się wtedy, działo. Czy wreszcie kulturowej – niewiele znam osób, które nie wypiją z przyjemnością drinka (tak, wiem, że Państwa to nie dotyczy, ale proszę spojrzeć w statystyki).

Podobnie było z wprowadzeniem Funduszu Rozwiązywania Problemów Hazardowych (FRPH), tyle że w jego wypadku intencja była czysto polityczna. Chodziło o ciepły społeczny pijar, który pomógłby w przepchaniu przez Sejm tzw. ustawy hazardowej. I osłabienie sprzeciwu "hazardowego lobby", jak się nazywało przedsiębiorców, którzy nieopatrznie zainwestowali w ten biznes. Przeciwstawienie tym złym ludziom ofiar zniszczonych przez nałóg hazardu. Ich płaczących z głodu dzieci i nieszczęśliwych żon. Miały być ich całe zastępy.

Raport NIK na temat działalności i finansów FRPH jest bezlitosny, a wnioski okrutne: fundusz powinien być rozwiązany, bo nikt go nie potrzebuje. I nawet nie wiadomo, ile tych ofiar hazardu jest w Polsce (żeby zwiększyć szeregi potrzebujących, do nałogowych hazardzistów dołączono zakupo- i seksoholików oraz całą resztę uzależnioną od substancji psychonieaktywnych). Dowód: z budżetu funduszu (22,34 mln zł) udało się wykorzystać w zeszłym roku zaledwie 0,4 proc.

Zamiast trzymać te pieniądze na koncie, lepiej dać je ludziom, np. żeby zakładali firmy i tworzyli nowe miejsca pracy.

No, chyba że chcemy iść w ślady Greków i zaczniemy przyznawać renty inwalidzkie tym, którzy udowodnią, iż z powodu chorobliwego zamiłowania do gry w pokera nie są w stanie pracować. Nasi przyjaciele z południa Europy do grona takich osób zaliczają jeszcze sadomasochistów, pedofilów i piromanów.