Z pewnością wzrośnie tym sposobem świadomość konstytucyjna obywateli (repetitio est mater studiorum – powtarzanie matką nauki), ale nie jestem pewny, czy taki właśnie cel stawiają sobie politycy największej partii opozycyjnej w naszym parlamencie. Z kolei bez obawy pomyłki można też stwierdzić, że nie chodziło w tym przypadku o cele, które konstytucja wiąże z konstruktywnym wotum nieufności. A są one dwa.

Po pierwsze chodzi o wykluczenie sytuacji, w której ostatniego rządu już nie ma, ale nie ma też przez czas jakiś rządu następnego – co często zdarzało się w międzywojniu, lecz także w początkach lat 90. Tak było po odwołaniu rządu Jana Olszewskiego, kiedy to przez 33 dni na czele starego rządu poprzednika stał Waldemar Pawlak – bez szans, jak się rychło okazało, na utworzenie własnego gabinetu.

Cel drugi to otworzenie prawnej drogi do szybkiej zmiany rządu w sytuacji, kiedy w parlamencie powstanie nowa większość zdolna do wyłonienia nowego premiera i tym samym do sformowania następnego rządu.

Wniosek o odwołanie premiera nie mógł okazać się skuteczny. Wiadomo było o tym na długo przed głosowaniem. Wszyscy zdawali sobie też sprawę, że w parlamencie nie ukształtowała się nowa większość zdolna do powołania gabinetu. Żaden więc z celów, które przyświecały twórcom konstytucji, przejmującym instytucję konstruktywnego wotum nieufności z systemu niemieckiego, nie mógł być osiągnięty.

Po co więc sięgnięto po tę instytucję? Publicysta sprzyjający opozycji („W Sieci”, nr 9/13) wyjaśnia to bez ogródek jeszcze przed głosowaniem w tej sprawie: Prof. Gliński zapewne premierem nie zostanie. To kandydatura symboliczna, powiedzmy szczerze, mająca służyć marketingowi największej partii opozycji. Ruch ten okazał się dla PiS w sumie korzystny, choć nie do końca wykorzystany. I na tym można by zakończyć. Wydaje mi się, że warto jednak pójść tym tropem dalej. Prawnik musi zapytać, jak zinterpretować zachowanie, które jest realizacją innego celu niż deklarowany – kiedy zdążamy w istocie do osiągnięcia z założenia czegoś innego niż to, co oficjalnie głosimy, wskazując punkt docelowy.

Gdybyśmy znaleźli się na gruncie prawa cywilnego, sprawa byłaby prosta – rozpatrywalibyśmy ją w kontekście pozorności czynności prawnej i ze skutkami przewidzianymi dla skuteczności takiej czynności. Prawo konstytucyjne nie zna jednak instytucji nieważności czynności dla pozoru. Powiedzmy sobie szczerze: daleko mu do subtelności instytucjonalnej i rozumowania budowanego przez wieki od czasów rzymskich. Sądownictwo konstytucyjne w postaci ukształtowanej na naszym podwórku zajmuje się niemal wyłącznie oceną konstytucyjności aktów normatywnych. Niewiele więc ma ono w tej materii do powiedzenia. Trybunał Stanu jest fikcją, która może skłaniać do tezy, że w ogóle jest zbędny. Jednym słowem – hulaj dusza, piekła nie ma. To stwarza podatny grunt do igrców konstytucyjnych, w których najistotniejszą rolę odgrywa przymrużenie oka, czy raczej puszczenie oka do innych, a przede wszystkim do swoich. Nikomu nie przyjdzie przecież do głowy dociekać, czy nie jest to nadużycie prawa, ba, delikt konstytucyjny.

Ci pozbawieni poczucia humoru Niemcy coś tam może i wymyślili, ale kompletnie nie wiedzą, co mają w rękach i jaki z tego można zrobić użytek. Polak potrafi...