Jak się zachować wobec Korei Północnej? Świat zachodni jest w kropce, bo oczywiście na atak odpowie skutecznym kontratakiem, ale nikt nie wie, jakie mogą być konsekwencje koreańskiego ataku. A ponadto jak dalece można sobie pozwolić na kontratak, jeżeli będzie konieczny. Czy wolno użyć broni atomowej? Jak długo można się wahać? Oto przyrodzona niedoskonałość liberalnej demokracji.
Reklama
Trzeba więc wrócić do szkoły myślenia często uważanej za nazbyt pesymistyczną, cyniczną czy też brutalną, czyli do realizmu w polityce międzynarodowej. Si vis pacem, para bellum. Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Jednak przywódcy świata współczesnego wprawdzie straszą Koreę Północną, ale dosyć nieśmiało. Żeby naprawdę przestraszyć, czyli powstrzymać, trzeba jasno powiedzieć, jak dziecku, co się stanie, jeżeli kraj ten rozpocznie wojnę. Groźba musi mieć konkretny, a nie ogólnikowy wymiar i kiedy Stany Zjednoczone mówią o odpowiedniej reakcji, mówią za mało. Ostatni w najnowszej historii przypadek zagrożenia przez szaleńca (terroryści wcale nie są szaleńcami) to 1962 rok i Chruszczow oraz próba umieszczenia rakiet na Kubie. Odpowiedź amerykańska była wówczas zgodna z doktryną realizmu, Chruszczow się wycofał, a przywódcy Związku Radzieckiego nie chcieli mieć szaleńca u władzy i po kilku miesiącach wycofali też jego.
Teraz trzeba, trzymając się doktryny realizmu (a nie licząc na idealizm, czyli na powszechną wolę pokoju na świecie), postraszyć konkretnie, czyli wysłać w rejon Korei możliwie dużo statków, samolotów i czego jeszcze trzeba, tak żeby nie tylko przywódcy tego kraju, ale i społeczeństwo poczuło zagrożenie. Zupełnie nietrafny jest argument, że nie należy prowokować Korei Północnej.
Nietrafny, gdyż nie wiemy, kiedy i czym sprowokujemy szaleńca. Nie można zatem tego kraju traktować w kategoriach logiki racjonalnej, do czego jesteśmy tak bardzo przywiązani. Kiedy czytam komentarze w prasie światowej (bo w Polsce nikt nie umie się wypowiedzieć), to wciąż mam wrażenie, że ścierają się dwie tendencje: obawa przed jakąkolwiek wojną oraz obawa przed szaleńcem. Otóż zawsze w tradycji liberalnej dominowało stanowisko, że wojny należy unikać za wszelką cenę. Ponadto wojna w Iraku, kłamstwa z nią związane dodatkowo skomplikowały sytuację przywódców politycznych, a Bush młodszy okazał się wyjątkowym szkodnikiem. Świat zachodni nie chce wojny. A kto chce?
Jest jeszcze jedno pytanie. Jak długo warto czekać? Oczywiście nie ma na nie jednej dobrej odpowiedzi i nie da się uniknąć elementu ryzyka, ale wiemy doskonale, że Korea Północna będzie tylko silniejsza. Po załamaniu porządku światowego i zmianach w Rosji oraz w innych krajach bloku sowieckiego podążyło tam wielu specjalistów, których usług, także z racji ich nieposkromionego temperamentu, nikt nie chciał kupić. To jest tak jak w filmach o Bondzie. Szaleniec chce rządzić światem, tylko Bonda brak.
W porównaniu z Koreą Północną Iran jest tylko diabłem – niebezpiecznym, ale obliczalnym, jeżeli się zrozumie logikę diabła. Logiki szaleńca zrozumieć się nie da – to oczywiste, choć sprawia to kłopot komentatorom, którzy nie nawykli do tego, że nic tu nie wymyślą. Sprawia to także kłopot politykom. I to jest okazja, by takie kraje jak Rosja i Chiny, których ostrożność jest zrozumiała, przestały być ostrożne nad miarę. To jest także okazja dla polityki amerykańskiej, by stanowczo rozmawiać z innymi mocarstwami i utworzyć wspólny front.
Polityka międzynarodowa musi potraktować Koreę Północną jak Andersa Breivika. Nie może się skompromitować jak norweska policja, dlatego że nie wyobrażała sobie takich zachowań. Żyjemy we wrogim świecie i musimy być realistami.