Obniżenie ratingu Polski przez Standard and Poor’s nieoczekiwanie zaowocowało obniżeniem notowań giełdowych i w ogóle niemiłymi reperkusjami ekonomicznymi. Dziennikarze i komentatorzy zastanawiają się, czy agencja miała podstawy do takiej decyzji. Czy aby się nie pomyliła, zwłaszcza że inne agencje nie zmieniły swych ocen? Czy aby za tym nie kryje się jakaś zmowa? A jeśli tak, to jaka? A w ogóle co ma balonik do miodu, czyli jaki jest związek między kryzysem w Polsce, który dotyczy Trybunału Konstytucyjnego, a ratingiem dotyczącym perspektyw naszej prężnej i mającej się dobrze (choć ponoć niedawno w ruinie) gospodarki?
Otóż znam odpowiedź. To wszystko dlatego, że ktoś w S&P przeczytał świeżo wydane wspomnienia Aleksandra Mogilnickiego, polskiego prawnika, karnisty, który w 1924 r. został powołany na stanowisko prezesa Sądu Najwyższego i którego sanacja się pozbyła jako zbyt mało układnego. A że autor wspomnień nie szczędził swym adwersarzom słów krytyki, można tam poczytać o różnych figielkach prawnych, kiedy to politycy niezbyt rzetelnie chcieli wykorzystać prawo. DGP przedrukował fragmenty tych pouczających memuarów. W przeciwieństwie do analityków z S&P u nas ani politycy, ani dziennikarze, łamiący sobie głowę nad złośliwością banksterów i ich akolitów, nie zechcieli wyciągnąć wniosków co do związków między przyczynami i skutkami. Istnieje bowiem związek, i to wcale nieodległy, między decyzją o obniżeniu ratingu a awanturą o Trybunał Konstytucyjny.
U Mogilnickiego czytamy: .
Ten fragment wspomnień Mogilnickiego zatytułowano "Brak poczucia prawa", a autor przypisał ten stan długotrwałemu poddaniu Polaków w czasie zaborów zasadzie, że w walce z opresyjnym zaborcą (i jego prawem) cel uświęca środki. to oczywiście nadal Mogilnicki.
Czy po bez mała stu latach się zmieniliśmy w tym względzie? Niespecjalnie. Przecież za PRL mieliśmy ustawowe "sanacje" kwestii spadkobrania albo zmiany treści umów. Notabene tę ostatnią, dotyczącą zmiany treści umów o użytkowanie wieczyste, Trybunał Konstytucyjny zakwestionował w swym pierwszym wyroku (U 1/86 z 28 maja 1986 r.), sypiąc w ten sposób piach w tryby ludowej legislacji. Nasza nieznośna łatwość sięgania po ustawę, aby złamać coś, co powinno w bardziej trwały sposób wiązać ręce politykom, objawiła się w czasie listopadowo-grudniowych obrad Sejmu nad nowelizacjami ustawy o TK.
Kadencyjność - nieważne, można ustalić jej nowe warunki. Dokonane wybory personalne (podlegające zniweczeniu tylko w ściśle określonych wypadkach i pod wyspecyfikowanymi warunkami) - drobiazg: wykreujemy specjalny tryb, dotychczas nieistniejący, sięgniemy po akt z zupełnie innej parafii, do tego nieprzeznaczony. A wszystko w atmosferze moralnego szantażu, wymuszonego milczenia tych, których powinno się wysłuchać, i nieskrywanego werbalnie i wizualnie (polecam nagrania z obrad komisji sejmowej) triumfu woli nad prawem.
Nie wiem, czy analitycy S&P czytali Mogilnickiego, czy tylko umieli wyciągnąć wnioski z informacji o tym, jak (podkreślam: bardziej "jak", a nie "jakich") dokonywano ustawowych zmian przy wykręcaniu bezpieczników spowalniających impet ustawodawczy. Bo taka w założeniu jest idea podziału władzy. Na Zachodzie, generalnie rzecz biorąc, z uwagi na historyczne uwarunkowania, analitycy ekonomiczni, dziennikarze, politycy lepiej rozumieją niż nasi, jaki jest hamujący sens tego podziału. Zatem nie dziwi, że zapaliło im się czerwone światełko: bank centralny też jest bezpiecznikiem w systemie i prawne gwarancje zachowania przezeń tej pozycji są podobne. Dla chcącego, dysponującego większością parlamentarną, nie ma tu nic trudnego.
Ryzyko zmiany prawa i przewidywalność tego ryzyka jest jednym z czynników analizy. W latach 20. poprzedniego stulecia polski rząd nie uzyskał pożyczki od Belgów. Teraz nasze uszczerbki ratingowe są także kosztem utraty wiarygodności. Niewiele tu pomoże odwoływanie się do tego, kto zaczął szwindlować przy poprzednich zmianach ustawy. Na tym poziomie spór dotyczy fałszywego odczytu temperatury, a nie tłuczenia termometru. I bynajmniej nie należy przemilczać, że temperaturę uprzednio niejednokrotnie odczytywano źle. Tylko że z tego nie wynika, że nadal należy trwać w błędach, a już rażąco nieproporcjonalne jest uciekanie się do tłuczenia narzędzia pomiaru.
Czytam: właściwie krytykują nas "za nic". Nie "za nic" - za nadużycie i próby nadużywania trybów i aktów, dokonywane w złym stylu, złym językiem, przy użyciu złych emocji. Za stosowanie "efektu mrożącego" wobec posłów i sędziów. Dlatego rozmija się argumentacja tych, którzy mówią, że nic się nie stało (nacisk na przedmiot zmian), i tych, którzy krytykują styl i sposób ich dokonywania. Liberalne państwo prawa (na nim ufundowana jest Unia Europejska) obejmuje sobą właśnie ów mało uchwytny, przez nas lekceważony element "jak".
Można zmieniać konstytucję (we właściwym trybie). Można okroić kompetencje i przykroić skład Trybunału Konstytucyjnego - ale nie uchwałą Sejmu, pozbawioną podstawy ustawowej. Zmiana konstytucji - na to jest procedura. A jaka będzie treść tej zmiany, to już może być przedmiotem politycznego kompromisu. Nie jest natomiast przedmiotem kompromisu politycznego (i w państwie prawa nie może nim być) niewykonywanie wyroków sądów czy trybunałów. Co prawda my w polskiej tradycji mamy takie wypadki, bo konstytucję kwietniową też uchwalono za pomocą figielka, wyczekawszy na brak opozycji na sali. A niewykonywane wyroki posłużyły niesławnej pamięci panu Łaszczowi do podbicia delii. Ale to się wtedy nazywało "prawem i lewem". Jak nas widzą, tak nas piszą. Także w ocenach analityków ryzyk ekonomicznych.