Dziennik Gazeta Prawana logo

Michał Potocki: Nie ma umowy, której nie można zmienić

Kreml
Kreml/Shutterstock
Jeśli odrzucić emocje i erystykę, Rosja, sprzeciwiając się rozmieszczaniu w naszym regionie sił NATO, stawia jeden kontrargument. Umowę z 1997 r., która miała Kremlowi gwarantować, że kraje dawnego bloku wschodniego pozostaną członkami NATO drugiej kategorii. Rosyjskie tezy przypominają skargi zdemaskowanego oszusta, że ofiara poczęstowała go grubszym słowem. Kwestia proporcji.

Cofnijmy się do 1997 r. Rosją rządzi Borys Jelcyn, postrzegany jako prozachodni budowniczy demokracji. Prezydenci USA i  Rosji mówią o sobie „my friend Boris” i „moj drug Biłł”. O wejściu Rosji do Sojuszu nikt poważny nie myśli, ale o wrogości też nie ma mowy. Wojna natowsko-serbska, która te nastroje zepsuła, dopiero tli się na horyzoncie. Rosyjskie „niet” dotyczy w zasadzie tylko jednej kwestii. Poszerzenia NATO na wschód.

Aby dać Jelcynowi alibi w relacjach z betonową opozycją i  przełamać opory niektórych państw Sojuszu, do podpisanego na szczycie w Paryżu Aktu stanowiącego o podstawach wzajemnych stosunków, współpracy i bezpieczeństwa między NATO i Rosją wprowadza się kilka zapisów. Choćby taki: . Właśnie te słowa rodzą argument, że Polska i  inne państwa regionu nie mogą zostać objęte pełnowartościowym parasolem ochronnym.

I gdyby wziąć pod uwagę tylko powyższe słowa, mogłoby się wydawać, że sprawa jest przesądzona. Ale po pierwsze, pamiętajmy, że akt ten ma charakter deklaracji politycznej, a nie umowy międzynarodowej. A po drugie, wczytajmy się uważnie w jego treść. Pojawiają się tam np. słowa, że Rosja , a sygnatariusze deklarują . Po nielegalnej aneksji Krymu, jego militaryzacji i wojsk w  Zagłębiu Donieckim podobne hasła mogą budzić co najwyżej pusty śmiech.

– czytamy w akcie. – replikuje znowelizowana w 2015 r. rosyjska strategia bezpieczeństwa narodowego. Przekonanie o wrogich zamiarach Sojuszu jest jedną z ważniejszych tez propagandy, wyliczającej kilometry od granic nowych członków do Moskwy czy insynuującej udział natowskich najemników w wojnie w Zagłębiu Donieckim.

W dokumencie z 1997 r. czytamy o uznaniu . Rosja najpierw złamała ten układ, dyslokując znaczne siły na Kaukazie, w 2007 r. poinformowała o jego zawieszeniu, a w 2015 r. – o wycofaniu się z niego. Coraz więcej analityków wskazuje przy tym, że Moskwa – inwestując relatywnie znaczące środki w  siły zbrojne – szykuje się do wojny. Żeby być dobrze zrozumianym – nie znaczy to jeszcze, że Kreml planuje kogoś zaatakować. Znaczy to, że chce być do tego gotowy.

W prawie międzynarodowym istnieje zasada rebus sic stantibus, zasadnicza zmiana okoliczności, dająca prawo do wycofania się z podpisanej umowy. Jest kilka warunków: zmiana musi narażać jedną ze stron na znaczące straty, nie do przewidzenia w momencie zawierania układu. Nie trzeba nawet powoływać się na doktrynę, bo taki zapis zawarto w akcie z 1997 r. Natowskie zobowiązanie miało funkcjonować jedynie w . Trudno obronić tezę, że sytuacja po aneksji Krymu jest tożsama z sytuacją z  1997 r. Zresztą i sięganie po ten zapis nie jest konieczne, skoro – według aktu – .

Zacytujmy fragment analizy Andrzeja Wilka z Ośrodka Studiów Wschodnich z 2014 r.:

Zdecydowanie Kremla w rozbudowie armii najłatwiej było dostrzec po ciosie, jakim był ubiegłoroczny spadek cen ropy. Rząd kilkukrotnie nowelizował budżet, tnąc nakłady na edukację, zdrowie, infrastrukturę. Rosła tylko jedna pozycja: nakłady na zbrojenia. Przedstawiciele „russkiego miru”, ideologii coraz bardziej konstytutywnej dla tamtejszej polityki zagranicznej, twierdzą zresztą, że różnica potencjałów między Rosją i NATO jest znacząca tylko na papierze, ale nie w rzeczywistości. Dla nich jesteśmy „Gejropą”, Sodomą i Gomorą, której armie to niezdolni do walki hipsterzy z  dobrych domów, nienawykli do bojowych warunków, skazani na paniczny odwrót z pola walki przed „russkimi mużykami”, tak jak eurokibice (nie licząc angielskich) uciekali ulicami Marsylii przed rosyjskimi chuliganami podczas Euro 2016.

Rosyjska armia podczas manewrów ćwiczy taktyczne uderzenie jądrowe na Warszawę i seryjnie narusza przestrzeń powietrzną krajów NATO, testując ich reakcje. Jej prezydent – jak pisał „Financial Times” – wprost groził zachodnim kolegom, że jeśli zechce, może w ciągu dwóch dni zająć dowolną europejską stolicę. Jej władze dostarczają donbaskim rebeliantom sprzęt pozwalający strącać samoloty pasażerskie. Jeden z jej dyplomatów ostrzega Danię, że jeśli podłączy się do amerykańskiej tarczy antyrakietowej, . Jeśli to nie jest podstawa, by uznać, że został wypełniony punkt pozwalający na wzmocnienie obecności wojskowej w celu , to co nią jest?

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Michał Potocki
Michał Potocki
Dziennikarz i redaktor DGP. Zawodowo zajmuje się tematyką światową, zwłaszcza państwami Europy Wschodniej
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraMichał Potocki: Nie ma umowy, której nie można zmienić »
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj