Dziennik Gazeta Prawana logo

Sebastian Stodolak: Dziękujmy Bogu za imigrantów ekonomicznych

1 marca 2017, 10:17
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
imigranci
imigranci/Shutterstock
Słynna polska gościnność to często cecha fasadowa. W głębi naszej zbiorowej duszy naprawdę nie lubimy gości, którzy chcą u nas zagościć na dłużej. W szczególności imigrantów ekonomicznych. Niesłusznie. Pojęcie imigranta ekonomicznego zrobiło medialną furorę od czasu, gdy do bram Unii Europejskiej zastukały tłumy uciekinierów z Bliskiego Wschodu. "To nie uchodźcy! To imigranci ekonomiczni!" – denuncjowano. "Przychodzą do Europy po nasze zasiłki!".

Możliwe, a nawet bardzo możliwe, że w Europie Zachodniej socjal rzeczywiście jest mocnym magnesem na imigrantów. Szacuje się np., że na imigrantów w Szwecji, którzy stanowią 16,5 proc. całej populacji, przypada ponad 65 proc. wszystkich wydatków socjalnych. W Polsce jednak takich problemów nie ma. Od czasu transformacji ustrojowej zasiłki, które wypłacamy bezrobotnym, są bardzo niskie. W tym roku jest to np. 831 zł. Nikt przy zdrowych zmysłach nie pokonywałby tysięcy kilometrów dla takiej kwoty. Okej – imigrant o statusie uchodźcy przez pierwszy rok pobytu w Polsce może liczyć na odrobinę więcej, bo na blisko 1300 zł, ale to wciąż skrajnie mało, biorąc pod uwagę, że musi za to opłacić mieszkanie, pożywienie i odzież.

Jeśli imigranci nie przyjeżdżają do Polski po socjal, to po co? Odpowiedź może być tylko jedna: przyjeżdżają tu po prostu pracować. Potwierdzają to chociażby eksperci NBP, którzy w raporcie z 2013 r. piszą, że w ciągu ostatniego ćwierćwiecza w Polsce „w przeciwieństwie do wielu krajów UE15 stosunkowo małe znaczenie miał napływ poszukiwaczy azylu oraz członków rodzin migrantów już przebywających w kraju”, a "dominującą część całości imigracji można opisywać w kategoriach mobilności zarobkowej". Imigrant ekonomiczny w kontekście polskim nie jest więc społecznym wampirem wysysającym ciężko zarobione pieniądze z portfela tubylców. Przeciwnie, to ktoś, dzięki komu tubylcy się bogacą.

Mniejszość arabska (w sile ok. 20 tys. osób) przyrządza nam smaczne i tanie kebaby, Azjaci z Dalekiego Wschodu (w sumie ok. 100 tys. Chińczyków i Wietnamczyków) do orientalnej gastronomii dorzucają tani handel i działalność typu import-eksport, a Ukraińcy, Białorusini i Rosjanie, którzy do Polski zjechali w imponującej sile miliona osób, wznoszą domy, w których potem mieszkamy. Dzięki nim nasza gospodarka nabiera dynamiki – tak samo jak gospodarka Wielkiej Brytanii nabiera dynamiki dzięki pracującym tam Polakom. To, że polskie państwo nie rozdawało na lewo i prawo socjalu, sprawiło, że przyciągnęliśmy wyłącznie pracowitych i zaradnych imigrantów. Bo przyznajmy, w Polsce bez znajomości języka polskiego od biedy uratować mogą wyłącznie finezja, zaradność i umiejętność dostrzegania szans biznesowych. No, chyba że jest się zesłanym na polski odcinek dyrektorem jakiegoś międzynarodowego koncernu. Wtedy wystarczy po prostu być.

A co z argumentem, że imigranci zabierają Polakom pracę? Jest równie stary, jak nieprawdziwy. Liczba i rodzaj miejsc pracy to nie jest coś, co zostało w zamierzchłych czasach określone przez Stwórcę, a teraz pozostaje nam tylko je sobie wzajemnie wydzierać. Liczba i rodzaj miejsc pracy zależy m.in. od struktury i tempa rozwoju danej gospodarki. Jeśli przyjeżdżają do nas ludzie szukający pracy i ją znajdują, to oznacza najczęściej, że gospodarka ich po prostu potrzebuje i że firmy nie znajdują na miejscu wystarczającej liczby osób, które chcą w danych branżach pracować za dane wynagrodzenie.

O wszem, może się zdarzyć, że w konkury o miejsce pracy staną Polak i Ukrainiec, a wygra ten drugi ze względu na mniejsze oczekiwania płacowe. Jednak – jak pokazuje większość badań ekonomicznych w tym zakresie – w całej gospodarczej masie takie bezpośrednie starcia nie są szczególnie częste. Ukrainiec pracuje na polskiej budowie, bo polscy budowlańcy wolą pracować u Niemców albo w zupełnie innych zawodach. Tak samo zresztą Polacy pracują w Anglii na zmywaku nie dlatego, że są skłonni zarabiać mniej, ale dlatego że rodowitych Anglików taka praca już w ogóle nie interesuje.

A tak zupełnie na marginesie – czy jeśli warszawiak straci szansę na dane miejsce pracy z starciu z mieszkańcem Podkarpacia, to oznacza, że należy ograniczyć emigrację z Podkarpackiego do Mazowieckiego? Absurd.

K toś nie wierzy w błogosławieństwa zdrowej imigracji? Że to propagandowe dyrdymały? Są twarde dowody, że to jednak prawda. Giovanni Peri z Uniwersytetu Kalifornijskiego zbadał skutki emigracji do Kalifornii w latach 1960–2004. Przypomnijmy, że gdyby ów stan był odrębnym państwem, w statystykach widniałby w ścisłej czołówce krajów najbardziej gościnnych wobec imigrantów na świecie. Peri odkrył, że imigracja stymulowała popyt na pracę i wzrost płac wśród rodzonych Kalifornijczyków. W efekcie imigranci realnie zwiększali średnią produktywność w gospodarce i dzięki nim wszyscy się wspólnie bogacili. Podobne badania Peri przeprowadzał w Danii w odniesieniu do imigracji spoza Unii Europejskiej. Rezultaty były podobne.

Tak więc gość w dom, Bóg w dom. Ale nie tylko, bo gość w dom to także bogatszy dom. Nie zapominajmy o tym, gdy populiści po raz kolejny zaczną nas bombardować antyemigrancką retoryką.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Sebastian Stodolak
Sebastian Stodolak

Publicysta ekonomiczny Dziennika Gazety Prawnej, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, absolwent filozofii na Uniwersytecie Warszawskim oraz Podyplomowego Studium Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej PAN. W przeszłości jego artykuły ukazywały się na łamach tygodników „Wprost” oraz „Newsweek”. Zdobywca wyróżnienia w XV edycji konkursu im. Władysława Grabskiego za pracę z dziedziny polityki pieniężnej. W 2017 r. został laureatem  Nagrody Centrum im. Adama Smitha im. Krzysztofa Dzierżawskiego za „promowanie wolności i zdrowego rozsądku.” Poza pracą dziennikarską, jest także wokalistą heavymetalowego zespołu Scream Maker, z którym wydał 5 płyt i zagrał ponad 400 koncertów, w tym 6 tras w Chinach.  

Zobacz wszystkie artykuły tego autoraCo będzie, gdy zabraknie USA jako żandarma? »
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj