Wszystkie komitety wyborcze ogłosiły swój sukces w wyborach samorządowych. Kto tak naprawdę je wygrał?

Prof. Rafał Chwedoruk: Można powiedzieć, że wygrała demokracja. Frekwencja była naprawdę wysoka ze względu na dużą polityzację życia społecznego. To pozytywne zjawisko, mogliśmy sobie uświadomić, jak bliskie mogą być związki lokalnej problematyki z wielką polityką, ujmując symbolicznie - np. budową miejskiego wodociągu a integracją europejską. Co do rywalizacji partii politycznych, to podtrzymam twierdzenie, że mamy remis ze wskazaniem na opozycję. Obóz rządzący może sobie zapisać na wielki plus rozrost władzy w sejmikach województw. I to w geometrycznym niemal tempie, którego nikt się nie spodziewał, zwłaszcza w sejmiku województwa łódzkiego czy być może dolnośląskiego. Kolejnym sukcesem PiS jest niezły wynik młodych kandydatów: Kacpra Płażyńskiego czy Małgorzaty Wassermann prezentujących stosunkowo akceptowalną formę tej partii dla najbardziej deficytowej grupy w strukturze demograficznej wyborców prawicy, czyli 30-40 latków. Plusem dla rządzących jest też słaby wynik Kukiz ’15. Na tym jednak lista osiągnięć się kończy. Polityka kocha symbole i liczby w takiej właśnie roli – wynik procentowy PiS, choć najwyższy w wyborach samorządowych w historii, jest znacząco niższy w porównaniu do wyborów sejmowych i większości ostatnich sondaży.

Czy wyniki sejmowe i samorządowe można w ogóle ze sobą porównywać?

To co prawda różne wybory, ale nie zapominajmy, że rezultat w samorządach, zwłaszcza sejmikach, również był w dużym stopniu zdeterminowany krajową polityką. Wszechobecna dychotomia PiS – PO najdobitniej to pokazuje. PiS poza zdobyciem władzy w sejmikach nie osiągnął celów o charakterze strategicznym. Te wybory miały być ostateczną rozprawą z Polskim Stronnictwem Ludowym. Grano o to, aby ludowcy przestali być podmiotowym czynnikiem polskiej polityki i stali się jedynie przedmiotem gry na linii PiS-PO, co spowodowałoby, że część wyborców ruchu ludowego dryfowałaby w stronę rządzących. To się nie udało, mimo że, PSL w istocie poniósł straszliwe straty. Strata pasa lubelsko-kieleckiego, który był symbolem samorządowej potęgi PSL, prędzej czy później będzie kosztowała Władysława Kosiniaka-Kamysza utratę władzy w partii.

Prędzej czy później?

Raczej później – najprawdopodobniej po wyborach do Parlamentu Europejskiego, jeśli zakończą się źle dla PSL. Niemniej, Polskie Stronnictwo Ludowe z dużym zapasem przekroczyło próg, a to rodzi duże problemy dla PiS. Powstaje też pytanie o skuteczność Mateusza Morawieckiego. Czy w sytuacji, w której strategicznym celem partii był monopol na poparcie ludności wiejskiej, wystawienie na czoło kampanii wyborczej technokraty z wielkiego banku było logiczne? Z tym się wiąże drugi strategiczny cel. Mateusz Morawiecki miał stać się atrakcyjny dla wyborców wielkich miast. Nawet nie w tym rozumieniu, żeby nagle zaczęli oni wspierać PiS, lecz przynajmniej, żeby nie mobilizowali się przeciwko niemu. To tym bardziej się nie udało. Miejscy 30-40 latkowie w istocie okazali się bardzo zdeterminowani, żeby głosować przeciw PiS. Rozumiem jednak, że Prawo i Sprawiedliwość może być zadowolone z osiągniętych beneficjów władzy otrzymanych na poziomie samorządów. To da tej partii długoterminową perspektywę organizacyjną i stabilniejszą pozycję, gdyby nawet sukcesem nie zakończyły się wybory sejmowe. Zarazem jednak powoduje, że dylematy o charakterze strategicznym są coraz poważniejsze, a czasu coraz mniej. Za chwilę będziemy w cieniu kampanii do Parlamentu Europejskiego, która będzie odbierana jako kolejne pozycjonowanie sił przed rozstrzygającą batalią sejmową.

Wybory na prezydentów wielkich miast wygrała Koalicja Obywatelska czy raczej kandydaci niezależni wspierani przez KO? W przypadku Szczecina czy Gdańska uznawanego za matecznik PO, w II turze nie ma ich kandydata.

KO zarysowywała prostą dychotomię - PiS kontra reszta i nią posłużyła się do interpretowania wyników. Natomiast pomorskie stolice to bardzo specyficzne przypadki. W Szczecinie od lat wybory na prezydenta miasta nie pokrywają się z rezultatem wyborów parlamentarnych. W Gdańsku kandydat PiS z historycznym nazwiskiem zanotował dobry wynik i wszedł do drugiej tury. To przyniosło korzyści taktyczne, ale wynikało przede wszystkim z podziału wewnątrz obozu liberalnego. To kłopot PO – wiele osób bliskich Donaldowi Tuskowi wspierało ostentacyjnie prezydenta Adamowicza. Wybory prezydenckie w licznych miastach nie przekładają się na rezultat w Sejmie. Dobrym przykładem jest Toruń, gdzie kandydat wywodzący się z SLD koegzystuje na co dzień z PiS i środowiskiem Radia Maryja i kolejny raz przekonująco wygrywa wybory. I to choć wszystkie elekcje parlamentarne w tym mieście wygrywa Platforma Obywatelska. Potencjalnym problemem dotyczącym PO po tych wyborach jest pytanie, jak przebić granicę 30 proc. Wiąże się to z zagadnieniem co dalej stanie się z PSL i SLD. Sojusz Lewicy Demokratycznej też odniósł swój sukces – jako siła pozaparlamentarna zdobył ponad milion głosów i stracił zaledwie kilkadziesiąt tysięcy popierających względem wyborów do Sejmu. A należy pamiętać, że wysoka frekwencja nigdy temu ugrupowaniu nie służyła. Koalicja Obywatelska miałaby pokusę przyciągnięcia SLD. Z drugiej strony, pewnie nie trafiliby tam wtedy wszyscy jego wyborcy, a PiS-owi łatwiej byłoby przeprowadzić kampanię opartą na kwestiach historycznych. Platforma jakoś akcentuje swoje solidarnościowe pochodzenie, a tutaj licytacja np. w zakresie emerytur dla pracowników służb mundurowych dla PiS byłaby bardzo prosta.

Wybory to sukces PO?

Platformę skazywano po ostatnich wyborach na polityczny pogrzeb. Miała liczne problemy: związane ze zmianą kierownictwa, obciążenia aferami czy istnienia mnóstwa negatywnych stereotypów dotyczących tej partii. Do tego doszła też konkurencja w postaci Nowoczesnej czy pogłoski o tzw. liście Tuska w wyborach do PE. Sporo mówiło się też o inicjatywie Roberta Biedronia, obliczonej na przechwycenie części liberalnego elektoratu. Tymczasem w tych wyborach okazało się, że Platforma Obywatelska otrzymała większy procent głosów niż w ostatnich wyborach do Sejmu. Choć oczywiście utraci część władzy w sejmikach to pokazała, że nikt wśród opozycji nie ma szans na bezpośrednią rywalizację z PiS. Utrwaliła też swoje wpływy w wielu województwach i największych miastach. Dzięki temu będzie mieć zasoby organizacyjne, finansowe i ludzkie przed dalszą częścią maratonu wyborczego. Warto też przypomnieć, że dystans między PiS a KO jest jednocyfrowy. Gdyby ktoś kto po ostatnich wyborach sejmowych przewidywał, że w wyborach samorządowych przewaga będzie tak niewielka to nikt by mu nie uwierzył. Warto pamiętać, że były sondaże wskazujące na to, że PiS zdubluje wynik KO. Po tych wyborach już wiemy, że jeśli obóz liberalny będzie się konsolidował to na pewno odbędzie się to pod wodzą Grzegorz Schetyny, który utrzymał poziom mobilizacji przeciwko PiS. Tymczasem obóz rządzący, jak każda partia bazująca na niezamożnym elektoracie, może mieć problem z demobilizacją części tych wyborców – poprzez niepójście na wybory bądź głosowanie na mniejsze komitety. Nierozstrzygnięty pozostaje też status PSL.

Czy PiS przejmie po jednym radnym w śląskim i mazowieckim? Tyle brakuje mu, aby zdobyć tam większość. A może PSL zachowa jedność względem tak dużego rywala?

Była kiedyś taka pieśń w której śpiewano, że „bój to jest nasz ostatni”. I w istocie, dla PSL 2019 rok to właśnie bój ostatni. Jeśli w skali kraju wraz z innymi podmiotami odzyska władzę, to będzie istniało dalej i dostanie szansę od losu. Natomiast, jeśli PiS wygra wybory i sformuje rząd to PSL przestanie istnieć w dotychczasowej postaci. Najprawdopodobniej stanie się wówczas niewielką przybudówką Platformy Obywatelskiej, a część działaczy sejmikowych będzie dryfowała ku PiS, tak jak na niższych, powiatowych i gminnych, szczeblach. Wobec deficytów kadrowych PiS, tacy nowi koalicjanci będą bardzo mile widziani. Samodzielny start i rezultat poniżej 5 proc. w wyborach do Parlamentu Europejskiego spowoduje zmianę na stanowisku Przewodniczącego PSL. A nawet jeśli pozostanie w swojej roli to będzie to raczej jedynie formalne przywództwo. Co do kwestii radnych – jeśli chodzi o Mazowsze to chyba wszystko się może zdarzyć. Radni mogą być świadomi, że PiS jest w stanie wygrywać w mazowieckim jeszcze przez długi czas, a potencjał liberałów opiera się niemal wyłącznie na poparciu w Warszawie. Na Śląsku sytuacja jest prostsza – radni SLD nie poprą PiS. Po pierwsze dlatego, że to nieopłacalne z wyborczego punktu widzenia. Elektorat Sojuszu ze względu na ustawę o emeryturach służb mundurowych czy politykę historyczną PiS jest bardzo krytycznie nastawiony względem tej partii. Ponadto, w województwie śląskim w II turze w zagłębiowskiej Dąbrowie Górniczej zmierzył się kandydat obozu rządzącego z przedstawicielem SLD. W zwycięskiej dla SLD jednoturowej kampanii w Częstochowie głównym przeciwnikiem był kandydat prawicy. Bezpośrednie starcia kandydatów nie sprzyjają ewentualnej koalicji tych ugrupowań w skali województwa, choć na niższych szczeblach zapewne jest ona możliwa.

Jakie mechanizmy wpłynęły na wynik wyborczy w Warszawie? Byli nim zaskoczeni nawet działacze Platformy Obywatelskiej. A patrząc na liczby bezwzględne Patryk Jaki osiągnął wynik lepszy niż wcześniejsi kandydaci PiS.

Tak, jednak nikt nie spodziewał się tak wysokiej frekwencji. A skoro sondaże, zarówno te znane publicznie jak i skrzętnie ukrywane przez partie polityczne pokazywały jeszcze kilka dni przed wyborami, że będzie druga tura, a finalnie jej nie było to oznacza, że coś przełomowego stało się w ostatnim tygodniu. Wystąpiły tutaj dwa epizody: pierwszy o charakterze czysto warszawskim w postaci debaty telewizyjnej. Z całą pewnością Patryk Jaki wypadł w niej źle, a Rafał Trzaskowski nie popełnił żadnego błędu i był dobrze przygotowany. Drugą, jeszcze ważniejszą kwestią była decyzja ministra Ziobry o skierowaniu części traktatu akcesyjnego do Trybunału Konstytucyjnego. To był idealny sposób na mobilizację liberalnego, wielkomiejskiego elektoratu. Co więcej, wiara w to, że sprawa reprywatyzacji stanie się czynnikiem, który strukturalnie może zmienić układ sił w Warszawie była przejawem skrajnej naiwności.

Dlaczego?

Oczywiście zasługi Patryka Jakiego w walce z aferą reprywatyzacyjną umacniały go w elektoracie Prawa i Sprawiedliwości. Jednak często wśród ofiar reprywatyzacji wyborcy PiS byli nadreprezentowani ze względu na to, że dotyczyła ona obszarów bliższych centrum miasta, starych kamienic, mieszkańców stosunkowo zasiedziałych, a więc statystycznie częściej wyborców prawicy. Natomiast generalnie Warszawa jest miastem zamożnym i liberalnym. Od 25 lat dominujący wzorzec kulturowy to kapitalizm i uznanie, że jeśli ktoś sobie nie radzi życiowo to sam sobie jest winny. Do tego dochodzi interesowanie się tylko sobą i swoją partykularną perspektywą. Taka postawa jest uświęcona moralnie. Reprywatyzacja trwała od lat i nieprawdą jest, że media w ogóle o niej nie pisały – temat pojawiał się od lat. Co jakiś czas pisano o ofiarach czy czyścicielach kamienic. Skoro wielkomiejska klasa średnia przez tak długi czas tego nie zmieniła, w dodatku wybiera np. Prezydenta Legionowa już po jego wystąpieniu medialnym czy popiera Prezydenta Adamowicza w Gdańsku to czemu nagle ma się przejąć negatywnymi skutkami reprywatyzacji? Tym bardziej, że praktycznie nie padała jej ofiarą. Zdecydowanie w PiS przeszacowano wyborcze znaczenie komisji.

Dlaczego więc nadrobienia strat nie przyniosła późniejsza aktywność kampanijna?

Mniej więcej w połowie kampanii doszło do odwrócenia jej losów. Pierwsza część była dla Trzaskowskiego tragiczna, ale potem sztab zachowywał się już bardzo roztropnie. W przeciwieństwie do wcześniejszej kampanii Bronisława Komorowskiego, PO nie dała się namówić, aby „wyjść do ludu” ze swoim kandydatem. Rafał Trzaskowski absolutnie nie nadawałby się do roli trybuna ludowego, który porywa przemowami na rogu ulicy. Jest raczej politykiem gabinetowym. Kandydat Platformy przez pewien czas został nawet schowany przed opinią publiczną, dopiero kiedy te stereotypy osłabły to pokazał się w debacie. To znamienne, że zaczął wówczas swoje wystąpienie od pochwały tego co działo się w Warszawie w ostatnich latach. To świadczy o tym, że sztab dysponował badaniami, że większość warszawiaków, choć wie, iż sobie nie radzono z reprywatyzacją, to jest generalnie zadowolona np. z rozwoju infrastruktury. Z kolei w przypadku kampanii Patryka Jakiego było odwrotnie. Jej początek, poza wpadką z mostem praskim, był naprawdę dobry. Młody polityk, szeryf z prowincji chce oczyścić stajnię Augiasza i ma chęci zmieniać miasto. Nie wstydzi się, że jest chłopakiem spod bloku, więc pojawił się też pewien element godnościowy, atrakcyjny i ważny dla części wyborców. W którymś momencie jednak sztab popełnił błąd. Uwierzył, że pewien stały elektorat już zdobył i chciał go szybko rozszerzyć o nowe grupy. Stąd pomysł na nową dzielnicę biznesową czy dokooptowanie lewicowego Piotra Guziała. To było sztuczne, nic nie dawało, a wzmacniało potencjał kampanii negatywnej wobec kandydata. Przykrywało też wizerunek zbudowany na początku.

To wystarczyło, aby Rafał Trzaskowski wygrał już w pierwszej turze?

Zabrakło trzeciego kandydata. Warszawa oddycha powietrzem ogólnokrajowym i jej polityka jest bardzo zdeterminowana sytuacją w Polsce. Nie inaczej było tym razem. Jedyną osobą, która się mogła przebić była jak się okazuje, Monika Jaruzelska. Mimo że, SLD zesłało ją poza jej naturalny obszar Mokotowa, to zwłaszcza na Gocławiu i w Rembertowie osiągnęła bardzo dobry wynik. Można tylko spekulować co stałoby się gdyby została kandydatką SLD na Prezydenta. Być może skończyłoby się na II turze, a PO stałaby się petentem Sojuszu. Zobaczyliśmy za to też, że mityczne ruchy miejskie, ekologiczne czy tzw. Nowa Lewica to w Polsce byty wirtualne, które nie istnieją w realnym życiu politycznym. W rzeczywistości obsługują obrzeża elektoratu liberalnego, który gdy tylko dzieje się coś ważnego, wraca do swojej macierzy.

Czy w takim razie te wybory potwierdzają, że Polska zmierza ku dwublokowości?

Twierdzenia o zabetonowaniu polskiej polityki są oderwane od rzeczywistości społecznej. Początkowo podział na PiS i PO był dość niewinny – dwie postsolidarnościowe prawicowe partie toczyły ze sobą polityczną wojnę domową. Jednak osie sporu zaczęły się kumulować: doszło do konfliktów na tle relacji między centrum a peryferiami czy sytuacji ekonomicznej. Okazało się, że te podziały są nawet głębsze niż u samych polityków. Myślę, że to proces nie do zatrzymania, jednak te wybory niekoniecznie pokazały dwupartyjność. Łączne poparcie do sejmików dla PiS i KO nie było rekordowo wysokie. Wyniki PSL i SLD, a śmiem twierdzić, że gdyby to nie były wybory samorządowe to także Ruchu Kukiz ’15, zostawiają pewną przestrzeń. Przy szczęśliwym dla niej zbiegu okoliczności któraś z tych partii zostanie języczkiem u wagi. Bipolaryzacja jest i będzie, nawet jeśli któraś z głównych partii zdecydowałaby się na zmianę szyldu czy wizerunku to co do treści sporu tak już pozostanie. Jestem jednak sceptyczny co do twierdzeń, że można z Polski zrobić drugie Stany Zjednoczone. Nawet Wielka Brytania nie jest do końca dwupartyjna, tam taki model jest zdeterminowany systemem wyborczym. W Polsce niedługo prawa wyborcze otrzymuje nowe pokolenie, które nie wyrasta ze sporu historycznego lat 90-tych, nie pamięta też początków konfliktu między PiS a PO. Pokolenie to mobilizuje się na razie okazjonalnie i głosuje niestandardowo: Kukiz, Palikot, Korwin-Mikke. To zupełnie inna generacja niż pozostałe, o dużo niższym poziomie wspólnotowości. Można ją chwalić bądź ganić, ale będzie coraz liczniejsza. A nie odnajduje się w prosty sposób w obecnym podziale politycznym. Co prawda, co piąty młody człowiek głosuje na PiS, ale ta grupa nie wzrasta w żaden znaczący sposób. Z kolei Platforma Obywatelska odbija się obecnie od dna, w które wpadła po konflikcie z internautami przy ACTA2 czy też kibicami klubów piłkarskich – dziś ma kilkanaście procent poparcia wśród najmłodszych wyborców. Moim zdaniem w największych miastach nie będzie już tego tracić. Nie jesteśmy jednak w stanie przewidzieć, czy partyjni liderzy będą w stanie przekonać do siebie kolejne roczniki myślące zupełnie inaczej niż te obecne. Myślę, że po wyborach prezydenckich będziemy mieli do czynienia z dużymi przetasowaniami w polskiej polityce. Nowe ugrupowania niekoniecznie muszą iść wbrew konfliktom PiS-PO, ale mogą powstać gdzieś obok. Nie sądzę, że doczekaliśmy się dziś naszych Republikanów i Demokratów.