Na Saskiej Kępie można zjeść najlepszy w mojej ocenie kebab w Warszawie, więc tam też, po przyjrzeniu się marszowi, skierowałem swe kroki. Kolejka była jednak tak ogromna, że szybko zrezygnowałem. Po przeciwnej stronie ulicy był lokal z sushi. Tam miejsc na szczęście nie brakowało.

Gdy władza – wówczas jeszcze należąca do PO – organizowała uroczystości z okazji Dnia Flagi (słynne z racji mało przemyślanych zdjęć prezydenta RP Bronisława Komorowskiego z czekoladowym orłem), również chciałem im się przyjrzeć z boku. Okazało się, że po ich zakończeniu nie można było znaleźć miejsca w żadnym lokalu z sushi, za to bez problemu można było zjeść kebab. Wówczas po raz pierwszy przemknęła mi przez głowę myśl, że być może tym się różni prawica od tzw. liberalnego salonu, że pierwsza grupa stołuje się w barach z kebabem, a druga w restauracjach z sushi. Kebab kosztuje jednak niecałe 20 zł. Sushi raczej koło 100 zł. Wybór nie był bynajmniej kwestią smaku, a raczej zasobności portfela. Wówczas też po raz pierwszy pomyślałem, że PiS jednak wygra wybory, bo wygrywa się je tam, gdzie jedzą kebab, a nie sushi.

Minęło kilka lat i oto miesiąc temu trafiam na konferencję do Paryża. Poza mną bierze w niej udział kilku prawicowych publicystów. Kilku niezależnych i kilku związanych z PiS. Po pierwszym dniu obrad poszliśmy na spacer po Champs Élysées. W pewnym momencie zaproponowałem, byśmy poszli na kawę. Okazało się jednak, że moim towarzyszom nie podobał się ani pierwszy, ani drugi, ani żaden kolejny lokal. W jednym menu było nie takie, w drugim było za ciemno, w trzecim za jasno. W efekcie po bardzo długim spacerze trafiliśmy do arabskiej knajpki i zamiast Łuku Triumfalnego oglądaliśmy odrapany mur, a zamiast zupy cebulowej jedliśmy kebab.

Zaczęliśmy rozmawiać – okazało się, że niektórzy z nich piszą właśnie doktoraty, przy czym zajmują się tym wyłącznie ci, którzy nie są związani z PiS. I wówczas mnie olśniło. Jemy kebab nawet nie dlatego, że nas nie stać na cokolwiek lepszego. I nie jest to kwestia smaku. Jemy, bo znalazłem się w prawicowym towarzystwie, a prawicowe towarzystwo ma wdrukowane w podświadomość poczucie, że nie ma pieniędzy, a nawet jeśli ma, to tylko chwilowo. Jedni więc wysługują się PiS, nieraz kosztem zasad i uczciwości, a drudzy piszą doktoraty po to, by przetrwać czas po tym, gdy liberalne elity znów wyrzucą ich poza nawias i nie dadzą nigdzie pracować.

Zbigniew Herbert pokłócił się przed laty z Adamem Michnikiem między innymi o to, czy polska inteligencja miała romans z komunizmem z racji „heglowskiego ukąszenia”, „naiwności”, jak chciał Michnik, czy też, jak twierdził Herbert, z konformizmu, dla wygody i wreszcie koniec końców dla pieniędzy. Trudno oczywiście porównywać realia PRL z tymi po 1989 r. i nie mnie oceniać ludzkie losy i wybory, ale mam wrażenie, że po okresie, gdy jednych w istocie zauroczył komunizm, a innych przeraził jego terror, w odniesieniu do okresu np. gierkowskiego trudno mówić o jakimkolwiek idealizmie tam, gdzie był już tylko pragmatyzm (którego też nie czuję, że mam prawo osądzać).

Nie można jednak równocześnie stawiać cezury w historii PRL w 1956 r. i twierdzić, że motywacje z okresu stalinizmu i późniejsze były identyczne, a to skłania mnie do diagnozy Herberta. A więc po prostu życie. Potrzeba komfortu ponad idee. Tyle że Zbigniew Herbert byłby pewnie przerażony, że potwierdzeniem jego, a nie Adama Michnika tezy jest to, co stało się z prawicą, wśród której potrzeba „małej stabilizacji” okazuje się przeważać nad ideami. Adam Michnik powinien być (choć pewnie nie jest, bo twierdzi, że nic takiego nie miało miejsca) przerażony tym, że jego akolici wykorzystali cały katalog niegodnych środków, byleby „prawicowo ukąszonych” zepchnąć na margines.

Jeśli poeta miał rację, to trzeba się przyjrzeć również drugiej stronie medalu. W PRL tą drugą stroną było to, że bez pewnej – w zależności od okresu większej bądź mniejszej – dawki konformizmu człowiek skazywał się może nie na wegetację, ale biedę. Teza, że podobny mechanizm stosowano wobec ludzi, którzy „wychylali się” w okresie III RP (a już szczególnie w czasie drugiej kadencji PO), na salonach jest traktowana jako teza „oszołomska”. Tymczasem jednak po prawej stronie są całe zastępy ludzi, którzy do dziś usiłują się wydobyć z długów zaciągniętych w okresie rządów PO, przy czym mówię tu o ludziach utalentowanych i nijak niezaczadzonych ideologicznie (ci bowiem długi dawno już spłacili).

Długi natomiast nadal spłacają ci, którzy wybrali – po raz kolejny ze stratą dla siebie samych i swych rodzin – uczciwość. „Salon” do stosowania niegodnych metod przyznać się oczywiście nie chce, bo nie stosowała ich jakaś nieznana siła, ale sam salon właśnie, przy czym – to istotne – w zdecydowanej części salon postsolidarnościowy, a nie postkomunistyczny SLD. Lewica paradoksalnie znacznie lepiej rozumiała potrzebę kompromisu, kooptowania, dialogu i oswajania czasem nawet radykalnych sił. Bojownicy o wolność jakoś tych prostych praw zrozumieć nie umieli.

O tym, co opisuję powyżej, rzadko się mówi, bo po pierwsze, bieda stała się w Polsce czymś, czego ludzie się wstydzą, a po drugie, panuje przeświadczenie, że jeśli ktoś przyzna się do kłopotów finansowych, to na rynku idei, który nijak prawami rynku się nie kieruje, jedynie osłabi swoją pozycję i obniży cenę. Salon uznaje, że tego nie było, prawica woli zapomnieć, że w pewnym momencie przestała bywać w tych samych miejscach co salon nie z racji ideowych, ale dlatego, że nie było jej stać. Dziś prawica robi – rzecz jasna, wszak jej rządy to jedynie zemsta, a nie sanacja – dokładnie to samo, ale ofiarą nie jest wcale salon, który obrósł przez lata fundacjami, a i na kontach bankowych to i owo jeszcze zostało, lecz niedostatecznie pryncypialni po własnej stronie.

I tak oto prawica nie miała pieniędzy i żyła w getcie, a teraz ma pieniądze i dalej żyje w getcie. Bo ci, którzy chcieliby ją z getta wyciągnąć, akurat pieniędzy nie mają i zajmują się przetrwaniem, a nie polityką. Wśród ludzi związanych z prawicą, którzy nie sprzedali się PiS, panuje przekonanie, że będą pierwszymi do zwalniania przez PO. Konformiści, których skądinąd nie brak (wystarczy przyjrzeć się tzw. środowisku eksperckiemu, zajmującemu się polityką zagraniczną) i którzy mieli się najlepiej tak za PO, jak i za PiS, przejdą suchą stopą w szeregi opozycji. Potakiwacze obrosną fundacjami, a i na kontach to i owo już jest.

Dziennikarze, publicyści, komentatorzy życia publicznego, analitycy, politolodzy – słowem ludzie kształtujący naszą debatę publiczną i mający realny przecież wpływ na życie polityczne – to jedna z najbardziej spauperyzowanych grup społecznych w Polsce. Wieloletnia redaktor naczelna radia TOK FM Ewa Wanat napisała kiedyś, że dziennikarze to ludzie żyjący w permanentnym strachu przed redukcją, zwolnieniem albo zamknięciem redakcji. I do tych oto ludzi przychodzi polityk – dziś PiS, a kiedyś PO – i oferuje wygodne życie. Widziałem na własne oczy, ile trwa łamanie kręgosłupa (moralnego) znanego mi dziennikarza po latach „łapania fuch”. Nie miesiąc. Nie tydzień. I nawet nie godzinę. Dokładnie pięć minut. Mój były już przyjaciel (były nie dlatego, że się złamał, ale dlatego, jak bardzo się złamał) sprzedał się w pięć minut. Mijają miesiące, a ja nadal nie mogę tego zrozumieć. Inna sprawa, że ja nie byłem bez pracy przez cztery długie lata.

Czy możemy przerwać ten zaklęty krąg? W kraju, w którym biznes nie angażuje się w politykę, think tanki żyją od grantu do grantu i od łaski do niełaski, a uczelnie zamiast kształcić ludzi, których potrzebuje rynek, masowo wypuszczają absolwentów, których marne wykształcenie skazuje na wiszenie u klamki kolejnych władz, nie wydaje się to nadmiernie realne. Biznes mógłby polską politykę zmienić, ale musiałoby zacząć mu się chcieć, a na to się nie zanosi. Drugą opcją byłoby liczenie na mądrość polityków i przerwanie zaklętego kręgu zemsty i czystek. Tyle że to jest akurat jeszcze mniej prawdopodobne.