Jeśli mężczyzna uderzy kobietę na ulicy, są na to paragrafy i wina sprawcy jest bezsporna. Dlaczego sytuacja radykalnie się komplikuje, gdy do pobicia dojdzie w domu?

Bo wciąż wiele osób na relacje w rodzinie patrzy podejrzliwie: „Nie ma dymu bez ognia”, „Jak sobie pościele, tak się wyśpi…”, czyli jeśli dostała, to pewnie zasłużyła lub sprowokowała.

Bo zupa była za słona?

To hasło kampanii z 1996 r. W połowie lat 90. termin „przemo c w rodzinie” był nowością. Do tego czasu mówiło się: „znęty”.

Znęty?

W polskim prawie obszar związany ze stosowaniem przemocy w rodzinie jest znany od kilkudziesięciu lat. Został opisany w art. 207 kodeksu karnego. Policja, prokuratorzy i sędziowie mówili o tym paragrafie slangowo: „znęty i alimenty”. Czyli: patologiczne rodziny, w których bez przerwy ktoś pije, bije i ciąga drugich po sądach. Organizacje feministyczne od połowy lat 80. uczulały, że zapis o „znęcaniu się” jest przestarzały, nie pasuje do rzeczywistości. Że poza przemocą fizyczną są inne, równie dotkliwe zachowania, destrukcyjne dla ludzi tworzących rodzinę. Państwo nie może reagować dopiero wtedy, gdy dojdzie do zabójstwa czy ciężkiego pobicia.

Tak narodził się pomysł ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Jej pierwowzór był kompromisem?

Uczestniczyłam we wszystkich pracach legislacyjnych nad tym dokumentem. Projekt ustawy z 2005 r., wnoszony jeszcze przez Izabelę Jarugę-Nowacką, miał ok. 10 stron. Gotowa ustawa została zredukowana do półtorej kartki. To pokazuje skalę tego kompromisu. Kolejne rozwiązania proponowane w tym dokumencie po prostu z niego wypadały. Została przyjęta w ostatnim głosowaniu ostatniego dnia kadencji ówczesnego parlamentu. Gdyby nie weszła w tym kształcie, nie byłoby jej w ogóle.