Kaczyński przegrał sam ze sobą. Zaplątał się w polskich realiach. Zadryblował między politycznym romantyzmem, każącym mu dążyć do moralnej rewolucji, a cynicznym do bólu pragmatyzmem, który pozwalał mu zawierać dziwaczne układy z Lepperem, z Giertychem, z Rydzykiem. Gdybyśmy jeszcze doczekali korzyści z tych brudnych kompromisów... Ale my tylko zapłaciliśmy cenę za ideały, z których żaden nie zdążył zostać zrealizowany.

Reklama

I to jest bodaj największy problem Kaczyńskiego. Grał ostro, wywoływał olbrzymie konflikty, balansował na granicy dobrego smaku. Gdyby jednak wygrał, wszystko byłoby mu wybaczone. On tymczasem miał tyle siły, aby wszcząć dziesiątki wojen, a nie miał tych sił odpowiednio dużo, by choć jedną z nich wygrać.

Jednak wbrew temu, co się dziś często pisze, ten rząd nie upada w totalnej niesławie. To nie jest rząd Millera, którego ministrów z Alej Ujazdowskich powinni byli wyprowadzać prokuratorzy. To nie jest też rząd Belki, który wręcz tonął we własnej nieudolności. Skala krytyki, z jaką się dziś spotyka Kaczyński, po części bierze się z jego sukcesów. A zwłaszcza jednego. Otóż Kaczyński rozbił obowiązującą w III RP hierarchię autorytetów. Nie wiadomo dokładnie kiedy i jak, może przez sam fakt, że jako pierwszy premier tak ostro ją kontestował. Ważny jest wynik.

Nie ma już dziś kasty ludzi, którzy wiedzą lepiej. Którzy narzucają innym swoje poglądy i swoje kryteria oceny. Ten nieznośny gorset politycznej poprawności, tak typowy dla lat 90., został zrzucony. Nie ma już jednego ośrodka mądrości politycznej. Skończyła się epoka, w której był Jeden Ekonomista, Jeden Redaktor i Jeden Dyplomata.
Wydarzenie jest donioślejsze, niż się na pozór wydaje. W Polsce przez te dwa lata gruntownie zmienił się klimat umysłowy. Nie wszyscy to dostrzegli. Na pierwszy rzut oka widać było jedynie coraz bardziej wrogie PiS-owi elity, które w czasie sporu o lustrację ostentacyjnie wypowiedziały mu posłuszeństwo. I coraz krótszą ławkę intelektualistów, którzy byli gotowi udzielić rządowi publicznego wsparcia.

W istocie, PiS przegrał wojnę o poparcie elit. Ale przegrała je także druga strona. Skończyły się czasy, kiedy można było namówić intelektualistów do udziału w nagonce politycznej na łamach "Gazety" czy "Polityki". Teraz polskie elity uznały, że mają dość zarówno jednej, jak i drugiej strony sporu. Że nie chcą wesprzeć ani żałosnej IV RP, ani tych, którzy walczą z PiS z tego tylko powodu, że ten ich brutalnie zdetronizował.

Dlaczego polskie elity dokonały takiego wyboru? Dlaczego stało się coś, co kilka lat temu wydawało się niemożliwe? Otóż stało się tak, ponieważ upadł mit tego środowiska polskiej inteligencji, które przez 15 lat nadawało mu ton. Środowiska, które przedstawiało się jako strażnik reguł - obrońca prawa i demokracji, dobrego smaku i obyczaju. Bo raptem, w ogniu walki z PiS, pokazało nam ono zupełnie nową twarz. Ci, którzy przez lata ucinali każdy spór argumentem świętości prawa, teraz oznajmili, że prawo ich nie dotyczy.

Masowe deklaracje znanych dziennikarzy i intelektualistów, że nie podporządkują się ustawie lustracyjnej, bo PiS-owskie prawo ich nie obowiązuje, dla wielu inteligentów były szokiem. Tak samo jak zachowanie dziennikarzy, którzy przez całe lata 90. mienili się strażnikami obiektywnego dziennikarstwa, a teraz rozpaleni do białości nie potrafili napisać o swoich przeciwnikach choćby jednego rzetelnego zdania. Publicyści, którzy przez wiele lat mówili, że rzeczywistość nie jest czarno-biała, teraz używali jedynie czarnej barwy.

Nawet dla zdeklarowanych przeciwników PiS było to rażące wykroczenie. Bo jak to jest, że w czasie afery Rywina ci sami dziennikarze mieli mocny żołądek, nie przeszkadzały im ani grupa trzymająca władzę, ani Ałganow, ani załatwianie sobie po kryjomu ustawy przez wpływową gazetę, a teraz widzą oni każde uchybienie Ziobry? Jak to jest, że ci, którzy nawoływali do umiaru w krytyce III RP, do rezygnacji z rozliczeń, z odwetu, którzy przestrzegali przed powoływaniem komisji śledczych, teraz żądają "dobicia PiS" i rozliczenia IV RP? Trudno komukolwiek odmawiać prawa do politycznych emocji, ale jak już się je raz pokaże, trudno potem udawać dżentelmena. A jeszcze trudniej wiarygodnego dziennikarza.

Nic jednak nie zaszkodziło temu środowisku bardziej niż donosy na własny kraj, które jego liderzy zaczęli składać w zachodnich mediach. Bo to już była praktyka, dla której nie sposób znaleźć usprawiedliwienia. To już nie były emocje, to była zwykła zemsta. Nie dość, że prymitywna, to jeszcze skierowana na oślep. Przeciw całemu państwu.
Dlatego dziś, w chwili gdy wszyscy mają dość PiS-owskiej władzy, jedno rozwiązanie niemal nikomu nie przychodzi do głowy. Nikt nie szuka ratunku u upadłych gwiazd III RP - politycznych, dziennikarskich, biznesowych. Nikt ich nie prosi o pomoc, nikt nie chce wziąć udziału w ich rozpaczliwych wysiłkach powrotu do gry. Liderzy III RP okazali się znacznie bardziej niewiarygodni niż liderzy IV.

Kiedyś Aleksander Smolar w odniesieniu do AWS mówił o syndromie grzesznych moralistów, którzy płacą za swoje grzechy wielokrotnie większą cenę. To samo dotyczy samozwańczych arbitrów elegancji, których raptem zobaczono w zgoła nieeleganckich pozach. To jest chyba zresztą najciekawsza konsekwencja ostatnich wydarzeń. Czwarta RP przegrała, ale jednocześnie Trzecia poniosła absolutną już klęskę. Nie ma już w niej nic. Żadnego uroku. Żadnego autorytetu.