W internecie jest wszystko. Co ostatnio panią zaszokowało?

Martyna Różycka: Zgłoszenia dotyczące materiałów CSAM (z ang.: child sexual abuse material), stanowią ok. 80 proc. wszystkich trafiających do nas zawiadomień o nielegalnych treściach. Mnie niepokoi szybki wzrost tzw. self generated content, czyli treści, które dzieci wytworzyły same. Jedne są na pograniczu legalności, inne - już jawnie nielegalne. Mam tu na myśli twórczość pokazującą aktywność seksualną nastolatków, często bardzo młodych, poniżej 13. roku życia. Filmiki, zdjęcia, które są rozpowszechniane i żyją własnym życiem.

Chce pani powiedzieć, że treści erotyczne, a czasem pornograficzne, są wytworem dzieci?

Nadal część tych materiałów powstaje z inspiracji dorosłych. Pedofil wyłapuje ofiarę w sieci, zasadza na nią pułapkę, czyli uwodzi, zachęca, by przysyłała coraz odważniejsze zdjęcia. Jednak gros tych treści jest efektem tzw. sextingu między nastolatkami. Dzieci wymieniają się treściami i obrazami o seksualnym zabarwieniu. „Produkcje” są coraz śmielsze, jakby trwała rywalizacja.

Rywalizacja?

Kiedyś sexting był zabawą w parach. Ona wysyłała pikantne foty, on odpowiadał w podobnym stylu. Krótko mówiąc: zdjęcia krążyły odkąd pojawiła się możliwość ich wysyłania, ale odbywało się to w wąskim gronie osób, które coś ze sobą łączy. Dziś jest inaczej. 13 – latka fotografuje się „z góry”, klęcząc na wysokości rozporka męskich spodni. Wysyła to ujęcie nie swojemu chłopakowi, czy przyjaciółce, ale znajomym. Po co? To forma reklamy: spójrzcie, jaka jestem wyzwolona, rozrywkowa, nie będziecie się ze mną nudzić. To jej i jego (chłopcy produkują podobne treści) sposób na zdobycie popularności.

Taka autoreklama ma swoje granice?

Na pewna jedną z nich powinien być wiek. Niestety, zgłaszano już do nas treści, których bohaterami były kilkuletnie dzieci. Takie, których miejscem zabaw powinna być piaskownica, a nie np. aplikacja randkowa. Załóżmy, że informacja dotyczy sex wideo czatu. Nastolatki wchodzą tam z nudów czy szukając rozrywki. Niemal od razu internauci piszą do nich, by pokazały, „co mają pod ubraniem”. Dzieci wchodzą w ten dialog, zaczepiają: „pokażę pupę, jak pojawi się 300 lajków”. Najgorsze, że 300 lajków pojawia się błyskawicznie…

Czyli jednak dorośli prowokują?

Nie zawsze. Czasem autorem tych zachęcających komentarzy jest ich równolatek lub niewiele starsza osoba. Wszyscy usiłują się bawić wykorzystując złudne wrażenie anonimowości w sieci.

Kiedy kończy się zabawa?

Zdecydowanie szybciej w przypadku dziewczynek, bo stereotypy ciągle działają. Chłopak, którego nagie zdjęcie rozprzestrzeni się w sieci, szybciej obróci sprawę w żart. Że to efekt imprezowej akcji, wyzwania (z ang. – challenge’u), którego się podjął „dla beki”. Do dziewczyny przyklei się opinia łatwej, a drobiazgowe komentarze dotyczące jej ciała mogą wyrządzić szkodę w psychice. Jednym z popularnych „challengy” jest utrzymywanie długopisu pod biustem lub puszki między piersiami. Stary dziewczyński test jędrności, który niejedna z dorosłych dziś kobiet robiła w zaciszu własnej łazienki. Różnica polega na tym, że teraz nastolatka relację filmową z tego eksperymentu rozsyła na lewo i prawo.

Jest tu moment na opamiętanie?

Bywa, że pojawia się w chwili, gdy taka produkcja wywoła skrajnie inne od oczekiwanych reakcje. Czyli np. mocno wulgarne komentarze. Lub, co gorsza, gdy zostanie wyśmiana. Bo dopiero narażenie się na drwiny działa na nastolatki trzeźwiąco.

I co wtedy?

Rzadko które dziecko pójdzie do rodziców i powie: udawałem stosunek płciowy, wkładałem do ust banana. Owszem, są telefony zaufania, jak choćby Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, ale skorzystają z nich nieliczni. Dobrze, jeśli znajdą w sobie odwagę, by przegadać sprawę z najlepszym przyjacielem. Inni postanowią grać twardych. Mam nadzieję, że takie doświadczenie będzie miało efekt szczepionki chroniącej przed gorszymi głupotami w przyszłości.

Czy wymiar sprawiedliwości w ogóle zauważa taką działalność dzieci?

Rozmawiałam na ten temat z sędziami. Większość skłania się, by podobne przypadki traktować tak, jak małoletnich pijących alkohol. Gdy w zdarzeniu bierze udział więcej osób, wówczas można uznać, że jeden nastolatek rozpija drugiego. Poważniejsze pytanie dotyczy wymiaru ewentualnej kary. Poprawczak, kurator? Czy załatwią sprawę?

Rozumiem, że to pytanie retoryczne…

My, dorośli, naprawdę bardzo mało wiemy, co nasze dzieci wyprawiają w sieci. Moim zdaniem z seksualnymi treściami powinno być jak z cyberprzemocą. W obu przypadkach akcja rozgrywa się przede wszystkim w grupie rówieśniczej. Zanim więc zaalarmujemy sąd czy policję, powinniśmy zgłosić się z problemem do szkoły. I sami uderzyć się w piersi.

Łatwo powiedzieć!

Załóżmy na początek, że wszystkie nastolatki rozsyłają swoje zdjęcia i filmy. Tak, nasze dzieci też to robią. Możemy próbować wpłynąć na to, co znajdzie się w tych treściach. Rozmawiajmy. Mówmy, że pornografia jest biznesem, rozrywką, a nie elementem edukacji seksualnej. Bo stosunek płciowy w realu nie ma nic wspólnego z tym, co pokazuje internet. Może to banalne, ale rozmawiajmy też o szacunku wobec drugiej osoby i wobec samego siebie. Czy na pewno powinnaś się tak ubrać i pomalować? Czy ten youtuber wie, co mówi? Ostrożnie, bez moralizatorskiego przegięcia, żeby nie wyjść na „ułomnych starych”. I to chyba jest w tym najtrudniejsze.