Nie zmienia to jednak faktu, że w czasie rządów PiS od 2015 r. w Polsce radykalnie zwiększono obecność militarną USA. Co w konsekwencji poprawia nasze bezpieczeństwo i działa odstraszająco na potencjalnego agresora. Wszystko dzieje się w lekkiej kontrze do stanowiska kluczowego partnera gospodarczego zza Odry, bo Berlin nawet nie próbuje ukrywać, że miewa w tej kwestii inne zdanie.

Zacznijmy jednak od 2014 r. Napaść Rosji na Ukrainę była szokiem dla Zachodu. Nagle okazało się, że problemem może być nie tylko drożejąca mozzarella, ale też bezpieczeństwo granic. Wyrazem tego był szczyt NATO, który de facto rozpoczął wzmacnianie wschodniej flanki. To na finale rządów PO-PSL rozpoczęto ten proces. Nie pomogą tu zaklęcia polityków PiS, że historia rozpoczęła się pod koniec 2015 r.

Po prostu takie są fakty. To w 2014 r. w Newport ustalono, że w sześciu krajach wschodniej flanki, w tym w Polsce, powstaną Grupy Integracyjne Sił NATO (Nato Force Integration Unit, NFIU). Ich zadaniem jest „zapewnienie i umożliwienie szybkiego przemieszczenia Połączonych Sił Wysokiej Gotowości”. Na tamtym szczycie zwiększono również liczebność sił szybkiego reagowania. Liczby nie rzucały na kolana. Chodzi jednak o coś innego – zmianę stylu myślenia o zagrożeniu. Nie było ono już tylko hipotezą politologiczną. Dwa lata później, podczas szczytu NATO w Warszawie już za rządów PiS, nastąpiło zdecydowane pogłębienie tego kierunku. W praktyce doszło do przełamania – z naszego punktu widzenia bardzo niekorzystnego – porozumienia NATO – Rosja z 1997 r. Decyzją o utworzeniu liczących około tysiąca żołnierzy batalionowych grup bojowych w trzech krajach bałtyckich i w Polsce wysłano po raz kolejny bardzo jasny sygnał: Sojusz poważnie traktuje zagrożenie ze Wschodu. Także podczas spotkania na Stadionie Narodowym ogłoszono decyzję o tym, że z Polski będzie operować amerykańska brygadowa grupa bojowa, która – dysponując bazą wypadową na zachodzie kraju – bierze udział w ćwiczeniach w całym regionie.

Wczoraj, już po zamknięciu tego wydania DGP, prezydenci Andrzej Duda i Donald Trump ogłosili kolejne zwiększenie militarnej obecności USA w Polsce. To nie będzie „Fort Trump” sensu stricto. Nie powstanie wielka baza. Wzmocniona zostanie za to obecność amerykańska w różnych dziedzinach. Zbudowany zostanie m.in. szpital wojskowy, najpewniej więcej będzie również żołnierzy sił specjalnych odgrywających ważną rolę w przeciwdziałaniu zagrożeniom, które generuje Federacja Rosyjska. Co ważne, zwiększy się możliwość szybkiego przerzutu wojsk sojuszniczych między Bugiem a Odrą. Z perspektywy czasu wydaje się, że użycie sformułowania Fort Trump przez prezydenta Andrzeja Dudę podczas ubiegłorocznej wizyty w Waszyngtonie nie było złym zabiegiem. Posłodzono prezydentowi narcyzowi, który nawet nie ukrywa, że się lubi – tak by zapamiętał, o co nam chodzi. Można się z tego śmiać, ale wydaje się, że jako piarowa wrzutka i zaszczepienie tematu w świadomości polityków i mediów było zagraniem skutecznym.

Administracja amerykańska określa obecność swoich żołnierzy w naszym kraju jako „enduring”, czyli trwałą. Nie pojawia się słowo „permanent”, które moglibyśmy tłumaczyć jako stałą. Jednak tak jak już pisaliśmy na łamach DGP, nie wydaje się, by to umniejszało rangę wypracowanego porozumienia. Można wręcz zaryzykować tezę, że dzięki rotacji co kilka miesięcy żołnierze tutaj przebywający są w większej gotowości do działań, niż gdyby mieli tu mieszkać latami.

Wzmocnienie amerykańskiej obecności w Polsce to część większej całości. Kolejny krok długofalowego procesu. Paradoksalnie zbójecka napaść Rosji na Ukrainę w 2014 r., przynajmniej średnioterminowo, nasze bezpieczeństwo zwiększyła, ponieważ Sojusz Północnoatlantycki przestał mieć jakiekolwiek złudzenia wobec naszego wschodniego sąsiada. To, co w 2008 r., po wojnie w Gruzji, zauważyli nieliczni, w 2014 r. stało się, cytując klasyka, oczywistą oczywistością.

Wczoraj w Waszyngtonie kontynuowano proces, którego początek przypada na czasy ministra obrony narodowej Tomasza Siemoniaka, a był kontynuowany przez jego następcę Antoniego Macierewicza i Mariusza Błaszczaka. To jasno pokazuje, że wbrew pozorom i codziennej połajance, jaką sobie i nam serwują politycy, są kwestie poza dyskusją. Wymienieni panowie zapewne w studiu telewizyjnym nie byliby w stanie przyznać, że są częścią tego samego procesu, który ma ten sam wektor, a jego celem jest wzmacnianie bezpieczeństwa narodowego. Ich zgoda na poziomie retorycznym ma jednak znaczenie drugorzędne. Istotne są fakty. A te są następujące: do NATO przystąpiliśmy w 1999 r. Żołnierze Sojuszu odwiedzali nas na ćwiczenia. W 2014 r. było ich może kilkuset w różnych jednostkach. Dziś samych Amerykanów gościmy ponad 4 tys., a wkrótce będzie ich prawie 6 tys.

Choć głośno nikt o tym nie mówi, mamy do czynienia z ponadpartyjnym konsensusem. Tak było w przypadku wejścia do NATO i później do UE. Tak teraz wszystkie liczące się opcje polityczne głośno lub po cichu wspierają zwiększenie liczebności amerykańskich wojsk w Polsce.

Jeśli w tej materii w naszej klasie politycznej panuje zgoda, to być może warto pójść o krok dalej. Bo cena, jaką płacimy za zwiększenie tej obecności oprócz politycznej – jak np. dziwne konferencje dyplomatyczne realizowane na potrzeby wielkiego brata z Ameryki – równa jest co najmniej kilkudziesięciu miliardom złotych. To suma zakupów amerykańskiego uzbrojenia. Oczywiście w perspektywie kilku lat podniesie to zdolności naszych sił zbrojnych, ale równie dobrze mogliśmy większość tego rodzaju sprzętu kupić w innych krajach. W tym tekście nie chcę się zajmować kwestią, jak (nie)skutecznie i (nie)roztropnie przeprowadzamy te zakupy. Ani tym, że w mediach społecznościowych ukuto zręczną frazę o „homeopatycznej modernizacji” armii. Fakty są takie, że jeśli zdecydujemy się na zakup samolotów F-35, to już teraz krótka kołdra finansowa będzie oznaczać rezygnację z wielu innych programów. Również bardzo istotnych z punktu widzenia naszych możliwości do obrony. Dlatego wykorzystując istniejącą, niewypowiedzianą ponadpartyjną zgodę co do współpracy z naszymi sojusznikami, warto pójść za ciosem i zastanowić się, w jaki sposób finansować chociażby wspomniane samoloty czy wstrzymaną drugą fazę zakupu systemu Patriot. Być może warto sięgnąć po finansowanie oddzielną ustawą – w ten sposób zapewniliśmy środki na zakup naszych F-16. Jeśli jest coś, co łączy dwa zwaśnione polityczne obozy, to naprawdę trzeba na tym budować. Przypominam, że za ustawą o zwiększeniu finansowania wojska, docelowo do 2,1 proc. PKB w 2020 r., a stopniowo do 2,5 proc. PKB w 2030 r., zagłosował w tej kadencji prawie cały Sejm.

Warto też pamiętać, że o ile powinniśmy się cieszyć z coraz liczniejszej obecności żołnierzy amerykańskich w Polsce, to odpowiedzialnym politykom nie wolno zapomnieć o tym, że nie jesteśmy 51. stanem USA. Nie warto się zgadzać bezwarunkowo na wszystko, czego zapragnie Waszyngton. W czasach gdy dyplomacja transakcyjna zaczyna dominować za Atlantykiem, powinniśmy być dobrymi negocjatorami. Nawet gdy z natury rzeczy i różnicy potencjałów są to targi mrówki ze słoniem.

W najbliższych latach zaangażowanie militarne Stanów Zjednoczonych nad Wisłą będzie rosło. W dużym stopniu gwarantuje to nam nienaruszalność granic, czas na rozwój i budowanie potencjału państwa. Za 20 lat wojska USA w Polsce, będą obecne… albo nie. Za te miliardy kupujemy czas, by przygotować się na pogorszenie koniunktury geopolitycznej. Przez ten czas powinniśmy zadbać o to, by koszt agresji był radykalnie wyższy niż obecnie. Nawet bez sił USA w Polsce.