Autorka słynnej biblii alterglobalistów "No logo" wydała właśnie nową książkę. Naomi Klein pisze w niej, jak wielkie koncerny wykorzystują najtrudniejsze momenty w dziejach narodów i społeczności, by mnożyć swoje zyski. Dziś w DZIENNIKU można przeczytać fragment tej książki, który najlepiej streszcza jej ducha.
Jamara Perry'ego poznałam we wrześniu 2005 roku w schronisku Czerwonego Krzyża w luizjańskim Baton Rouge. Stał w kolejce po obiad wydawany przez uśmiechniętych
młodych scjentologów. Dopiero co zostałam zbesztana za rozmowę z ewakuowanymi bez obstawy mediów, więc usiłowałam wtopić się w tłum - biała Kanadyjka pośród morza czarnych z Południa.
Stanęłam za Perry’m i poprosiłam go, żeby rozmawiał ze mną jak ze starą znajomą.
Urodzony i wychowany w Nowym Orleanie Perry od tygodnia przebywał poza zalanym miastem [kilka dni wcześniej przeszedł nad nim huragan "Katrina" - przyp. red.]. Razem z rodziną całe wieki czekali na autobusy ewakuacyjne i w końcu poszli na piechotę w palącym słońcu. Ostatecznie trafili tutaj, do wielkiego ośrodka konferencyjnego, w którym teraz stały dwa tysiące łóżek polowych, a tłumu wściekłych, wykończonych ludzi pilnowali nadpobudliwi żołnierze Gwardii Narodowej, którzy niedawno wrócili z Iraku.
Po schronisku krążyła wiadomość, że republikański kongresman Richard Baker powiedział do grupy lobbystów: "Nareszcie oczyściliśmy mieszkalnictwo komunalne w Nowym Orleanie. Nam się to do tej pory nie udawało, więc Bóg to zrobił". Joseph Canizaro, jeden z najbogatszych nowoorleańskich deweloperów, wyraził podobny pogląd: "Myślę, że mamy teraz czystą kartę i możemy zacząć od nowa. A czysta karta stwarza ogromne możliwości". Przez cały ten tydzień po Baton Rouge krążyli lobbyści wielkich korporacji, którzy próbowali sobie zaklepać te wielkie możliwości: niższe podatki, mniej przepisów, tańszą siłę roboczą i "mniejsze, bezpieczniejsze miasto" - co w praktyce oznaczało plany wyburzenia osiedli komunalnych. Słysząc o "zaczynaniu od nowa" i "czystych kartach", można było prawie zapomnieć o toksycznej zupie z gruzu, chemicznych wycieków i szczątków ludzkich zaledwie kilka mil dalej.
Jamar Perry nie potrafił jednak myśleć o niczym innym. "Ja w tym naprawdę nie widzę czyszczenia miasta. Ja widzę, że mnóstwo ludzi zginęło. Ludzi, którzy nie powinni byli zginąć". Jamar mówił niezbyt głośno, ale starszy mężczyzna przed nami usłyszał i okręcił się na pięcie. "Co ci ludzie z Baton Rouge mają z głowami? To nie jest żadna szansa, to wielka tragedia, do cholery! Czy oni są ślepi?". Do rozmowy włączyła się matka z dwójką dzieci. "Nie, nie są ślepi, tylko źli. Wzrok mają świetny".
Do tych, którzy w nowoorleańskich wodach powodziowych dostrzegli swoją wielką szansę, należał nieżyjący już Milton Friedman, wielki guru niczym nieskrępowanego kapitalizmu i autor książki uważanej za regulamin hipermobilnej globalnej gospodarki. 93-letni, zapadający na zdrowiu "wujek Miltie" - jak nazywali go zwolennicy - znalazł w sobie dosyć siły, żeby napisać felieton do "Wall Street Journal" trzy miesiące po pęknięciu wałów przeciwpowodziowych. "Większość nowoorleańskich szkół legła w gruzach, podobnie zresztą jak domy dzieci, które do nich chodziły. Te dzieci są teraz rozsiane po całym kraju. To jest tragedia. Ale to jest również szansa". Radykalny pomysł Friedmana polegał na tym, by pieniądze przeznaczone na odbudowę i poprawę jakości nowoorleańskiego systemu szkolnictwa publicznego dać rodzinom w postaci bonów edukacyjnych, które mogliby wykorzystać w prywatnych placówkach.
Podczas gdy naprawa wałów i przywracanie dostaw elektryczności odbywały się w żółwim tempie, licytacja nowoorleańskich szkół publicznych postępowała z iście militarną prędkością i precyzją. Po 19 miesiącach, kiedy większość ubogich mieszkańców miasta wciąż nie wróciła z wygnania, w miejscu prawie wszystkich nowoorleańskich szkół publicznych stanęły już prywatne.
Podzielający poglądy Friedmana ośrodek American Enterprise Institute zachwycał się, że "Katrina w jeden dzień zdziałała to [...], czego luizjańscy reformatorzy szkolnictwa nie zdołali zrobić przez lata". Tymczasem nauczyciele szkół publicznych nazywali plan Friedmana "edukacyjną grabieżą ziemi". Ja natomiast te zorganizowane inwazje na sferę publiczną po rozmaitych katastrofach, połączone z traktowaniem tychże katastrof jako wspaniałych okazji do zrobienia interesu, nazywam "kapitalizmem apokaliptycznym".
Prywatyzacja szkolnictwa w średniej wielkości amerykańskim mieście może się wydawać sprawą zbyt błahą jak na przedmiot zainteresowania człowieka uznawanego za najbardziej wpływowego ekonomistę minionego półwiecza. Z drugiej strony można jednak powiedzieć, że wykorzystując kryzys w Nowym Orleanie do promowania fundamentalistycznej wersji kapitalizmu, sam sobie napisał znakomity nekrolog. Friedman i jego zwolennicy przez ponad trzy dekady doskonalili tę strategię: czekać na poważny kryzys, a potem rozsprzedać część państwa prywatnym przedsiębiorcom, póki zwykli obywatele nie otrząsną się jeszcze z szoku.
W jednym ze swoich najbardziej znanych esejów Friedman sformułował podstawową taktyczną koncepcję współczesnego kapitalizmu, którą ja nazywam "doktryną szoku". Napisał, że "tylko kryzys - rzeczywisty lub postrzegany - prowadzi do realnych zmian". Kiedy nastąpi kryzys, rodzaj podejmowanych działań zależy od posiadanych zasobów idei. Przygotowując się na katastrofy, niektórzy ludzie robią zapasy konserw i wody, a friedmaniści robią zapasy wolnorynkowych idei. Profesor University of Chicago uważał, że kiedy wybuchnie kryzys, należy działać szybko, narzucić nieodwracalne zmiany, zanim wstrząśnięte kryzysem społeczeństwo "wróci do tyranii status quo".
Ten wariant porady Machiavellego, by "rany zadawać wszystkie naraz", jest jednym z najważniejszych elementów spuścizny Friedmana.
Wykorzystywania wstrząsów czy kryzysów Friedman nauczył się w połowie lat 70., kiedy doradzał gen. Augusto Pinochetowi. Chilijczycy byli w szoku po przeprowadzonym przez Pinocheta brutalnym zamachu stanu, a na dodatek szalała hiperinflacja. Friedman doradził radykalną transformację gospodarki - obniżkę podatków, liberalizację handlu, prywatyzację usług publicznych i cięcia w wydatkach socjalnych.
Była to najbardziej ekstremalna transformacja kapitalistyczna w dziejach świata i zaczęto ją nazywać rewolucją "szkoły chicagowskiej", ponieważ wielu ekonomistów Pinocheta studiowało u Friedmana w Chicago. Friedman wymyślił nazwę dla tej bolesnej taktyki: gospodarcza "terapia szokowa". Od tego czasu wszystkie rządy, które podejmują głębokie reformy gospodarcze, wybierają metodę terapii szokowej.
Temat uzależnienia wolnego rynku od potęgi szoku zaczęłam badać cztery lata temu, w początkowych dniach okupacji Iraku. Donosiłam z Bagdadu, że po operacji wojskowej "shock and awe" Waszyngton podejmuje nieudane próby zastosowania terapii szokowej - masowa prywatyzacja, całkowita liberalizacja handlu, 15-procentowy podatek liniowy, radykalne zmniejszenie kompetencji państwa. Później pojechałam na Sri Lankę, kilka miesięcy po tragicznym tsunami z 2004 roku, i obserwowałam tam inną wersję tego samego manewru: zjechali się zagraniczni inwestorzy i międzynarodowi pożyczkodawcy, by wykorzystać atmosferę paniki i przekazać całe piękne wybrzeże w ręce przedsiębiorców, którzy szybko postawili wielkie letniska, uniemożliwiając setkom tysięcy rybaków odbudowę ich wiosek. Zanim huragan "Katrina" uderzył w Nowy Orlean, było dla mnie oczywiste, że jest to obecnie ulubiona metoda wielkich koncernów: wykorzystywać momenty zbiorowej traumy do realizacji radykalnych projektów z dziedziny inżynierii społecznej i ekonomicznej.
Większość ludzi, którzy przeżyli katastrofę, chce jednak czegoś przeciwnego niż czysta karta: chcą ocalić, co tylko się da, i zacząć naprawiać wszystko, co nie uległo zniszczeniu. "Odbudowując miasto, czuję się tak, jakbym odbudowywała samą siebie" - powiedziała Cassandra Andrews, sprzątając rumowisko po huraganie. Ale kapitaliści apokaliptyczni nie są zainteresowani odbudową tego, co kiedyś było. W Iraku, na Sri Lance i w Nowym Orleanie pierwszym krokiem w procesie zwodniczo nazywanym rekonstrukcją było dokończenie dzieła katastrofy, czyli likwidacja tego, co pozostało ze sfery publicznej.
Kiedy przystąpiłam do badania związków pomiędzy megazyskami i megakatastrofami, sądziłam, że jestem świadkiem zasadniczej zmiany w ogólnoświatowym procesie "liberalizacji" gospodarki. Jako członkini ruchu walczącego z błyskawicznie rosnącą potęgą korporacji, który zadebiutował w 1999 r. w Seattle, byłam przyzwyczajona do tego, że przepisy korzystne dla biznesu wprowadza się metodą szantażu podczas szczytów Światowej Organizacji Handlu albo jako warunki udzielenia kredytu przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Podrążywszy historię tego, jak wolny rynek zalał całą naszą planetę, odkryłam, że wyzyskiwanie kryzysów i katastrof od samego początku stanowiło modus operandi ruchu friedmanowskiego - ta fundamentalistyczna forma kapitalizmu zawsze potrzebowała katastrof, żeby posuwać się do przodu. To, co się działo w Iraku i Nowym Orleanie, nie było wynalazkiem z czasów po 11 września. Te śmiałe eksperymenty z dziedziny wykorzystywania kryzysów wieńczyły trzy dziesięciolecia ścisłego przestrzegania doktryny szoku.
Przez pryzmat tej doktryny ostatnie 35 lat wygląda zupełnie inaczej. Niektóre z najbardziej zbrodniczych naruszeń praw człowieka, z reguły postrzeganych jako sadystyczne akty dokonane przez antydemokratyczne reżimy, miały w rzeczywistości na celu sterroryzowanie społeczeństwa i przygotowanie gruntu pod radykalne "reformy" wolnorynkowe. W 1989 roku w Chinach szok wywołany przez masakrę na Placu Tiananmen i aresztowanie dziesiątek tysięcy ludzi pozwoliły partii komunistycznej przekształcić znaczny obszar kraju w gigantyczną strefę produkcji eksportowej, obsługiwaną przez zastraszonych pracowników, którzy nie mieli odwagi domagać się swoich praw. Podobnym celom służyła również wojna o Falklandy: w powstałym zamieszaniu Margaret Thatcher mogła stłumić strajk górników i zainicjować pierwsze szaleństwo prywatyzacyjne w zachodnim kraju demokratycznym.
Ogólny wniosek jest taki, że aby dało się bez przeszkód wdrożyć terapię szokową, zawsze konieczna była jakaś dodatkowa zbiorowa trauma. W państwie demokratycznym model ekonomiczny Friedmana można wprowadzić częściowo - najlepszym przykładem są Stany Zjednoczone za Reagana - natomiast pełna realizacja tej wizji wymaga warunków autorytarnych lub quasi-autorytarnych.
Do niedawna warunki te w USA nie istniały. 11 września 2001 r. stała się rzecz następująca: ideologia stworzona na amerykańskich uniwersytetach i podbudowana przez instytucje waszyngtońskie nareszcie zyskała szansę na zawładnięcie światem. Administracja Busha, w której roiło się od uczniów Friedmana (był nim na przykład przyjaciel prezydenta Donald Rumsfeld), wykorzystała atmosferę powszechnego strachu do wypowiedzenia "wojny z terrorem" i uczyniła z niej przedsięwzięcie nastawione na zysk - kwitnącą nową branżę przemysłu, która tchnęła nowe życie w kulejącą gospodarkę amerykańską. Ten "kompleks kapitalistyczno-apokaliptyczny" opiera się na globalnej wojnie toczonej na wszelkich możliwych płaszczyznach przez prywatne firmy, których uczestnictwo jest opłacane z publicznych pieniędzy, z takim oto uzasadnieniem, że bronią ojczyzny i likwidują zagraniczne "zło".
Przez kilka krótkich lat kompleks rozszerzył swój zasięg i już nie tylko walczy z terroryzmem, ale również prowadzi międzynarodowe operacje pokojowe, pilnuje porządku w miastach, reaguje na coraz częstsze klęski żywiołowe. Nadrzędnym celem koncernów wchodzących w skład kompleksu jest przeniesienie modelu państwa działającego według zasad rynkowych, doskonale prosperującego w sytuacjach kryzysu, na codzienne funkcjonowanie państwa - innymi słowy, celem jest prywatyzacja państwa.
Kapitalizm apokaliptyczny dorównuje pod względem skali "rynkom wschodzącym" i branży IT z okresu boomu w latach 90. Dominują w nim firmy amerykańskie, ale jest globalny, firmy brytyjskie wnoszą swoje doświadczenie z dziedziny monitoringu przemysłowego, a firmy izraelskie wiedzę fachową z zakresu budowy zaawansowanych technicznie ogrodzeń i murów. W połączeniu z gwałtownym wzrostem rentowności przemysłu ubezpieczeniowego i naftowego gospodarka apokaliptyczna prawdopodobnie uratowała globalny rynek przed głęboką recesją, która groziła mu w przeddzień 11 września.
W powodzi pośmiertnych panegiryków na cześć Miltona Friedmana prawie nie było mowy o roli szoków i kryzysów w wypromowaniu jego światopoglądu. Śmierć chicagowskiego ekonomisty (listopad 2006 r.) stała się natomiast pretekstem do powtórzenia oficjalnej historii o tym, że wyznawana przez niego odmiana radykalnego kapitalizmu stała si państwową ortodoksją w prawie wszystkich zakątkach świata. Jest to baśń gruntownie oczyszczona z przemocy tak ściśle związanej z tą krucjatą. Najwyższy czas, aby to się zmieniło. Od momentu upadku Związku Sowieckiego energicznie rozliczamy zbrodnie popełniane w imię komunizmu. A co z krucjatą zmierzającą do liberalizacji światowych rynków?
Nie twierdzę, że wszystkie systemy rynkowe wymagają przemocy na dużą skalę. Gospodarka rynkowa, która nie potrzebuje takiej brutalności ani ideologicznej czystości, jest absolutnie możliwa. Wolny rynek towarów konsumpcyjnych może współistnieć z publiczną służbą zdrowia, z publicznymi szkołami, z dużym sektorem państwowym w gospodarce (na przykład przemysłem naftowym). Możliwe jest również, aby żądać od przedsiębiorstw płacenia godziwych pensji i szanowania prawa pracowników do tworzenia związków zawodowych, a od państwa takiego opodatkowywania i redystrybucji bogactwa, żeby zredukować drastyczne nierówności typowe dla państwa korporacyjnego. Rynki nie muszą być fundamentalistyczne.
Po wielkim kryzysie John Maynard Keynes zaproponował taki właśnie rodzaj mieszanej, regulowanej gospodarki. Friedmanowską kontrrewolucję wszczęto po to, aby zdemontować ten system kompromisów i zabezpieczeń w kolejnych krajach świata. Pod tym względem kapitalizm szkoły chicagowskiej ma wspólną cechę z ideologiami fundamentalistycznymi: charakterystyczne pragnienie nieosiągalnej czystości.
To właśnie chęć posiadania boskich mocy stwórczych sprawia, że ideologów wolnego rynku tak bardzo pociągają kryzysy i katastrofy. Nieapokaliptyczna rzeczywistość po prostu nie sprzyja ich ambicjom. Friedmanowska rewolucja od 35 lat żywi się pragnieniem tego rodzaju wolności, która jest dostępna tylko po kataklizmach, kiedy ludzie chowają do kieszeni swoje uparte nawyki i natarczywe żądania, a demokracja wydaje się praktycznie niemożliwa. Wyznawcy doktryny szoku są przekonani, że tylko wielki kataklizm - powódź, wojna, zamach terrorystyczny - może stworzyć wielkie czyste płótna, za którymi tęsknią. W tych chwilach, kiedy rzeczywistość jest plastyczna, a my psychicznie i fizycznie niezakorzenieni, ci artyści cynicznego pragmatyzmu wkraczają do akcji i przystępują do przebudowy świata.
Powyższy fragment pochodzi z najnowszej książki Naomi Klein "The shock doctrine: the rise of disaster capitalism", która ukazała się na amerykańskim rynku 4 września tego roku.
Naomi Klein, kanadyjska dziennikarka, pisarka i aktywistka. Jest autorką książki "No Logo", która stała się manifestem alterglobalizmu
Urodzony i wychowany w Nowym Orleanie Perry od tygodnia przebywał poza zalanym miastem [kilka dni wcześniej przeszedł nad nim huragan "Katrina" - przyp. red.]. Razem z rodziną całe wieki czekali na autobusy ewakuacyjne i w końcu poszli na piechotę w palącym słońcu. Ostatecznie trafili tutaj, do wielkiego ośrodka konferencyjnego, w którym teraz stały dwa tysiące łóżek polowych, a tłumu wściekłych, wykończonych ludzi pilnowali nadpobudliwi żołnierze Gwardii Narodowej, którzy niedawno wrócili z Iraku.
Po schronisku krążyła wiadomość, że republikański kongresman Richard Baker powiedział do grupy lobbystów: "Nareszcie oczyściliśmy mieszkalnictwo komunalne w Nowym Orleanie. Nam się to do tej pory nie udawało, więc Bóg to zrobił". Joseph Canizaro, jeden z najbogatszych nowoorleańskich deweloperów, wyraził podobny pogląd: "Myślę, że mamy teraz czystą kartę i możemy zacząć od nowa. A czysta karta stwarza ogromne możliwości". Przez cały ten tydzień po Baton Rouge krążyli lobbyści wielkich korporacji, którzy próbowali sobie zaklepać te wielkie możliwości: niższe podatki, mniej przepisów, tańszą siłę roboczą i "mniejsze, bezpieczniejsze miasto" - co w praktyce oznaczało plany wyburzenia osiedli komunalnych. Słysząc o "zaczynaniu od nowa" i "czystych kartach", można było prawie zapomnieć o toksycznej zupie z gruzu, chemicznych wycieków i szczątków ludzkich zaledwie kilka mil dalej.
Jamar Perry nie potrafił jednak myśleć o niczym innym. "Ja w tym naprawdę nie widzę czyszczenia miasta. Ja widzę, że mnóstwo ludzi zginęło. Ludzi, którzy nie powinni byli zginąć". Jamar mówił niezbyt głośno, ale starszy mężczyzna przed nami usłyszał i okręcił się na pięcie. "Co ci ludzie z Baton Rouge mają z głowami? To nie jest żadna szansa, to wielka tragedia, do cholery! Czy oni są ślepi?". Do rozmowy włączyła się matka z dwójką dzieci. "Nie, nie są ślepi, tylko źli. Wzrok mają świetny".
Do tych, którzy w nowoorleańskich wodach powodziowych dostrzegli swoją wielką szansę, należał nieżyjący już Milton Friedman, wielki guru niczym nieskrępowanego kapitalizmu i autor książki uważanej za regulamin hipermobilnej globalnej gospodarki. 93-letni, zapadający na zdrowiu "wujek Miltie" - jak nazywali go zwolennicy - znalazł w sobie dosyć siły, żeby napisać felieton do "Wall Street Journal" trzy miesiące po pęknięciu wałów przeciwpowodziowych. "Większość nowoorleańskich szkół legła w gruzach, podobnie zresztą jak domy dzieci, które do nich chodziły. Te dzieci są teraz rozsiane po całym kraju. To jest tragedia. Ale to jest również szansa". Radykalny pomysł Friedmana polegał na tym, by pieniądze przeznaczone na odbudowę i poprawę jakości nowoorleańskiego systemu szkolnictwa publicznego dać rodzinom w postaci bonów edukacyjnych, które mogliby wykorzystać w prywatnych placówkach.
Podczas gdy naprawa wałów i przywracanie dostaw elektryczności odbywały się w żółwim tempie, licytacja nowoorleańskich szkół publicznych postępowała z iście militarną prędkością i precyzją. Po 19 miesiącach, kiedy większość ubogich mieszkańców miasta wciąż nie wróciła z wygnania, w miejscu prawie wszystkich nowoorleańskich szkół publicznych stanęły już prywatne.
Podzielający poglądy Friedmana ośrodek American Enterprise Institute zachwycał się, że "Katrina w jeden dzień zdziałała to [...], czego luizjańscy reformatorzy szkolnictwa nie zdołali zrobić przez lata". Tymczasem nauczyciele szkół publicznych nazywali plan Friedmana "edukacyjną grabieżą ziemi". Ja natomiast te zorganizowane inwazje na sferę publiczną po rozmaitych katastrofach, połączone z traktowaniem tychże katastrof jako wspaniałych okazji do zrobienia interesu, nazywam "kapitalizmem apokaliptycznym".
Prywatyzacja szkolnictwa w średniej wielkości amerykańskim mieście może się wydawać sprawą zbyt błahą jak na przedmiot zainteresowania człowieka uznawanego za najbardziej wpływowego ekonomistę minionego półwiecza. Z drugiej strony można jednak powiedzieć, że wykorzystując kryzys w Nowym Orleanie do promowania fundamentalistycznej wersji kapitalizmu, sam sobie napisał znakomity nekrolog. Friedman i jego zwolennicy przez ponad trzy dekady doskonalili tę strategię: czekać na poważny kryzys, a potem rozsprzedać część państwa prywatnym przedsiębiorcom, póki zwykli obywatele nie otrząsną się jeszcze z szoku.
W jednym ze swoich najbardziej znanych esejów Friedman sformułował podstawową taktyczną koncepcję współczesnego kapitalizmu, którą ja nazywam "doktryną szoku". Napisał, że "tylko kryzys - rzeczywisty lub postrzegany - prowadzi do realnych zmian". Kiedy nastąpi kryzys, rodzaj podejmowanych działań zależy od posiadanych zasobów idei. Przygotowując się na katastrofy, niektórzy ludzie robią zapasy konserw i wody, a friedmaniści robią zapasy wolnorynkowych idei. Profesor University of Chicago uważał, że kiedy wybuchnie kryzys, należy działać szybko, narzucić nieodwracalne zmiany, zanim wstrząśnięte kryzysem społeczeństwo "wróci do tyranii status quo".
Ten wariant porady Machiavellego, by "rany zadawać wszystkie naraz", jest jednym z najważniejszych elementów spuścizny Friedmana.
Wykorzystywania wstrząsów czy kryzysów Friedman nauczył się w połowie lat 70., kiedy doradzał gen. Augusto Pinochetowi. Chilijczycy byli w szoku po przeprowadzonym przez Pinocheta brutalnym zamachu stanu, a na dodatek szalała hiperinflacja. Friedman doradził radykalną transformację gospodarki - obniżkę podatków, liberalizację handlu, prywatyzację usług publicznych i cięcia w wydatkach socjalnych.
Była to najbardziej ekstremalna transformacja kapitalistyczna w dziejach świata i zaczęto ją nazywać rewolucją "szkoły chicagowskiej", ponieważ wielu ekonomistów Pinocheta studiowało u Friedmana w Chicago. Friedman wymyślił nazwę dla tej bolesnej taktyki: gospodarcza "terapia szokowa". Od tego czasu wszystkie rządy, które podejmują głębokie reformy gospodarcze, wybierają metodę terapii szokowej.
Temat uzależnienia wolnego rynku od potęgi szoku zaczęłam badać cztery lata temu, w początkowych dniach okupacji Iraku. Donosiłam z Bagdadu, że po operacji wojskowej "shock and awe" Waszyngton podejmuje nieudane próby zastosowania terapii szokowej - masowa prywatyzacja, całkowita liberalizacja handlu, 15-procentowy podatek liniowy, radykalne zmniejszenie kompetencji państwa. Później pojechałam na Sri Lankę, kilka miesięcy po tragicznym tsunami z 2004 roku, i obserwowałam tam inną wersję tego samego manewru: zjechali się zagraniczni inwestorzy i międzynarodowi pożyczkodawcy, by wykorzystać atmosferę paniki i przekazać całe piękne wybrzeże w ręce przedsiębiorców, którzy szybko postawili wielkie letniska, uniemożliwiając setkom tysięcy rybaków odbudowę ich wiosek. Zanim huragan "Katrina" uderzył w Nowy Orlean, było dla mnie oczywiste, że jest to obecnie ulubiona metoda wielkich koncernów: wykorzystywać momenty zbiorowej traumy do realizacji radykalnych projektów z dziedziny inżynierii społecznej i ekonomicznej.
Większość ludzi, którzy przeżyli katastrofę, chce jednak czegoś przeciwnego niż czysta karta: chcą ocalić, co tylko się da, i zacząć naprawiać wszystko, co nie uległo zniszczeniu. "Odbudowując miasto, czuję się tak, jakbym odbudowywała samą siebie" - powiedziała Cassandra Andrews, sprzątając rumowisko po huraganie. Ale kapitaliści apokaliptyczni nie są zainteresowani odbudową tego, co kiedyś było. W Iraku, na Sri Lance i w Nowym Orleanie pierwszym krokiem w procesie zwodniczo nazywanym rekonstrukcją było dokończenie dzieła katastrofy, czyli likwidacja tego, co pozostało ze sfery publicznej.
Kiedy przystąpiłam do badania związków pomiędzy megazyskami i megakatastrofami, sądziłam, że jestem świadkiem zasadniczej zmiany w ogólnoświatowym procesie "liberalizacji" gospodarki. Jako członkini ruchu walczącego z błyskawicznie rosnącą potęgą korporacji, który zadebiutował w 1999 r. w Seattle, byłam przyzwyczajona do tego, że przepisy korzystne dla biznesu wprowadza się metodą szantażu podczas szczytów Światowej Organizacji Handlu albo jako warunki udzielenia kredytu przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy.
Podrążywszy historię tego, jak wolny rynek zalał całą naszą planetę, odkryłam, że wyzyskiwanie kryzysów i katastrof od samego początku stanowiło modus operandi ruchu friedmanowskiego - ta fundamentalistyczna forma kapitalizmu zawsze potrzebowała katastrof, żeby posuwać się do przodu. To, co się działo w Iraku i Nowym Orleanie, nie było wynalazkiem z czasów po 11 września. Te śmiałe eksperymenty z dziedziny wykorzystywania kryzysów wieńczyły trzy dziesięciolecia ścisłego przestrzegania doktryny szoku.
Przez pryzmat tej doktryny ostatnie 35 lat wygląda zupełnie inaczej. Niektóre z najbardziej zbrodniczych naruszeń praw człowieka, z reguły postrzeganych jako sadystyczne akty dokonane przez antydemokratyczne reżimy, miały w rzeczywistości na celu sterroryzowanie społeczeństwa i przygotowanie gruntu pod radykalne "reformy" wolnorynkowe. W 1989 roku w Chinach szok wywołany przez masakrę na Placu Tiananmen i aresztowanie dziesiątek tysięcy ludzi pozwoliły partii komunistycznej przekształcić znaczny obszar kraju w gigantyczną strefę produkcji eksportowej, obsługiwaną przez zastraszonych pracowników, którzy nie mieli odwagi domagać się swoich praw. Podobnym celom służyła również wojna o Falklandy: w powstałym zamieszaniu Margaret Thatcher mogła stłumić strajk górników i zainicjować pierwsze szaleństwo prywatyzacyjne w zachodnim kraju demokratycznym.
Ogólny wniosek jest taki, że aby dało się bez przeszkód wdrożyć terapię szokową, zawsze konieczna była jakaś dodatkowa zbiorowa trauma. W państwie demokratycznym model ekonomiczny Friedmana można wprowadzić częściowo - najlepszym przykładem są Stany Zjednoczone za Reagana - natomiast pełna realizacja tej wizji wymaga warunków autorytarnych lub quasi-autorytarnych.
Do niedawna warunki te w USA nie istniały. 11 września 2001 r. stała się rzecz następująca: ideologia stworzona na amerykańskich uniwersytetach i podbudowana przez instytucje waszyngtońskie nareszcie zyskała szansę na zawładnięcie światem. Administracja Busha, w której roiło się od uczniów Friedmana (był nim na przykład przyjaciel prezydenta Donald Rumsfeld), wykorzystała atmosferę powszechnego strachu do wypowiedzenia "wojny z terrorem" i uczyniła z niej przedsięwzięcie nastawione na zysk - kwitnącą nową branżę przemysłu, która tchnęła nowe życie w kulejącą gospodarkę amerykańską. Ten "kompleks kapitalistyczno-apokaliptyczny" opiera się na globalnej wojnie toczonej na wszelkich możliwych płaszczyznach przez prywatne firmy, których uczestnictwo jest opłacane z publicznych pieniędzy, z takim oto uzasadnieniem, że bronią ojczyzny i likwidują zagraniczne "zło".
Przez kilka krótkich lat kompleks rozszerzył swój zasięg i już nie tylko walczy z terroryzmem, ale również prowadzi międzynarodowe operacje pokojowe, pilnuje porządku w miastach, reaguje na coraz częstsze klęski żywiołowe. Nadrzędnym celem koncernów wchodzących w skład kompleksu jest przeniesienie modelu państwa działającego według zasad rynkowych, doskonale prosperującego w sytuacjach kryzysu, na codzienne funkcjonowanie państwa - innymi słowy, celem jest prywatyzacja państwa.
Kapitalizm apokaliptyczny dorównuje pod względem skali "rynkom wschodzącym" i branży IT z okresu boomu w latach 90. Dominują w nim firmy amerykańskie, ale jest globalny, firmy brytyjskie wnoszą swoje doświadczenie z dziedziny monitoringu przemysłowego, a firmy izraelskie wiedzę fachową z zakresu budowy zaawansowanych technicznie ogrodzeń i murów. W połączeniu z gwałtownym wzrostem rentowności przemysłu ubezpieczeniowego i naftowego gospodarka apokaliptyczna prawdopodobnie uratowała globalny rynek przed głęboką recesją, która groziła mu w przeddzień 11 września.
W powodzi pośmiertnych panegiryków na cześć Miltona Friedmana prawie nie było mowy o roli szoków i kryzysów w wypromowaniu jego światopoglądu. Śmierć chicagowskiego ekonomisty (listopad 2006 r.) stała się natomiast pretekstem do powtórzenia oficjalnej historii o tym, że wyznawana przez niego odmiana radykalnego kapitalizmu stała si państwową ortodoksją w prawie wszystkich zakątkach świata. Jest to baśń gruntownie oczyszczona z przemocy tak ściśle związanej z tą krucjatą. Najwyższy czas, aby to się zmieniło. Od momentu upadku Związku Sowieckiego energicznie rozliczamy zbrodnie popełniane w imię komunizmu. A co z krucjatą zmierzającą do liberalizacji światowych rynków?
Nie twierdzę, że wszystkie systemy rynkowe wymagają przemocy na dużą skalę. Gospodarka rynkowa, która nie potrzebuje takiej brutalności ani ideologicznej czystości, jest absolutnie możliwa. Wolny rynek towarów konsumpcyjnych może współistnieć z publiczną służbą zdrowia, z publicznymi szkołami, z dużym sektorem państwowym w gospodarce (na przykład przemysłem naftowym). Możliwe jest również, aby żądać od przedsiębiorstw płacenia godziwych pensji i szanowania prawa pracowników do tworzenia związków zawodowych, a od państwa takiego opodatkowywania i redystrybucji bogactwa, żeby zredukować drastyczne nierówności typowe dla państwa korporacyjnego. Rynki nie muszą być fundamentalistyczne.
Po wielkim kryzysie John Maynard Keynes zaproponował taki właśnie rodzaj mieszanej, regulowanej gospodarki. Friedmanowską kontrrewolucję wszczęto po to, aby zdemontować ten system kompromisów i zabezpieczeń w kolejnych krajach świata. Pod tym względem kapitalizm szkoły chicagowskiej ma wspólną cechę z ideologiami fundamentalistycznymi: charakterystyczne pragnienie nieosiągalnej czystości.
To właśnie chęć posiadania boskich mocy stwórczych sprawia, że ideologów wolnego rynku tak bardzo pociągają kryzysy i katastrofy. Nieapokaliptyczna rzeczywistość po prostu nie sprzyja ich ambicjom. Friedmanowska rewolucja od 35 lat żywi się pragnieniem tego rodzaju wolności, która jest dostępna tylko po kataklizmach, kiedy ludzie chowają do kieszeni swoje uparte nawyki i natarczywe żądania, a demokracja wydaje się praktycznie niemożliwa. Wyznawcy doktryny szoku są przekonani, że tylko wielki kataklizm - powódź, wojna, zamach terrorystyczny - może stworzyć wielkie czyste płótna, za którymi tęsknią. W tych chwilach, kiedy rzeczywistość jest plastyczna, a my psychicznie i fizycznie niezakorzenieni, ci artyści cynicznego pragmatyzmu wkraczają do akcji i przystępują do przebudowy świata.
Powyższy fragment pochodzi z najnowszej książki Naomi Klein "The shock doctrine: the rise of disaster capitalism", która ukazała się na amerykańskim rynku 4 września tego roku.
Naomi Klein, kanadyjska dziennikarka, pisarka i aktywistka. Jest autorką książki "No Logo", która stała się manifestem alterglobalizmu
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl