Tomek Plata nakreślił bardzo prawdziwy obraz, jeśli nie całego pokolenia 25- i 35-latków, to przynajmniej tej części, w której mieszczę się ja i moje środowisko. Nie dziwi mnie, że to właśnie on dokonał tych trafnych obserwacji.
Jako były naczelny "City", jednego z najbardziej opiniotwórczych czasopism lifestylowych z początku tego milenium, miał nas pod lupą od dawna. Już wtedy Tomek potrafił ocenić, co jest ważne dla 25-, 35-latków, dając na okładkę magazynu bohaterów subkulturowych, a w środku rozprawiając się ze zjawiskami miejskimi. "City" brało na tapetę poetów, liderów prężnego undergroundu muzycznego, dyskutowało o rzekomej śmierci clubbingu lub zmierzchu Krakowa jako stolicy polskiej kultury.
Na pozór te tematy nie wydają się ani istotne, ani porywające. A jednak były i są, bo to właśnie z materią miejską i kulturalną zmagają się z największym zaangażowaniem moi rówieśnicy. Tam spotykamy się, tworzymy własne przedsięwzięcia artystyczne lub gospodarcze i budujemy taką Polskę, wobec której mamy szansę poczuć jakieś silniejsze sentymenty. Owszem, jesteśmy w tym wszystkim apolityczni, działając samodzielnie, bo sądzimy, że w polityce nie ma poważnej partii podobnej do nas, mówiącej o naszych sprawach i potrzebach. A te potrzeby są proste - chcemy żyć normalnie.
Krok pierwszy: chcemy żyć
Współczesna polska polityka zdaje się unikać pracy nad Polską, czego rezultatem jest frustrująco szwankujący kraj. Na scenie politycznej
przewijają się tematy, które Tomek nazwał dyskusją ideową, czyli lustracja, rany historyczne zadane przez sąsiadów europejskich i tożsamość narodowa. Dodałabym do tego problemy z
fundamentami państwa demokratycznego - na przykład w momentach podważania autorytetu Trybunału Konstytucyjnego czy kwestionowanie orzeczenia sądu przez prokuraturę.
Oglądamy to wszystko i rozkładamy ręce, widząc że zamiast przechodzić do rzeczy, nasi mężowie stanu potykają się o dywan na korytarzu ich prawdziwych obowiązków. Moje pokolenie nie potrzebuje rozprawiać się z historią i oczekuje od pracowników polityki, że będą znali się na swoim fachu, tak jak od nas nasi pracodawcy oczekują, że będziemy znać się na naszym. Powiedziałabym nawet, że my poszliśmy o krok dalej w ewolucji demokratycznej i z niecierpliwością czekamy, aż polska scena polityczna nas dogoni.
Zamiast rozmawiać o tym, jak powinna wyglądać współczesna demokratyczna, kapitalistyczna Polska, pokolenie samodzielnych zaczęło w niej żyć i dosłownie irytuje nas, że to państwo nadal nie działa tak, jak powinno. Przez to nasze życie też nie do końca wygląda tak, jak sądzimy, że powinno. A o tych powinnościach wiemy z podróży, studiów i pracy w rozwiniętych demokratycznie krajach, gdzie od 10 lat jeździmy. Tych rozległych możliwości obserwacji sprawnie działających państw demokratycznych nasze rządzące pokolenie polityków niestety nie miało dane. I to widać.
Zamiast budowaniem dla nas wszystkich lepszych warunków do pracy i życia, zajmują się abstrakcyjnymi lub historycznymi debatami lub podważaniem zasad i procesów demokracji. My, apolityczni obywatele którejś tam RP, skupiamy się więc na tym, żeby sobie życie poukładać, zostawiając tę kompletnie zalopowaną politykę samą sobie. I co się dzieje?
Z oburzeniem zarzuca się nam brak odczuć patriotycznych, brak powagi, apatię. To równie absurdalne, jak denerwowanie się na studenta czytającego w bibliotece, że zamiast reformą w systemie organizacji kartoteki, zajmuje się książkami. Tymczasem on ma sesję, a kserokopiarka nie działa, pijany szatniarz nie chce mu oddać plecaka i ktoś rozkradł księgozbiory. Różnica międzypokoleniowa w tym przypadku jest prosta - oni chcą walk i rewolucji, a my już chcemy przejść do normalnego życia.
Krok drugi: żyć normalnie...
Żeby nie było, że jesteśmy nudni i bez ambicji, prostuję, że definicja słowa "normalnie" jest zupełnie inna dla mojego pokolenia niż dla 50-, 60-latków, takich, jacy
rządzą Polską. Nasza normalność pochodzi z innej Polski, niż ją znają nasi politycy, oraz z naszego doświadczenia z Zachodem.
I tu uwaga, manifest. Dla nas rozwód jest normalny. Dla nas życie singla jest normalne. Dla nas prawo do prywatnych wyborów jest normalne - normalna jest możliwość decydowania o usunięciu ciąży, normalne jest posiadanie odmiennej seksualności, normalna jest rozmaitość wiar, kultur i religii. Normalne jest picie piwa w parku. Palenie trawy też jest normalne.
Dla nas dbałość o środowisko naturalne jest normalne. Dla wielu z nas angielski jest drugim językiem, normalnie. Normalne jest dla nas, że ciężka, dobrze wykonana praca, niesie za sobą nagrody. Normalne jest, że osoba wykształcona, pracująca w zawodzie żyje na godnym poziomie. Normalne jest, że w miejscu, gdzie żyjemy, tworzymy własne przestrzenie.
Krok trzeci: ... i kulturalnie
Mogłabym tak długo wyliczać składniki nowej normalności, ale pozwólcie, że przerwę, żeby rozwinąć ważny wątek na temat tego ostatniego. Był jeden przypadek, dwa lata temu, kiedy my,
samodzielni, apolityczni orędownicy nowej normalności, przyszliśmy na demonstrację, nawet okupowaliśmy budynek, bo poruszyła nas sprawa polityczna. Nie były to strajki żadnych grup
zawodowych, chodziło o zamknięcie, odebranie nam naszej przestrzeni w mieście. Mowa o eksmisji klubu Le Madam. Jak niewiele innych zdarzeń politycznych, to dotknęło nas szczególnie, bo
skurczyło nasze realne miejskie terytorium, w którym odbywało się nasze normalne życie.
W klubach, a szczególnie tak było w Le Madame, gej tańczy obok buddystki mulatki wpatrującej się w upalonego trawą hiphopowca podrywającego feministkę, która jest samotną matką i chce być singlem, i to jest normalne. W teatrze podobnie - możemy np. podpatrzeć życie dwóch lesbijek poetek walczących o swoje miejsce w stolicy, i poczuć wtedy, że nasza normalność w Polsce kiełkuje.
W produkcjach muzycznych naszych DJ-ów możemy się przekonać, że nasza twórczość jest na poziomie światowym, a nasze rodzime zespoły muzyczne udowadniają, że mamy swój własny oryginalny głos w tłumnym chórze globalnej popkultury. Czyli nawet jeśli nie wśród polskich polityków, my mamy swoich ambasadorów w silnym, wpływowym i bogatym środowisku i z nich jesteśmy patriotycznie dumni.
Dlatego kultura była tak nośnym tematem w "City" i dlatego "Aktivist", pismo, którego jestem wydawcą, pozostaje tak istotnym tytułem dla pokolenia samodzielnych. Clubbing i wszelkie objawy nowej kultury tworzonej przez młode pokolenie jest ekspresją, przetwarzaniem i nośnikiem tej normalności, w której chcemy żyć. Twórczość artystyczna i przestrzeń rozrywkowa są tak elementarne w wielkomiejskiej rzeczywistości zachodniej, że w tej dziedzinie najbliżej nam do poczucia swobody we własnym kraju.
Krok czwarty: jak zrobić na nas wrażenie
Nie oczekuję, że nagle któraś ze znaczących partii przyjmie nasze standardy normalności. Nawet nie to jest nam potrzebne. Najważniejsze jest: a) nie przeszkadzać nam w robieniu swojego. Nie
zamykajcie nam lokali. Nie twórzcie atmosfery podejrzeń wokół nas, przeszukując rękami policji czy straży miejskiej każdego mężczyznę w kapturze i kobietę z kolorowym pasemkiem.
Nie odwołujcie naszych parad wolności, równości, tolerancji. Można też pójść o krok dalej i b) nam pomóc. Jeśli macie pustostan, lokal, budynek lub nawet puste szczere pole - dajcie nam. Zrobimy tam teatr, pracownię, kawiarnię, galerię, salę koncertową, studio taneczne. Będzie to dobrze wyglądało i przyciągało ludzi. Warto.
Przeznaczcie w każdym mieście kilka stref na działalność gastronomiczno-rozrywkową - zdobycie lokali jest niebotycznie trudne i wiele wartościowych inicjatyw przepada z braku lokalowego laku. Zastanówcie się, ilu wyborców przysparza wam wydawanie pieniędzy na promocję dziedzictwa narodowego. Choć jedna kupka monet przesuniętych z dziedzictwa na promocję nowej kultury będzie miała duże znaczenie.
Przyjmijcie stanowisko choć trochę proekologiczne - poza naszym wsparciem zdobędziecie też spore środki z Unii. W końcu, zatrudnijcie jako doradcę do spraw młodych wyborców Rafała Dutkiewicza, prezydenta miasta Wrocław. W swojej pierwszej kadencji Dutkiewicz postawił na rozwój i dotowanie kultury we Wrocławiu. W ciągu jednego roku budżet miasta Wrocławia wsparł aż 80 festiwali. W następnych wyborach Rafał Dutkiewicz nie tyle wygrał, co triumfował. Uzyskał największe poparcie w wyborach samorządowych w całym kraju - 84,5 proc, wrocławian oddało na niego głos. Taki wynik daje do myślenia.
Więc widzisz Tomku, jednak jest jeden kandydat na scenie politycznej dla mnie i moich samodzielnych. Z tym, że zdaje się, ma już pracę we Wrocławiu. Szkoda, że nie ma brata bliźniaka...