Od kilku lat polska dyplomacja koncentruje się na inicjatywie Trójmorza i postrzega w tym USA jako patrona. Co pan o tym sądzi?

To wspaniały pomysł. Z wielu różnych powodów. Bez naprawy infrastruktury, szczególnie dotyczącej transportu kolejowego i energii, Polska, ale też inne kraje regionu, nie osiągną tak pożądanego wzrostu gospodarczego. Istniejąca infrastruktura utrudnia wymianę handlową, a w kwestiach energetycznych Warszawa, i nie tylko, jest zależna od Rosji. To uniemożliwia mobilność. Poruszanie się między Warszawą, Pragą a Sofią jest względnie trudne, dlatego inicjatywa Trójmorza jest w stanie przyspieszyć proces modernizacji.

Jak to oceniać z punktu widzenia umacniania sojuszu militarnego?

Najważniejsze, żeby siły państw regionu mogły się poruszać szybciej i żeby Federacja Rosyjska była świadoma tego i dostrzegała postęp. Moskwa musi wiedzieć i widzieć, że nie może bez konsekwencji tak sobie po prostu zaatakować.

Czy powinniśmy przyjąć pozycję lidera Trójmorza? Wolę rywalizacji o to zgłasza też Bukareszt. A może udałoby się obie ambicje połączyć?

To, kto będzie inicjatywie przewodzić, jest drugorzędne wobec jej celów. Najważniejsza jest synergia. Teraz największym wyzwaniem oraz priorytetem w polityce regionu, z pomocą Unii Europejskiej, jest wykorzystanie potencjału Morza Czarnego. A tu Rumunia ma krytyczną rolę do odegrania. Popatrzmy na Grupę Wyszehradzką, której celem jest pogłębianie współpracy między tymi krajami. Niech to będzie jeden z modułów, komponentów inicjatywy i niech do niego dołączają na takich samych prawach inne.

Donald Trump naciska na sojuszników, by zwiększyli wydatki na obronność, szczególnie nerwowy zdaje się w sprawie Berlina. Nowa niemiecka minister obrony Annegret Kramp-Karrenbauer, która przejęła niedawno obowiązki po oddelegowanej do komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, powiedziała niedawno, że Niemcy zwiększą wydatki na obronność do oczekiwanych przez Trumpa 2 proc. PKB. Czy to jest zwycięstwo amerykańskiej dyplomacji?

To nie do końca tak. Państwa NATO uzgodniły próg 2 proc. podczas szczytu w Walii w 2014 r., czyli zanim Trump został prezydentem. Oczywiście Trump domaga się pewnych rzeczy bardzo głośno, w nietypowy jak na dyplomację sposób, co pewne efekty przynosi, ale generalnie idąc za walijskimi postanowieniami, niemal wszystkie 29 państw Sojuszu albo przekroczyło ten próg, albo wkłada wysiłki w to, by go spełnić. Ostatnio na konferencji w Sofii słuchałem przedstawicieli kilku krajów z regionu. Zadeklarowali, że spełnią kryterium wydawania 2 proc. PKB na armię do 2024 r. O Niemcach się dużo mówi i poświęca się im najwięcej uwagi, bo z kilku powodów odgrywają w NATO kluczową rolę. Ale ostentacyjne bicie Niemców po głowie w tej sprawie jest wysoce niewłaściwe. I w zasadzie przeciwskuteczne. Truizmem będzie wspomnieć, że po rozszerzeniu Sojuszu zmieniły się priorytety. Kiedy Niemcy stanowiły granicę NATO, potrzebowały 12 dywizji i lotnictwa do stawienia czoła atakowi. Teraz ta granica przesunęła się na wschód. Zamiast większej liczby niemieckich czołgów dziś wolałbym zobaczyć więcej niemieckich pociągów. Tak jak mówiłem na początku: teraz kluczowa jest naprawa infrastruktury transportowej. NATO powinno mieć też nieco bardziej zróżnicowane kryteria wymaganego udziału państw członkowskich. 2 proc. PKB to jest jakaś miara, ale nie powinna być jedyną. Jak cyberobronność oraz sprawy, o których niekoniecznie decyduje się w siedzibach Ministerstwa Obrony Narodowej, np. ochrona sieci transportowych.

Wierzy pan w teorię, którą lansują polskie władze, że relacja Polski z Ameryką ma wyjątkowy i niepowtarzalny charakter? Czy Warszawa nie lekceważy przez to swoich europejskich sojuszników?

Jak pewnie pan wie, wyjątkowa relacja Polski ze Stanami Zjednoczonymi nie zaczęła się teraz, tylko w czasach rewolucji amerykańskiej i wojny o niepodległość w XVIII w., w której dzielnie walczyło wielu Polaków. Jestem bardzo dumny z tego, jak Polska wywiązuje się ze swoich sojuszniczych zobowiązań i jak żołnierze, mężczyźni i kobiety, stanowili dla nas wielkie wsparcie w Afganistanie. Wartość polsko-amerykańskiego sojuszu jest nie do przecenienia. Ale nie można opierać się na jednym tylko sojuszniku. Relacje Warszawy z Berlinem są dla niej nie mniej ważne. Nie można ich lekceważyć. Dla Niemiec Polska jest partnerem handlowym numer sześć, ale dla was Niemcy są tym najważniejszym. Dlatego podnoszona od jakiegoś czasu kwestia reparacji za II wojnę światową jest dzisiaj bardzo nieroztropna i może tylko zaszkodzić. Nic dobrego z tego nie będzie.

Prezydent Trump nie kryje swoich izolacjonistycznych poglądów i często sugeruje, że NATO jest dla Ameryki obciążeniem. Czy Sojusz Północnoatlantycki poradziłby sobie bez USA?

Odpowiem tak: Stany Zjednoczone na pewno nie poradziłyby sobie bez NATO.

Cztery lata współżycia PiS z Ameryką

Rząd USA od dnia, w którym premierem została Beata Szydło, bacznie przyglądał się temu, jak nowa władza zmienia Polskę. Wreszcie w lipcu 2016 r., czyli po ośmiu miesiącach władzy PiS, głos zabrał Barack Obama, gdy gościł w Warszawie z okazji szczytu NATO. „Jako wasz przyjaciel i sojusznik namawiam wszystkie strony politycznego sporu do wspólnego pielęgnowania demokratycznych instytucji. Naszych demokracji nie tworzą tylko słowa zapisane w konstytucjach oraz wolne wybory, ale właśnie instytucje, na których się opieramy, czyli zasada praworządności, niezależne sądownictwo oraz wolne media” – powiedział. Obama rozmawiał wtedy z Andrzejem Dudą, zdradzając zaniepokojenie zmianami w Trybunale Konstytucyjnym oraz sytuacją w telewizji publicznej.

Media w Polsce i za granicą były zdziwione, że amerykański przywódca w ostrych słowach zbeształ Warszawę. Nawet lewicujący dziennik „New York Times” zastanawiał się, co tak gwałtownie skłoniło Obamę do zwrócenia uwagi – jak pisała gazeta – jednemu z najwierniejszych sojuszników USA.

Tymczasem operacja, której efektem było otwarte skrytykowanie tego, co w Sejmie robił PiS z TK, a w czym aktywnie uczestniczył Andrzej Duda, była starannie przygotowywana w Białym Domu i amerykańskim MSZ od miesięcy. „Menedżerem projektu” była b. szefowa dyplomacji za Clintona, Madeleine Albright. To ona jeździła do Polski, próbowała negocjacji, a potem zdawała raporty Obamie i jego ministrowi spraw zagranicznych Johnowi Kerry’emu. Z kolei ambasadorka przy UE Victoria Nuland wielokrotnie przekonywała polskich dyplomatów do odwrotu od zmian w trybunale.

Sytuacja się zmieniła, chociaż zapewne na dłuższą metę tylko pozornie, kiedy w styczniu 2017 r. władzę w Waszyngtonie objął Donald Trump. Polska zaczęła ofensywę dyplomatyczną, której skutkiem były kolejne ramowe, chociaż do dziś niewiążące, porozumienia dotyczące zwiększenia obecności wojsk amerykańskich w Polsce i rozbudowy infrastruktury. Kluczem do sfinalizowania postanowień jest finansowanie, które pod presją Trumpa, spada na Warszawę. Ale w Waszyngtonie nie zapomniano o upychaniu nocą do TK sędziów dublerów, zamieszaniu przy ustawach o sądach czy swobodzie mediów. 2 września jeden z amerykańskich dziennikarzy podróżujących do Polski z wiceprezydentem Mikiem Pence’em pytał go w Pałacu Prezydenckim, czy rząd USA dalej pilnuje praworządności w Polsce. W miniony weekend temat mediów poruszyła Georgette Mosbacher, szefowa amerykańskiej placówki w Warszawie. – Wolność prasy i wyrażania opinii są filarami naszych demokracji. To wartości, które USA i Polska podzielają. Praworządność ma fundamentalne znaczenie dla każdej cywilizowanej społeczności. To dotyczy także Polski. Prasa w tym kraju jest niezależna i krytyczna. Wierzę w zapewnienia premiera Mateusza Morawieckiego, że tak pozostanie – powiedziała ambasadorka w wywiadzie dla niemieckiego „Die Welt”.

Jednocześnie nie ustaje silna presja lobbingowa Waszyngtonu w sprawie majątku Żydów zabitych w czasie II wojny światowej. Jej ostatnim epizodem był sierpniowy list 88 senatorów do sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo, w którym apelują, by podjął on działania mające rozwiązać sprawę mienia ofiar Holokaustu w Polsce. Podpisało się pod nim pięcioro demokratów, którzy kandydują na prezydenta: Elizabeth Warren, Bernie Sanders, Kamala Harris, Amy Klobuchar i Michael Bennett. „Nasz sojusz opiera się nie tylko na wspólnych interesach, lecz także na głębokim powinowactwie pomiędzy naszymi narodami, które dzielą wspólne ideały. Jeden z tych ideałów, poszanowanie prywatnej własności, jest fundamentem sukcesu demokracji” – stwierdzają senatorowie.

Amerykanie są wrażliwi na jeszcze jedną kwestię: praw mniejszości seksualnych. Kiedy „Gazeta Polska” próbowała dystrybuować naklejki z napisem „Strefa wolna od LGBT”, Mosbacher ostro zareagowała na Twitterze: „Jestem rozczarowana i zaniepokojona tym, że pewne grupy wykorzystują naklejki do promowania nienawiści i nietolerancji. Szanujemy wolność słowa, ale musimy wspólnie stać po stronie takich wartości jak różnorodność i tolerancja”.