Nikomu nie jest do śmiechu. Ci, dla których Polska jest dosyć obojętna - Włosi, Hiszpanie, Holendrzy - są tym zniecierpliwieni. Ci, których Polska obchodzi, bo mają z nią wiele wspólnych interesów albo szczególnie im zależy na jedności Unii Europejskiej - Litwini, Francuzi, a zwłaszcza Niemcy - są zbici z tropu i zatroskani. Nie mam na myśli dyplomatów, którzy od ponad dwóch lat natrafiają na fatalne maniery ze strony Polski: wystarczy przypomnieć odwołanie z niejasnych przyczyn szczytu Trójkąta Weimarskiego, długotrwałe braki w obsadzie kluczowych polskich ambasad, obojętność na różne propozycje i inicjatywy, a przede wszystkim takie wyskoki sprzeczne z podstawowymi zasadami państwa prawnego, jak określenie przez urzędującego wiceministra byłych ministrów spraw zagranicznych mianem "w większości" agentów sowieckich.
Nie o dyplomatów jednak się troszczę, lecz o ogólną opinię publiczną, która ze zdumieniem obserwuje stosowanie przez rząd RP jaskrawych środków dla niepojętych celów. Dwa przykłady: Polska jako jedyne państwo Unii Europejskiej upierała się przy forsowaniu "pierwiastkowej" metody liczenia głosów w Radzie Europejskiej. Pomijam już to, że wytłumaczenie owego pierwiastka przeciętnemu obywatelowi Unii byłoby trudne. Ostrze tego polskiego uporu jawiło się jako jednoznacznie antyniemieckie. Ale w praktyce skierowane było przeciw długo wypracowanej zasadzie "podwójnej większości", która stanowi instytucjonalny wyraz przekonania o równości wszystkich państw i wszystkich obywateli Unii. Ten upór kosztował nas szczególnie wiele, bo rząd poparty został przez opozycję. A wszyscy powinni byli wiedzieć, że sprawa jest już przesądzona w 26 państwach UE.
Ostatnio Polska odmówiła udziału w Międzynarodowym Dniu Walki z Karą Śmierci. W XX wieku dziesiątki tysięcy Polaków były ofiarami egzekucji wykonywanych na mocy decyzji jakichś władz: administracyjnych albo sądowych. Dlaczego to właśnie państwo nie chce trwałego i powszechnego uniemożliwienia, by coś takiego się powtórzyło? (Ja, jako były skazany na śmierć, poczułem się dziwnie). Uzasadnienie, że chcemy tę sprawę omawiać na szerszym tle ochrony życia, nie ma sensu, bo aby dyskutować, nie trzeba przecież wnosić weta.
Sytuacje, w których Polska dokonuje samoizolacji wbrew własnym interesom, są coraz częstsze. Utrzymujemy na przykład weto w sprawie rozmów z Rosją o mięsie, mimo że Komisja UE stwierdziła wyraźnie, że polskie mięso jest po prostu mięsem unijnym. Dla nas byłoby przecież dużo lepiej, żeby to Unia reprezentowała unijne mięso, a na nas nie spadało odium, że akurat my mamy antyrosyjskiego hyzia - co jest bardzo wygodne dla rosyjskiego prezydenta Władimira Putina. Unia wypracowuje właśnie nową wspólną politykę wobec Rosji, ale my nie bierzemy w tym udziału. Nasz jedyny "wkład" to odwracanie się tyłem.
Opinia zagraniczna zdaje sobie doskonale sprawę z ujawnianej przy każdej okazji nieufności warszawskiego rządu do europejskich partnerów. Przekonanie, że zagranica, a przede wszystkim Niemcy coś knują przeciwko nam, jest trudne do zwalczenia, bo nieufność ta nie wynika z analizy faktów, ale ze sposobu patrzenia. Rząd narzeka na swoją złą opinię za granicą, ale kiedy pojawia się okazja, by przy pomocy obserwatorów z OBWE za darmo przekonać świat, że demokracja nie jest u nas zagrożona - MSZ się obraża!
Im bardziej interesy danego państwa są zbieżne z polskimi i im większa jest troska o rozwój integracji europejskiej, tym silniejsze są bodźce opiekuńcze wobec Polski. Tym silniejsza skłonność do przyjmowania wobec Polski postawy, jaką się przyjmuje wobec człowieka w gorączce albo niezrównoważonego nastolatka. Ten ton przebijał w wypowiedziach prezydenta Sarkozy’ego, a szczególnie widoczne jest to w postawie Angeli Merkel, która stara się łagodzić skutki naszego własnego zachowania, nawet jeżeli jest ono wymierzone w jej państwo. Pani kanclerz jest w bardzo trudnej sytuacji, bo jeżeli będzie ustępliwa, zachęci do dalszych niemądrych poczynań; a jeżeli będzie twarda, potwierdzi tezę o niemieckiej niechęci wobec Polski.
Jak nie nazwać tej sytuacji groteskową? Naprawdę Europie bardzo trudno jest zrozumieć, o co Polsce chodzi. Już od dwóch lat pokazujemy, że wspólnota europejska interesuje nas wyłącznie jako źródło funduszów. Współgospodarować, współrządzić Unią nawet nie próbujemy, odmawiając uczestnictwa w zbiorowych przedsięwzięciach. W ten sposób nie tylko marnujemy własne możliwości, ale również hamujemy pogłębianie integracji całej Unii, ze szkodą dla wszystkich jej członków.