Robert Mazurek: Tokarczuk dostaje Nobla, Penderecki jest fetowany na świecie, a polscy malarze kariery nie robią.

Piotr Rypson: Jest kilku, którzy osiągnęli sukces, że przywołam nazwiska Mirosława Bałki czy Wilhelma Sasnala. Oni weszli do światowego obiegu.

Tłoku Polaków tam nie ma.

Można jeszcze dodać nowojorskiego artystę Piotra Uklańskiego czy kilka kobiet, których prace znajdują się w kolekcjach światowych.

Ale na rynku aukcyjnym tylko Wojciech Fangor poszedł za milion euro i to u nas. Reszta z trudem osiąga połowę tej ceny.

Rzeczywiście pozycja artysty jest dziś mierzona rynkiem.

Tak było zawsze. Caravaggio mógł wyprzedzać epokę, ale znamy go…

…bo miał mecenasów i dużo tworzył – był rynek, którego w Polsce nie ma. Ostatnim wielkim dziełem zamówionym przez państwo był pomnik smoleński, z pewnym powodzeniem zrealizowany przez Jerzego Kalinę. Przyzna pan, że jak na aspiracje 40-milionowego państwa to skromnie.

Gdzie nam do mniejszej Austrii czy nawet Czech, że nie wspomnę Rosji. Ich artyści są o wiele drożsi…

I to jest druga strona tego medalu czy – biorąc pod uwagę skalę zjawiska – medalika. Jeśli w jakimś kraju nie funkcjonuje silny rynek, to trudno sobie wyobrazić, by artysta z niego osiągnął sukces komercyjny na świecie.

Świat nie kupuje polskich artystów, bo nie kupujemy ich my?

Tak, bo najpierw powinien kupować kraj, potem świat. Notabene rynek nie tylko pompuje skalę dzieła i rozmach artysty, ale też pozycjonuje go. I tak rynek rosyjski rusyfikuje rdzennie polskich artystów.

CAŁY WYWIAD CZYTAJ W CZWARTKOWYM MAGAZYNIE "DGP">>>