Rzecz dzieje się w drugiej połowie XIX w. Do Banku Anglii przychodzi klient z banknotem o nominale 5 funtów. Witającego go urzędnika uprzejmie pyta: "Czy mógłby pan wymienić ten banknot na złoto?". Zagadnięty pracownik banku odpowiada beż sekundy zawahania: "Ależ oczywiście!". Na to petent oświadcza równie zdecydowanie: "W takim razie zabieram go z powrotem. Musi pan jednak wiedzieć, że gdybym otrzymał odpowiedź odmowną, byłbym zmuszony prosić o natychmiastową wymianę". Powyższa rozmowa wydarzyła się ponoć po reformie, jaką Bankowi Anglii narzucił w 1844 r. premier Robert Peel.

Od zakończenia wojen napoleońskich w 1814 r. Wielka Brytania opierała swoją walutę na parytecie złota. Czyli każdy banknot wart był ściśle określoną ilość kruszcu. Wedle rządowej obietnicy, jeśli ktoś posiadał papierowe funty, mógł w dowolnej chwili przyjść do Banku Anglii i wymienić je na złote monety lub sztabki. Tak udało się Brytyjczykom stworzyć teoretycznie pieniądz dokonały, ponieważ posiadał prawie niezmienną wartość i płatność nim akceptowano w każdej części świata.

W praktyce jednak przez trzydzieści lat imperium balansowało na krawędzi bankructwa. Ilekroć na londyńskiej giełdzie wydarzał się krach, wówczas spanikowaniu ludzie zaczynali wymieniać w Banku Anglii funty na złoto. Ale jego gubernatorom tak zależało na utrzymaniu zaufania do instytucji oraz całego systemu walutowego, że wydawali chętnym kruszec bez mrugnięcia okiem do ostatniego kilograma. Dwa razy brytyjski rząd, aby ratować swój bank centralny przed ogłoszeniem niewypłacalności, musiał potajemnie prosić o pomoc Francję. Ta użyczała na wysoki procent swe rezerwy złota, które w ścisłej tajemnicy, nocą, przerzucano przez Kanał La Manche do skarbca Banku Anglii, Dzięki czemu ten mógł kolejnego poranka nadal realizować swe zobowiązania wobec wszystkich posiadaczy funtów.

Rzeczą o wiele prostszą i tańszą byłaby rezygnacja z parytetu złota, ale to oznaczałoby utratę zaufania obywateli do waluty oraz równie bolesną rezygnację z mocarstwowych ambicji Londynu. Dlatego niezależnie od wyników wyborów do Izby Gmin, kolejne rządy z oślim uporem trzymały się raz ustanowionych zasad. Po trzech dekadach, ów zdawało się bezrozumny brak elastyczności, zaczął procentować. Stabilny pieniądz stał się fundamentem brytyjskiej gospodarki, a to owocowało szybszym rozwojem i bogaceniem się kraju. Wreszcie Robert Peel dostrzegł, że Zjednoczone Królestwo stać na rzeczywisty parytet złota. Z inicjatywy premiera parlament przyjął nowy statut Banku Anglii. Zapisano w nim, że wszystkie banknoty znajdujące się w obiegu oraz ich nowe emisje muszą mieć pokrycie w zgromadzonych rezerwach złota i srebra.

Jeśli zachodziła konieczność nadzwyczajnego dodruku pieniądza rząd musiał zabezpieczyć jego wartość swymi obligacjami, przekazywanymi Bankowi Anglii w depozyt. Od tego momentu każdy posiadacz funtów szterlingów, już nie musiał tylko ufać. On mógł mieć pewność, że jest miejsce, gdzie czeka na niego złoto, jeśli tylko będzie miał ochotę je sobie wziąć. Tylko po co miał to robić, skoro banknoty były dużo wygodniejszy w codziennym użyciu. Stabilność i pewność sprawiły, że funt szterling stał się wyjątkowo pożądanym pieniądzem i od połowy XIX w. zaczął spełniać role głównej waluty rezerwowej świata. W nim rozliczano międzynarodowe transakcje handlowe. W tym czasie brytyjskie banki zdominowały konkurentów z innych krajów, podobnie jak kupcy i przemysłowcy. Największe imperium w dziejach znalazło się u szczytu swej potęgi. Po czym, w zawrocie głowy od sukcesów zapomniało z upływem czasu, jak wielkim kapitałem jest państwo budzące niezachwiane zaufanie.

Ta stara historia ma się do Polski tak, że nad Wisłą trzy dekady spokoju zmarnowaliśmy w kwestii fundamentalnej. Rzecz idzie o budowanie wiary obywateli, że III RP można zaufać. Nie wierzą w to ani zwykli wyborcy, ani tym bardziej rządzące elity. Jak na dłoni było to widać w sejmowym expose premiera Mateusza Morawieckiego, gdy przeszedł do Pracowniczych Planów Kapitałowych oraz Indywidualnych Kont Emerytalnych.

Choć gromadzone w ich ramach środki są wedle prawa całkowicie prywatne i tak premier zaproponował opozycji, by wspólnie zmienić Konstytucję i zapisać w niej nienaruszalność PPK oraz IKE. Jednym słowem, choć w ustawie zasadniczej są już dwa artykuły, gwarantują wszystkim obywatelom nienaruszalność tego, co posiadają (art. 21 oraz art. 64) potrzebny jest dodatkowy zapis, żeby uwierzyli, iż dwa poprzednie mają znaczenie i w połączeniu z tym trzecim zapewnią bezpieczną starość. Nota bene przydałby się w konstytucji jeszcze czwarty artykuł, zobowiązujący każdego kolejnego premiera, by podczas swego expose składał przysięgę na Boga, swój honor i ojczyznę, że po pieniądze zgromadzone w IKE i PPK nie sięgnie (choćby nie wiem co).

Niestety, nawet gdyby faktycznie zafundować wyborcom takie show oni i tak jeszcze długo nie uwierzą w obietnice rządzących. Przez trzy dekady istnienia III RP nieustannie umacniano ich w przekonaniu, że mają do czynienia z państwem niestabilnym prawnie i nieobliczalnym w swych działaniach. Jeśli zaczynało ono reformować swój system emerytalny, to kolejne ekipy zmieniały reformy poprzedników tak długo i gruntownie, aż system wygląda tak, jak przed wprowadzeniem reform, tylko gorzej. Podobnie rzecz się ma z oświatą i służbą zdrowia.

W każdym obszarze działalności nieobliczalnego państwa można być pewnym tylko jednej reguły. Gdy stary obóz władzy zastąpi nowy, wówczas zacznie on od burzenia wszystkiego, co zbudowali poprzednicy. Po wypaleniu do gołej ziemi spuścizny dawniej rządzących i wytłuczeniu kadr w administracji zacznie własną budowę, produkując tysiące nowych ustaw i przepisów. A na koniec wszystko będzie zastanawiająco przypominać to, co już było, Po czym wybory wygra opozycja i polski cyrk rządzenia zacznie grać ten sam spektakl od nowa. Czemu polskim politykom zarządzanie krajem nieustannie myli się z grą komputerową, to pytanie fundamentalne. Choć ważniejsza byłaby odpowiedź, na kwestię, jak wreszcie z tym skończyć, ponieważ nieobliczalne państwo zawsze jest rozedrganym tworem, niezdolnym do przeżycia w cięższych czasach.

Na szczęście największym problemem na razie są powtórnie wygrywane wybory przez rządzące ugrupowanie. Oczywiście największym dla rządzących. Ten ból przerabiała już na własnej skórze Platforma. Odczuwa się go, gdy nie można wszystkiego burzyć, no bo samemu się - to coś zbudowało i należy kontynuować dzieło, choć jest to wbrew naturze III RP.

Wówczas dopiero zaczyna się zauważać, że skoro zreformowało się Trybunał Konstytucyjny i Sąd Najwyższy oraz kilka innych instytucji tak twórczo interpretując Konstytucję, że w zasadzie mogłaby nie istnieć, to potem żaden obywatel nie będzie na tyle głupi, aby na poważnie traktować cokolwiek nowego się w niej zapisze.

Zawsze przecież da się znaleźć prawnika zdolnego do tak fantazyjnych interpretacji ustawy zasadniczej, iż nawet przysięgi na Boga, honor i ojczyznę nie ocalą pieniędzy zebranych w PPK i IKE przed potrzebami kolejnych rządów. Budowanie zaufania do państwa musi trwać przez co najmniej jedno pokolenie. Tymczasem w Polsce jeszcze nawet tego nie zaczęto robić.