Grzegorz Kowalczyk: Konfederacja wzywa do tego, aby wycofać polskich żołnierzy z Iraku. Dlaczego?

Reklama

Dobromir Sośnierz: Powinniśmy sprowadzić ich do kraju ze względu na nielojalne zachowanie naszego partnera, jakim są Stany Zjednoczone. Skoro one nie widzą potrzeby konsultowania z nami tak ważnych decyzji jak atak na generała mogący wywołać wojnę, to znaczy, że nie powinniśmy dalej żyrować takich działań. Polityka USA wydaje się nieodpowiedzialna i obłędna. Przy całej mojej sympatii do Ameryki nie można akceptować sytuacji, w której Stany chcą wywołać wojnę z Iranem. Popieranie takich akcji przynosi tylko szkodę naszemu państwu. Nie możemy dać się traktować przedmiotowo. No chyba, że jest jeszcze jeden wariant, w który jednak wątpię - że polskie władze wiedziały o planach zabójstwa irańskiego generała i brały udział w rozmowach na ten temat. Wówczas oznaczałoby to, że Polska zaakceptowała przebieg całej akcji.

Dobromir Sośnierz / Agencja Gazeta

Wolałby pan, aby ten drugi scenariusz był realny?

Nie, to byłaby równie zła opcja - okazałoby się, że jesteśmy jako państwo zaangażowani w jakieś dziwne zbrodnie nawet nie wojenne, a terrorystyczne. Zabijanie wojskowych, oficjeli i zupełnie niewinnych postronnych osób bez wypowiedzenia wojny zasługuje na otwartą krytykę. To na pewno nie jest też akt pokoju.

Przez wycofanie polskich żołnierzy z Iraku narazilibyśmy się Amerykanom?

Pewnie tak, ale oni narazili się nam tym, co zrobili, czyli wplątaniem nas w kolejną aferę na Bliskim Wschodzie i wystawieniem na niebezpieczeństwo polskich żołnierzy. Postawili nas przed faktem dokonanym. Sytuacja jest jeszcze gorsza, bo byliśmy organizatorami tzw. konferencji bliskowschodniej. Zapewniano nas wtedy, że nie jest ona wymierzona w Iran - dziś widać co z tego zostało wyszło. Po roku okazuje się, że to właśnie Iran od początku był uznawany przez USA za największy problem. Te najbardziej radykalne interpretacje stają się faktem, a my zostajemy uznani za głównego sygnatariusza tego całego przedsięwzięcia, państwo zaangażowane po stronie USA. A co nam daje konflikt z Iranem? Nie widzę w tym żadnego interesu. Dlatego warto zaakcentować to, że to nie nasz konflikt. Nie chcemy mieć z nim nic wspólnego.

Zwolennicy decyzji Stanów podkreślają, że to Iran prowokował do takich działań swoją aktywnością w państwach ościennych czy nieprzestrzegania zasad podpisanego porozumienia.

I co ma dać zabójstwo irańskiego generała? Nagle wszystkie te problemy znikną? Przecież w ten sposób nie powstrzymamy działań Iranu, a wręcz przeciwni, będzie to prowadziło do dalszych problemów. Nikt rozsądny nie myśli przecież, że to jednoosobowo gen. Sulejmani był odpowiedzialny za całą politykę Iranu. On po prostu był jednym z jej realizatorów. Jak go zabrakło, to będzie to robił ktoś inny - nie wiadomo czy lepszy, czy gorszy. Na pewno nie zmieni to kursu, w którym podąża Iran Teheran, chyba że na gorsze. Już mamy dowody na to, że sytuacja się zaostrza, czego przykładem są naloty. To dzieje się na naszych oczach. Zabójstwo członka władz danego państwa jest klasycznym casus belli, daniem pretekstu do wojny. To nie wywoła żadnych pozytywnych zmian w polityce Iranu i nie uspokoi sytuacji. Nie posądzałbym prezydenta Trumpa o tak wielką naiwność, żeby spodziewał się, że to mogłoby mieć takie pozytywne skutki. Myślę, że to świadoma próba zaognienia sytuacji.

Jaki miałby być cel wojny?

Ameryka ma swoje powody. Przypuszczam, że to część większej strategii Waszyngtonu i wynik konfrontacji z Chinami. Stany Zjednoczone starają się przewrócić na szachownicy wszystkie pionki, które mogłyby stanąć po stronie Azjatów, Chińczyków. Gdy Chiny zostaną osamotnione, to będą musiały podporządkować się USA. Trump wie jednak, że wojna z nimi byłaby najgorszą i najbardziej kosztowną opcją, której finału nie można byłoby być pewnym. Dlatego łatwiej najpierw zaatakować Iran. To nie będzie tyle kosztowało, a może pomóc wywrzeć presję na Chińczykach. To byłoby racjonalne dla USA, ale nie dla nas. My nie mamy interesu w tej walce.