Obie dotyczą nieprawdopodobnego kryzysu, jakiego nie widziały pokolenia. Dziś nie jesteśmy w stanie nawet przewidzieć jego rozmiaru. W zasadzie nic innego się nie liczy. I chyba wszyscy jesteśmy co do tego zgodni.

Reklama

A jednak. Od tygodni politycy uparcie zaprzątają nam głowę trzecią kwestią, której ciężar jest - w porównaniu z poprzednimi - śmiesznie mały. W normalnych okolicznościach wybory prezydenckie i ich termin mają oczywiście poważne znaczenie. Teraz są sprawą błahą, która powinna zaczekać. I w tym przypadku prawie wszyscy jesteśmy zgodni.

"Prawie" robi jednak sporą różnicę, zwłaszcza gdy inne zdanie mają decydenci.

Krzysztof Jedlak / Dziennik Gazeta Prawna / Wojciech Górski

Nie wiemy, jakie będą warunki na początku maja. Jest mało prawdopodobne, by pozwalały na bezpieczne przeprowadzenie wyborów. Dopóki nie rozprawimy się z epidemią, o pójściu do urn nie może być mowy. Odmienne podejście jest czystym szaleństwem. Trudno zresztą sobie wyobrazić, by znaleźli się wówczas ludzie skłonni oddawać głosy w lokalach wyborczych oraz gotowi tam pracować - w komisjach wyborczych. Ludzie rozsądni, a takich jest zdecydowana większość, powiedzą sobie i innym: zostań w domu.

Być może znajdzie się garstka desperatów, która zadecyduje o wyniku wyborów. Nie miałoby to jednak nic wspólnego z demokracją. Taki werdykt prawdopodobnie szybko i gwałtownie zostałby odrzucony przez resztę społeczeństwa.

Powtórzmy więc: dopóki nie rozprawimy się z epidemią, o wyborach nie może być mowy. Lub będą one zupełną fikcją.

Nawet jednak gdyby do tego czasu nastąpiła jakże oczekiwana, radykalna i pozytywna dla nas wszystkich zmiana sytuacji, wybory bez uprzedniej normalnej, żywej i swobodnej rywalizacji byłyby wydarzeniem dość kuriozalnym i mało mającym wspólnego z demokratycznymi standardami.

Oczywiście wszystko to jest jasne i oczywiste dla polityków, w tym także dla prezesa PiS. Ślepy upór - który nawet w wiernym elektoracie może wywoływać odruch wyraźnej irytacji - by nie oglądając się na nic, jednak przeprowadzić wybory w zaplanowanym terminie, ma chyba tylko jedno racjonalne wytłumaczenie.

Z jednej strony, w czasie poważnego kryzysu temperatura politycznych sporów spada, następuje konsolidacja społeczna wokół władzy. Z drugiej, po pewnym czasie, choćby rządzący mieli najlepsze intencje i podejmowali najsłuszniejsze decyzje, ich osiągnięcia schodzą na drugi plan, na pierwszym zaś pojawiają się choćby przez nikogo niezawinione konsekwencje i trudności wynikłe ze społecznej i gospodarczej zapaści. Zwykle prowadzi to do odebrania władzy jednym i przekazania jej innym w nadziei, choćby i pozbawionej większych podstaw, na poprawę sytuacji.

Wspomniany ślepy upór miałby więc tylko jeden cel: wyprzedzić ewentualny bieg zdarzeń i ugruntować, a przez to zachować na dłużej władzę, zanim kryzys nas mocniej dotknie. Innymi słowy, nie przesuwać wyborów, bo czas tym razem z dużym prawdopodobieństwem nie będzie grał na korzyść trzymających stery. Ale to ryzykowna strategia w tak szczególnej sytuacji, w jakiej jesteśmy. Jest tak absurdalna na tle tego, co się dzieje, i tak irytująca dla większości, że i w maju, i tym bardziej w nieco dłuższej perspektywie może się okazać politycznym samobójstwem.

Inna sprawa, zresztą nie raz już podnoszona, że tak jak nikt rozsądny nie chce wyborów w maju, tak też nikt rozsądny, urzędującego prezydenta nie wyłączając, nie chciałby chyba ani w takiej rywalizacji uczestniczyć, ani też w niej wygrać.

I ostatnia kwestia. Ludzie starsi (niekoniecznie jednak już 60-letni) powinni mieć możliwość wygodnego, np. zdalnego, głosowania w wyborach. Podobnie ludzie chorzy. Co do istoty więc zmiany w prawie wyborczym uchwalone przez Sejm nie są złe (abstrahujmy od szczegółów oraz terminu i sposobu ich przyjęcia). W żadnym razie nie rozwiązują jednak problemu organizowania wyborów w okolicznościach, w których nie powinny mieć one miejsca.

Niepotrzebnie też odciągają od tego, co zdecydowanie najważniejsze, czyli od dwóch spraw wymienionych na początku: walki z epidemią oraz z jej gospodarczymi i społecznymi skutkami. Tylko tym się teraz powinniśmy zajmować.

Reklama