Sprawa winy i bycia ofiarą to jedna z najważniejszych kwestii kultury judeochrześcijańskiej. W ostatnich latach wszyscy więc szukają winy, ofiar i analizują historię z punktu widzenia trzeciego pokolenia. Owo "trzecie pokolenie" Niemców ma prawo budować swoje życie bez ciężaru prawnej odpowiedzialności za zbrodnie przodków. Jednak odpowiedzialność moralna jeszcze długie lata będzie się kłaść cieniem na życie zbiorowe Niemców. Nie mogą więc oczekiwać od świata, że uzna ich za ofiary wojny rozpętanej przez Hitlera.

Zjawisko "trzeciego pokolenia" opisują ostatnio filozofowie, socjologowie, historycy, psychologowie. Pierwszym pokoleniem są autentyczne ofiary bądź autentyczni wykonawcy zbrodni ludobójstwa. Drugim pokoleniem są ci, którzy choć poranieni, usiłują jednak zbudować normalne życie rodzinne, społeczne i narodowe: żyją teraźniejszością, karierą, domkiem na przedmieściach. Trzecie pokolenie jest na ogół lepiej wykształcone i pełne pytań, kierowanych do rodziców, dziadków, do narodu, do nauczycieli, literatów, artystów. Ono czeka dziś na sprawiedliwą odpowiedź o odpowiedzialności.

Fakty są znane. Nie można ich zmienić - można nimi co najwyżej manipulować. Najważniejsze dla kwestii stosunków niemiecko-polskich, niemiecko-żydowskich czy niemiecko-światowych są fakty następujące: po pierwsze hitleryzm powstał w Niemczech. Po drugie: na początku 1933 r. Hitler wygrał demokratyczne wybory w Republice Weimarskiej z poparciem połowy narodu niemieckiego. Po trzecie: wkrótce po wygranej zmienił system polityczny Niemiec w faszystowski totalitaryzm zbudowany na fundamentach strachu i terroru.

Ale wszystko zaczęło się od demokratycznych procedur, a głosowanie w demokracji rodzi odpowiedzialność. Wybory to nie zabawa: to szansa, ale też ryzyko. Z tego punktu widzenia co najmniej połowa niemieckich wyborców ze stycznia 1933 stała się współodpowiedzialna za tragiczne wyniki wyborów: tragiczne dla Europy, świata, ale tragiczne również dla Niemców. Od tej pory Żydzi byli "nicht Mensch" - nie-ludźmi, a Polacy "unter Mensch" - pod-ludźmi. Dlatego jeśli ktoś ukrywał Żyda, np. w Holandii, narażał się na surowe kary. Jeśli ukrywał Żyda w Polsce - narażał na śmierć siebie i całą swoją rodzinę. Takie są fakty.

Druga wojna światowa była kryzysem nie tylko politycznym, ale przede wszystkim ogromnym kryzysem moralnym. Niemcy mieli współpracowników we Francji, Norwegii, Słowacji czy Chorwacji. Hitlerowi udało się wydobyć z Europy całe zło, jakie w systemie demokratycznym nie wyszłoby na światło dzienne. Efektem było 60 milionów ofiar - Żydów, Polaków, Rosjan, ale i Niemców - również tych, którzy nie głosowali za Hitlerem.

Trzeba się jednak zastanowić, ile trwa odpowiedzialność za historię? Czy jest wieczna? Czy przechodzi z pokolenia na pokolenie? Czy ta okropna wina będzie obciążała Niemców do końca świata? Czy nowe pokolenie ma prawo powiedzieć: "dosyć, nie jesteśmy odpowiedzialni za winy naszych przodków"? Ja, jako ofiara nazizmu, jako Żyd, który w Holokauście stracił większość rodziny, który na własne oczy widział mękę i morderstwo dokonane na moim narodzie - współczuję tym młodym pokoleniom Niemców. Według naszej religii trzeba każdemu pokoleniu dać szansę odnowy. Jeżeli wiecznie będziemy żyć żądzą zemsty, to nie warto żyć.

Pierwsze, wojenne pokolenie intelektualistów i polityków niemieckich, jak młody Guenther Grass, Konrad Adenauer czy Joseph Ratzinger, wzięło na plecy odpowiedzialność za zbrodnie swego narodu. Ale odpowiedzialność kryminalna nie przechodzi na drugie czy trzecie pokolenie. Może na nie przechodzić jedynie odpowiedzialność historyczna i moralna. Mówiąc o odpowiedzialności historycznej, chcąc dalej należeć do niemieckiej tożsamości narodowej, nie można jednak dokonywać selekcji faktów historycznych i przyznawać się tylko do tych wygodnych, a barbarzyństwo i winę odrzucić. Biorąc na siebie odpowiedzialność historyczną, trzeba brać ją w całości. Ma to swoje konsekwencje polityczne, jak choćby konieczność uznania powojennej zachodniej granicy Polski i pożegnanie się z prawem powrotu na dawne tereny Rzeszy. To jest część odpowiedzialności. Kto od niej ucieka, ten zaczyna trzecią wojnę światową.

Najważniejsza jednak jest odpowiedzialność moralna: prawdziwy, wewnętrzny powrót do podstawowych wartości ludzkich, przede wszystkim do przykazania "nie zabijaj". Przykładem pozytywnym tej odpowiedzialności jest były szef niemieckiej dyplomacji Joschka Fischer. Mówiąc "no more Auschwitz" mówił też całemu światu "nigdy więcej wojny, antysemityzmu, ksenofobii, rasizmu". Niemcy w jego przekonaniu w każdym miejscu na świecie powinni być misjonarzami tej sprawy. Bo nad nimi wisi cień grzechu niemieckiego narodu.

Czy więc Niemcy mogą oczekiwać od świata, że uzna ich za ofiary II wojny? Czy mogą z tego robić problem międzynarodowy? Już w latach 80. grupa historyków z Bonn (wśród nich Ernst Nolte czy Andreas Fritz Hillgruber) próbowała pseudointelektulaną manipulacją uciec od tej odpowiedzialności, twierdząc, że każdy naród ma w swojej historii bolesne okresy, jak choćby Rosjanie mają rewolucję bolszewicką - co więcej, u zarania Auschwitz leżą obozy pracy na Syberii. Dzieląc odpowiedzialność, chcieli zmniejszyć wymiar odpowiedzialności Niemców za dokonaną zagładę. Bo skoro wszyscy grzeszyli, to można zrozumieć i ich grzech.

To w tym myśleniu tkwi początek ruchów politycznych, które dziś chcą zwrócić uwagę świata na krzywdę Niemców, a nie ich ofiar. Odpowiedzią dla "historyków z Bonn" był Joschka Fischer, ale nie pani Steinbach, ani nawet nie Guenther Grass lat 90., kiedy zaczął opisywać niemiecką krzywdę. Z punktu widzenia duchowego, prywatnego, mogę zrozumieć ból tych, którzy na wojnie stracili rodziców czy stali się ofiarą okupacji sowieckiej. Ale z punktu widzenia zbiorowego mogę im odpowiedzieć tylko: kto zaczyna taką okropną wojnę i dokonuje tak strasznego ludobójstwa, kto systematycznie męczył, mordował, mielił kości, palił je i rozsypywał popiół z milionów ludzi do europejskich rzek - ten musi zrozumieć, że chmury na jego niebie będą wisieć długie lata.