Wybierali różnie, ale nigdzie nie byli u siebie. Skazani na przyklejanie się do silniejszych bytów stanowili ornament, którym różni liderzy lubili się chwalić. Ale który bezlitośnie eliminowali, gdy konserwatywni politycy zbytnio wybili się na niepodległość.

Nic dziwnego, że po 17 latach dylemat konserwatystów wygląda podobnie. Czy to wygodnie być dzisiaj bardziej wolnorynkowym i mniej populistycznym niż Jarosław Kaczyński. I zarazem bardziej serio traktującym tradycję i kategorię interesu narodowego niż Donald Tusk? Ta oryginalność jest tolerowana coraz mniej, choć na porażkach PiS-owskich i platformerskich konserwatystów zaważyły także różnice taktyczne, a nawet porachunki personalne. Kazimierz Marcinkiewicz, dawny miękki ZChN-owiec, wypadł poza obręb PiS, a dawni unijni prawicowcy Kazimierz Ujazdowski i Paweł Zalewski są z tej partii wypychani. Jan Rokita nie jest już praktycznie w PO, nawet jeśli nie rzucił legitymacji. Czy to wystarczy, aby zakładać partię? Takie deklaracje padły ostatnio - acz niejasno - z ust Marcinkiewicza.

Nie wystarczy. Nie tylko dlatego, że partie stały się monopolistami zabetonowanymi wielkimi sumami z budżetu państwa. Także dlatego, że przesłanie konserwatywnych rozbitków wydaje się zbyt subtelne na każde czasy, a na obecne, kiedy komunikat formułuje się krótkimi hasłami z telewizyjnego ekranu, w szczególności. Tropienie realnych różnic ideowych to zajęcie dla hobbystów uzbrojonych w mikroskop. Jest dziedzina, w której konserwatyści się mocno wyróżniają: niechęć do populizmu i poważne traktowanie państwa. Ale to główne źródło ich słabości. Łatwiej jest przestrzegać emocjonalnie przed układem (Kaczyński) albo produkować tony lukru sprzecznych ze sobą obietnic (Tusk). Wyobraźmy sobie, że z wygnania wraca Rokita i mówi Polakom: obaj ci panowie was oszukują, potrzebne są takie i takie reformy instytucji państwowych. Porwałby tym Polaków?

To PiS i PO uosabiają dziś emocje zwykłych wyborców. Konserwatyści mieliby cień szansy przy spełnieniu dwóch warunków. Po pierwsze, gdy któraś z dominujących partii, Kaczyńskiego lub Tuska, przeżyje totalny kryzys. Taki, którego nie zaklajstrują największe budżetowe pieniądze. Po drugie, kiedy dysydenci znajdą własny rodzaj populizmu. Na przykład postawią na chwytliwą osobowość. Na anty-Kaczyńskiego i anty-Tuska w jednym. I sprzedadzą ją choćby przy okazji wyborów prezydenckich.

Dwaj ludzie mieliby na to szanse: wciąż popularny Marcinkiewicz albo będący potencjalną gwiazdą prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz. Warto jednak przypomnieć, że ten ostatni jest nadal politykiem z obrzeży Platformy. To pokazuje dylemat potencjalnych sympatyków konserwatywnej rewolty. Czy burzyć obecny system partyjny, czy szukać przestrzeni wewnątrz niego?

Tej przestrzeni jest coraz mniej, zwłaszcza w PiS, gdzie Kaczyński na własne życzenie ufundował sobie zarzewie niepokoju, choć jest przekonany, że je likwiduje. Ale buntownicy powinni być cierpliwi. Popędliwość Marcinkiewicza, który w poniedziałek udziela poparcia ekipie Tuska, aby we wtorek rozważać, czy nie stanąć z nią do konkurencji, jest niefortunna. I jak sądzę inni ostrożniejsi konserwatyści potraktują ją jako lapsus. Nie pierwszy w dziejach byłego premiera.

Owszem, można powiedzieć: daliśmy Tuskowi szansę, a on jej nie wykorzystał. Ale za dwa, trzy lata. Skazywanie się na wieki bezpłodnej wegetacji także nie jest czymś sensownym. Lepiej dokonać skoku na kasę tuż przed wyborami: jak PiS i PO w 2001 r.

A jest coś jeszcze. W 1995 r. Maciej Łętowski porównał Wałęsę przeganiającego innych prezydenckich kandydatów z prawicy do samca zwołującego stado godowym rykiem. Otóż typem takiego samca jest dziś Kaczyński, w wersji soft może i Tusk. Czy jest nim Marcinkiewicz, nawet wzmocniony intelektem Rokity i Ujazdowskiego? Mam wątpliwości.