Każdy kolejny polski premier powtarzał, że nie ulegnie, że nie da się górnikom. Ale potem na widok autobusów jadących do stolicy oraz w obliczu brutalnych manifestacji przed sejmem, zawsze wymiękał. Bo tak jak nikt nie boi się pielęgniarek, tak górnicze akcje zawsze są skuteczne.

Pierwszym, który ostro zabrał się za reformowanie górnictwa, był gabinet Jerzego Buzka. Premier Buzek naprawdę odważnie rozmawiał z górnikami, jednak on miał w ręku argumenty. Przede wszystkim zaproponował im potężne odprawy, co być może nie było bardzo racjonalnym posunięciem, bo większość tych pieniędzy zostało natychmiast przejedzonych albo zniknęło w salonach samochodowych. Ale bez względu na późniejsze oceny, jakiś krok został wówczas wykonany.

W rządzie PiS z górnikami zmagał się wiceminister gospodarki Paweł Poncyljusz - ostro krytykowany przez górników, którzy uważali, że nie zna się na działaniu kopalni i jest ignorantem. Jednak po raz pierwszy widziałam, by ktoś tak ostro umiał negocjować i rozmawiać ze związkami górniczymi. Poncyljusz po prostu nie dawał sobie w kaszę dmuchać, był prawdziwym twardzielem. Ale nawet on musiał w końcu ulec, choć mam wrażenie, że nie była to jego decyzja, tylko raczej odgórne rozporządzenie premiera Kaczyńskiego.

Działania Pawła Poncyljusza były więc efektowne, ale nie bardzo efektywne. Czy tak samo będzie z Donaldem Tuskiem? Wszystkie oczy są teraz zwrócone na niego, wszyscy z napięciem czekają na jakiś ruch z jego strony. Bo kopalnie, górnicy to nie jest sprawa, od której da się umyć ręce. Teraz szef rządu wypowiada ostre słowa i butnie twierdzi, że "wstydziłby się za rząd, który ulegnie temu, co głośniej krzyczy". Cóż, łatwo tak mówić, kiedy z okien kancelarii nie widzi się rzucających kamieniami manifestantów. I łatwo się kreować na Margaret Thatcher, kiedy nie ma kilofów pod sejmem.

Oczywiście można przez święta wyłączyć telewizję, radio i nie słuchać tego, co się dzieje w kopalniach. Ale przecież ważna jest nie tylko decyzja, że nie będzie ustępstw wobec górników, ale także styl, w jakim rozwiązuje się problemy. Jest więc ważne, czy premier będzie umiał debatować ze strajkującymi tak jak Nicolas Sarkozy, czy może powie, że to nie jego sprawa. To drugie zachowanie byłoby poważnym błędem. Bo nie wystarczy być twardym, trzeba też umieć rozmawiać i negocjować. Niech Donald Tusk okaże odwagę i pojedzie na Śląsk, żeby stanąć twarzą w twarz z górnikami. Niech przedstawi im swoje argumenty i spróbuje ich przekonać. Dopiero wtedy będzie można ocenić, kto jest bardziej zdeterminowany: premier czy górnicy?

Oczywiście jest też druga strona medalu. Bo chodzi nie o to, jak się ten spór zakończy, ale kto ma w nim rację. Oczywiście górnicy mają prawo do protestów i do żądania podwyżek. W ostatnich latach stracili wiele przywilejów, a ich zarobki podawane w gazetach są często mocno przesadzone. I dlatego zrozumiałe jest, że żądają godziwego wynagrodzenia za swą potwornie ciężką pracę. Nic więc dziwnego, że górnicy żądają 14-proc. podwyżki, ale też nie można się dziwić, że rząd najprawdopodobniej nie będzie w stanie spełnić tego żądania.

Warto się przyjrzeć, jak działają kompanie węglowe, ile przeznaczają na pensję dla górników, a ile dostają prezesi spółek węglowych i ile się przeznacza na bezpieczeństwo. I czy o tej ostatniej kwestii będzie się mówiło tylko przy okazji wypadków? I czy górnicy rzeczywiście chcieliby dostać wyższe pensje kosztem funduszy przeznaczanych na bezpieczeństwo pracy? Pytań i dylematów wokół sporu górnicy kontra rząd pojawia się wiele, a rozwiązania nie są jednoznaczne.

Wybrnięcie z tego „górniczego pata” będzie więc największym wyzwaniem dla Donalda Tuska. I już dziś wiadomo, że w tej sprawie nie może ulec, bo wtedy powstanie pytanie - dlaczego tylko górnikom, a nie nauczycielom? Czy tylko dlatego, że nauczyciele mają tylko długopisy, a nie kilofy? Choć oczywiście kilofy są skuteczniejsze...