Jeśli prognozować na podstawie mianowania przez premiera nowych szefów dwóch innych służb bez poczekania na opinię prezydenta, to można przyjąć, że PO jest na
linii konfrontacyjnej.
Nie jest łatwo przewidzieć efekty tego spotkania, bowiem - wiele na to wskazuje - wokół premiera dominuje polityka konwulsyjna, w tym brak wizji co do polityki bezpieczeństwa. Wygląda, jakby
przyjęto założenie, że premier spotka się z Kamińskim dopiero wtedy, gdy będzie miał w ręku jakiś gruby kij. Różni harcownicy obiecywali premierowi, nakręcając przy tym opinię
publiczną, że skoro PiS stworzyło państwo nielegalnych podsłuchów, łamania prawa, spisków przeciw demokracji, to dostarczą mu twarde dowody. Tymczasem premier jako człowiek inteligentny
widzi, że zamiast grubego kija, przyniesiono mu jakieś cieniutkie rózgi, przy tym z kotkami na końcu. I spotkanie z Kamińskim odraczał. I nie jestem wcale pewien, czy po nim uzna, że jest
gotów do odwołania szefa CBA. Być może owo mianowanie szefów dwóch innych służb to test na reakcję opinii publicznej. Czy jest przyzwolenie na „nadwerężanie” prawa czy
nie?
Kluczowe media chyba odpuszczają. Rzecz nie została nawet poważnie skomentowana. Dominująca "melodia” będzie taka: niech sobie PO rządzi jak chce, bo pod jej rządami
główne układy interesów nie zostaną naruszone. Jeśli PO gdzieś złamie prawo, będziemy przymykać oczy i co najwyżej pytać retorycznie, by nikt nie zarzucił nam braku krytycznej
aktywności.
Zdanie, którym posłużył się premier Jarosław Kaczyński podczas debaty sejmowej, mówiąc, że "stosunek do Mariusza Kamińskiego to stosunek do walki z korupcją” -
złożyłbym na karb ówczesnej słabszej formy premiera, co on sam później przyznał. Nie warto sprowadzać problemu, nie tylko korupcji, do kwestii personalnych. Kluczowe są instytucje,
rozwiązania organizacyjne gwarantujące niską przemakalność instytucji państwa - także służb tajnych - na oddziaływanie różnych grup interesów.
Nasuwa się oczywiście osoba Julii Pitery. Może bardziej jako symbol pewnego potencjału w szeregach PO niż jako konkretny kandydat. Ale także i tu nasuwają się wątpliwości. Obserwując jej
działania publiczne od wielu lat, sądzę, że wiele rozumie z natury zjawisk korupcyjnych. I ma dobre intencje. Jednak niepokoi choćby jej nadaktywność w mediach. Ktoś niedawno policzył, że w
ciągu jednego dnia pojawiła się w ośmiu różnych programach. Z własnego doświadczenia wiem, że jeżeli jednego dnia wypowiadam się dla 4 - 5 mediów to ustaje możliwość pracy
koncepcyjnej. Poza tym minister Pitera nie rozumie pewnych mechanizmów funkcjonowania tajnych służb. Kiedyś w TVP Info, mówiąc o sfabrykowaniu przez CBA dokumentów w aferze gruntowej,
powiedziała, że jest niedopuszczalne fałszowane czyichś podpisów, np. dziennikarza. Już widzę uśmiechy na twarzach funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego albo kontrwywiadu, którzy
dobrze wiedzą, że niektórych gier operacyjnych nie można prowadzić, nie przedstawiając na wabika sfabrykowanych dokumentów. A sfabrykowany dokument musi mieć sfałszowany podpis. Więc gdyby
teza minister Pitery, że CBA łamało prawo, fałszując dokumenty, miała być wzięta za dobrą monetę, to np. kontrwywiad nie mógłby prowadzić gier operacyjnych ze szpiegami obcych
państw...
Obywatele odczuwają tu nieufność. I właśnie dlatego w niektórych krajach ten problem rozwiązywany jest tak, że powołuje się inspektora generalnego służb, którym zostaje osoba
powszechnego zaufania. Inspektor ma wgląd do wszystkich spraw, służby nie mają prawa ukryć przed nim niczego. I jeżeli wydaje werdykt, że coś jest OK, to nikt tego potem nie podważa.
Niekiedy takim inspektorem zostaje emerytowany sędzia, dla którego pokusa przecieku i politycznego manipulowania posiadanymi przez siebie informacjami byłaby poniżej jego godności.
Też mam wątpliwości. A w przypadku Platformy obawiam się, że nie traktuje ona służb jako dobra ponadpartyjnego, nie patrzy na nie z perspektywy państwowotwórczej. W wielu służbach panuje
dziś marazm. Aktywność funkcjonariuszy jest sparaliżowana lękiem przed konsekwencjami zmian politycznych, ludzie nie są gonieni do pracy. A jeśli prawdę mówił poseł Jarosław Gowin, że
seria dymisji wiceministrów rządu Tuska jest związana z ich problemami lustracyjnymi, to powstaje pytanie, w jakim środowisku obracają się ministrowie PO, że dobierają sobie na
współpracowników osoby z kłopotami lustracyjnymi? Jaki to jest typ środowiska? A jeśli czytamy udokumentowany artykuł, że PO sięga po ludzi związanych z SLD, to oznacza to coś więcej niż
tylko brak odpowiednich ludzi. I poza Julią Piterą, z której wypowiedziami w wielu punktach mogę się zgodzić, na horyzoncie nie widać nikogo choćby tylko deklarującego antykorupcyjną
determinację.
Chodziło m.in. o koncepcję prywatyzacji służby zdrowia. Jeśli obecnie przedstawiciele rządu nie odpowiadają na pytanie prezydenta, jakie konsekwencje może przynieść masowe zadłużanie
podmiotów służby zdrowia, jeśli politycy PO nie chcą dyskutować o tych konsekwencjach, to można przypuszczać, że będą tolerowali zadłużanie służby zdrowia do poziomu, w którym masowa
prywatyzacja stanie się nieuchronna. Ale wtedy będzie ona nie efektem świadomego projektu, tylko na wpół dzikim (co nie znaczy, że całkiem żywiołowym) przejmowaniem za długi.
W polityce występuje postawa typu TINA ("There is no alternative” - nie ma żadnej alternatywy) stosowana ongiś przez Margater Thatcher. Politycy u władzy często traktują
działania na rzecz pozostania u władzy jako jedyną alternatywę zgodną z racją stanu. Zakładają, że ich przeciwnicy polityczni będą szkodzili krajowi.
Na poziomie retoryki byłyby to postawy symetryczne. Ale niezależnie od symetrii metafor, ktoś może mieć rację, a ktoś drugi nie. Zachowanie się rządu PO podczas Rady Gabinetowej post factum
uzasadnia podejrzliwość PiS co do tego, że pani Sawicka w swoich nagranych wypowiedziach wyrażała coś więcej aniżeli tylko prywatne pomysły.
Doprowadza pan rzecz do skrajności. Każdą interpretację poprzez zradykalizowanie metafor można doprowadzić do absurdu.
Gdybyśmy działali w warunkach szacunku dla państwa, to można sobie wyobrazić takie rozwiązanie - wynikające np. ze zmienionej przez PO za zgodą PiS i prezydenta RP ustawy - że PO
wysunęłaby kogoś na stanowisko zastępcy szefa CBA, żeby Platforma się nie bała, że Kamiński wbije jej nóż w plecy. I byłoby tak: Kamiński nadal pracuje, realizuje swój projekt, ale jest
w CBA ktoś kompetentny, mający wiedzę o pracy Biura, kto może ostrzec opinię publiczną, gdyby dostrzegł jakąś niebezpieczną sytuację graniczną. Dzięki temu integralność CBA zostałaby
zachowana przy jednoczesnym obniżeniu progu wzajemnej podejrzliwości.
Wierzę, że ludzie mają w sobie także pokłady dobra, ale patrząc realnie - takie rozwiązanie jest dzisiaj mało prawdopodobne.
bio: *Andrzej Zybertowicz jest socjologiem, profesorem i dyrektorem Instytutu Socjologii oraz kierownikiem Podyplomowego Studium Socjologii Bezpieczeństwa Wewnętrznego UMK w Toruniu. Jego zainteresowania badawcze dotyczą socjologii wiedzy oraz "zakulisowych” wymiarów życia społecznego. Był głównym doradcą do spraw bezpieczeństwa premiera Jarosława Kaczyńskiego. Wydał m.in. wraz z Marią Łoś książkę "Privatizing the Police-State: The Case of Poland” ("Prywatyzowanie państwa policyjnego: przypadek Polski”), Londyn i Nowy Jork 2000