W najbliższych miesiącach gabinet Donalda Tuska zacznie przechodzić od dość niefrasobliwych deklaracji do mniej lub bardziej bolesnych konkretów. Zanim jednak ów proces zostanie zwieńczony pierwszym, własnym projektem budżetu, będziemy mieli kilka ważnych testów zdolności politycznych rządu. Jednym z nich będzie prezentacja jego przekonań w sprawie reformy systemu nauki i szkolnictwa wyższego, zapowiedziana przez KPRM na najbliższą środę.

Reklama

Premier ma do wyboru albo wygłosić kilkadziesiąt miłych zdań, albo zapowiedzieć kilka konkretnych reform. Ma szansę albo dokonać ważną zmianę, albo pogłębić strukturalną niewydolność szkolnictwa wyższego, opartą na podtrzymywanej przez liczne rządy tradycji niewchodzenia w konflikt z jakąkolwiek częścią środowiska akademickiego.

Donald Tusk będzie musiał określić polityczny stosunek do wniosków zaprezentowanych przez zespół pracujący przez ostatnie miesiące pod kierunkiem minister Barbary Kudryckiej, ale także zaprezentować główne zasady, jakimi będzie się kierował w tej sprawie jego gabinet w dalszych pracach. Będzie musiał jasno rozstrzygnąć trzy zasadnicze dylematy każdej sprawującej władzę ekipy.

Po pierwsze, czy utrzymuje obłudny system selektywnej bezpłatności studiów wyższych, w którym rodzice połowy studentów płacą za studia swoich dzieci i - jako podatnicy - także za studia ich kolegów. Po drugie, czy kariera naukowa wyrażająca się zdobyciem habilitacji ma być nadal tożsama z uzyskiwaniem nadzwyczajnych wobec doktorów uprawnień do zarządzania uczelniami, swego rodzaju akademickim odpowiednikiem MBA, czy też stać się istotnym elementem prestiżu naukowego i skutkować uprawnieniami jedynie w zakresie kształcenia i promocji nowych kadr. Po trzecie wreszcie, doprowadzić do trwałej deregulacji, która pozwoli uczelniom na budowanie różnorodnej i konkurencyjnej w skali międzynarodowej oferty dydaktycznej i przetnie ambicje części środowiska do umocnienia hierarchicznej i jednoczynnikowej struktury, w której role liderów i słabeuszy będą rozdane metodami administracyjnymi i przez długie lata niezmienne.

Przypomnijmy, że poprzednie rządy pogłębiły proces biurokratycznego przeregulowania szkolnictwa wyższego, choćby przez przesadną szczegółowość standardów nauczania, umocnienie jednoczynnikowego i hierarchicznego modelu szkolnictwa, w którym o pozycji danej jednostki decyduje w znacznej mierze liczba zatrudnionych profesorów. Ponadto nie skorzystały, nawet w minimalnym stopniu, z popieranej wcześniej przez PiS i wpisanej do ustawy możliwości symbolicznego choćby współfinansowania studiów w szkołach niepublicznych. Oraz, mimo szumnych deklaracji dotyczących zniesienia habilitacji, nie uczyniły nawet kroku, by wypracować rozsądny kompromis dotyczący zmiany jej funkcji w systemie szkolnictwa wyższego.

Tusk może zatem przełamać złą tradycję konformizmu i asekuranctwa w zmianach dotyczących sfery, która w istotny sposób będzie przesądzać o potencjale cywilizacyjnym Polski. Samo powierzenie fotela ministra nauki i szkolnictwa wyższego Kudryckiej pokazało, że nie zamierza się podporządkować prostym stereotypom określanym od lat przez środowisko akademickie, że chce w tej sprawie prowadzić politykę własną. Najbliższy tydzień będzie okazją, by ten zamiar potwierdzić lub rozwiać nadzieje.

Warto zatem sformułować ostre "albo - albo”. Stawką w grze jest to, czy polskie uczelnie będą oferować studia konkurencyjne wobec europejskich liderów. Stawką jest to, czy będą odpowiadać na zmieniające się i zróżnicowane potrzeby kandydatów oraz rynku pracy. Tu zresztą warto zakwestionować jeden mit rodem z PRL, który wiąże oczekiwania rynku pracy z postulatem tworzenia nowych, wysoce specjalistycznych kierunków. Nic bardziej błędnego. Warto posłuchać tego, co mówią pracodawcy - naszym absolwentom brakuje znajomości języków, umiejętności pracy w zespole, zdolności analitycznych odnoszących się do rzeczywistych zjawisk, a nie sztucznych modeli. A zatem - odwrotnie niż wydaje się niektórym - postulują kształcenie ogólne nastawione na rozumienie i umiejętności.

Stawką w grze o model szkolnictwa wyższego są wreszcie kompetencje nowej polskiej elity w definiowaniu szans i zagrożeń, przed jakimi stanie nasz kraj w następnych dziesięcioleciach. To z kolei wymusza analizę innowacyjności naszego systemu - zarówno w sferze dydaktyki (gdzie bywa fatalnie), jak i w sferze dostępu do najnowszej wiedzy i wymiany międzynarodowej. Wskazanie pięciu czy dziesięciu "flagowych uniwersytetów”, zapowiedź zniesienia habilitacji, czy deklaratywne poparcie dla postępów Procesu bolońskiego niczego w tej sferze nie zmieni. Będzie okopaniem się na poziomie spektakularnych działań pozornych.

16 kwietnia upłynie pięć miesięcy od chwili, kiedy Donald Tusk został powołany na urząd premiera. Zapewne nie osiągnął jeszcze pełnej dojrzałości jako szef rządu, bez wątpienia jednak jego zachowanie pokaże, w którym kierunku zmierzają jego pomysły na rządzenie państwem.