Obok niego występował prowadzący kampanię wyborczą prezydent Andrzej Duda. Jego słów z uwagą słuchał premier Mateusz Morawiecki. Minister miał spójny przekaz. Był zdeterminowany. Budził zaufanie. Nie kluczył w sprawie zamknięcia państwa, tylko dość szybko zdecydował się na podjęcie trafnych decyzji. Udało mu się wypłaszczyć krzywą zakażeń i uchronić system ochrony zdrowia przed pewną zapaścią, gdyby choroba postępowała w tempie znanym z zachodniej i południowej Europy. Mechanizm budowania legendy właśnie się zaciął. To, co do tej pory działało na jego korzyść, okazało się obciążeniem. Wystarczyły trzy dni, aby podważyć jego autorytet.

Reklama

"Gazeta Wyborcza” opublikowała tekst o dziwnym układzie towarzyskim przy zakupie maseczek w poniedziałek. Dzień później Sejm przyjął ustawę o wyborach, która jest sprzeczna z rekomendacjami Łukasza Szumowskiego. Zakłada ona głosowanie w lokalach wyborczych i mimo odważnych zapewnień o znacznej roli ministra w ustalaniu zasad, na jakich ma się ono odbywać ‒ nie da się uniknąć wrażenia, że w ten sposób po prostu pominięto rekomendacje resortu zdrowia. Te były jednoznaczne: przez kolejne dwa lata możliwe są tylko wybory korespondencyjne. Jakby tego było mało, ustawę głosowano w dniu, w którym zanotowano rekordową liczbę zakażeń na Śląsku. Tym samym nie dało się szyć narracji, że w zasadzie to problem epidemii jest opanowany, ludzie chodzą do centrów handlowych i grillują, zatem można zapomnieć o stanowczych rekomendacjach ministra.

Nie najlepiej na morale osób, którym nakazano noszenie maseczek, wpłynęły też słowa Łukasza Szumowskiego w Polsat News o tym, że on sam nie nosi jej, bo nie ma objawów i jest zdrowy, a poza tym pamięta, aby nie dotykać twarzy. Polacy takiego wyboru nie mieli. Nawet jeśli również pamiętają o higienie i wiedzą, że znaczna część zakażeń pochodzi od osób bezobjawowo przechodzących chorobę.

Ujawniona i opisana przez "Gazetę Wyborczą” sprawa zakupu maseczek od Łukasza G. wygląda jednak najpoważniej. Dotyczy publicznych pieniędzy i prywatnej znajomości z człowiekiem, od którego za blisko 5 mln zł zostały kupione. Łukasz G. to instruktor narciarski (tak poznał się z ministrem Szumowskim i nie ma znaczenia tu fakt, że było to kilka lat temu), który w biznesie medycznym pojawił się dopiero przy okazji pandemii.

Dzisiaj wiadomo, że maseczki nie spełniają norm, dostawca ich nie wymienił (część została już rozdysponowana), a dopiero po ujawnieniu sprawy wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński złożył zawiadomienie do prokuratury. Moment zawarcia transakcji był krytyczny. Resort zdrowia kupował sprzęt, gdzie mógł. Cena była wtórna, bo każdy element odzieży ochronnej był wówczas towarem globalnie deficytowym, a media nie dawały taryfy ulgowej, gdy rozjeżdżały rząd za ich brak. Dlatego zakupy odbywały się bez procedur przetargowych, a jedynie na podstawie wewnętrznych wytycznych MZ. Najpewniej taka polityka była słuszna i racjonalna. Jednak pytanie, na ile była transparentna, nie jest jedynie hejtem na ministra, jak przekonują jego koledzy z rządu i sprzyjająca PiS prasa. Sytuacja, w której brat Łukasza Szumowskiego daje pośrednikowi w sprzedaży numer telefonu do wiceministra, pokazuje, że być może procedura powinna zostać zmieniona. Inaczej nie da się uniknąć podejrzeń o kumoterstwo.

Szczególnie, że jak mówił w wywiadzie dla DGP opublikowanym 4 maja Janusz Cieszyński, resort wydał na środki ochrony osobistej i zakup sprzętu (respiratory, kardiomonitory, testy) – ponad 600 mln zł. Co ciekawe, dwa dni po tym wywiadzie spotkał się z Łukaszem G. i żądał wymiany towaru na spełniający normy albo zwrotu pieniędzy. Można uznać, że wiceminister wyprzedził zdarzenia, które opisała "GW”, bo deklarował w wywiadzie dla DGP, że ministerstwo rozliczy się z każdej złotówki wydanej na COVID-19. Trzymamy zatem Janusza Cieszyńskiego za słowo. Mamy doskonały moment, aby zacząć publikować listę podmiotów czy osób, które sprzedały ministerstwu towar. Dowiemy się, jakie były liczby zakupionego sprzętu, cena i termin faktycznej dostawy. I czy były sytuacje, w których któryś z dostawców był uprzywilejowany faktem pozyskania komórki do wiceministra od osoby spokrewnionej z kierownictwem resortu?

Rozumiemy, że sytuacja była nadzwyczajna. Zasługi ministra w tym kryzysie nie redukują jednak potrzeby analizy tego, co działo się w resorcie. Byliśmy już świadkami sytuacji, w której "państwo zdało egzamin”. Po 10 kwietnia 2010 r. ówczesna minister zdrowia i doskonale zapowiadająca się polityk PO Ewa Kopacz osobiście nadzorowała sekcje zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej. Wywiady z nią wzruszały, gdy zapewniała o przekopywaniu ziemi "na metr w głąb”. Czas zweryfikował jednak te tezy. I przypomniał, że wydarzenia budzące wielkie emocje nie zdejmują z nikogo obowiązku chłodnej oceny rzeczywistości.