Ci, co czytają pudelki, kozaczki, pomponiki i inne plotkarskie zwierzaczki, doskonale wiedzą, o co chodzi w grubej aferze z Anną Lewandowską. Ci, którzy nie wiedzą, najlepiej jeśli po prostu sprawdzą w Google. Dla leniwych największy możliwy skrót: otóż Anna Lewandowska, fit-trenerka milionerka, postanowiła pokazać, że warto akceptować swoje ciało. Założyła więc strój grubasa i robiła głupie minki do obiektywu. Nie wiedzieć czemu, takie żarty nie spodobały się niektórym złośliwcom, twierdzącym, że szczupła i bogata Lewandowska wyśmiała, być może mimowolnie, osoby otyłe. Jedną z osób, którym nie spodobała się aktywność Lewandowskiej, była publicystka Maja Staśko. W swoich kilku wpisach rozjechała żonę króla boisk pługiem. Przy czym - co istotne - zrobiła to w sposób niesłychanie złośliwy, napastliwy, ale przestrzegając standardów debaty publicznej. Mówiąc wprost: nie zwyzywała Lewandowskiej, lecz podkreśliła głupotę zachowania instagwiazdy.

Reklama

Lewandowska jednak pośmiać się lubi, lecz nie przepada, gdy ktoś śmieje się z niej. A zatem zleciła obsługującej ją kancelarii prawnej - bardzo dobrej zresztą - wystosowanie do Staśko wezwania do zaniechania czynów naruszających dobra osobiste. Jak czytamy w piśmie, Staśko ma usunąć swoje wpisy, a jeśli tego nie zrobi to sprawa zakończy się w sądzie, Lewandowska zażąda 50 tys. zł na cel społeczny, a być może nawet publicystka sczeźnie w więzieniu (w piśmie wspomina się o możliwej odpowiedzialności karnej).

Staśko się nie przestraszyła i opublikowała pismo kancelarii obsługującej Lewandowską w internecie. I bardzo dobrze, bo pokazała metody działania fit-celebrytki. Bo, podkreślmy jeszcze raz, wypowiedzi publicystki były bardzo złośliwe, ale nie były obraźliwe.

Sprawa jednak wydaje mi się ciekawa z jeszcze jednego powodu. Otóż pokazuje, jak ludzie bogaci, zaznajomieni z prawem lub korzystający ze wsparcia prawników, potrafią uciszać ludzi mniej świadomych, biedniejszych lub po prostu niemających chęci być ciąganymi po sądach.

To nagminny sposób działania np. kancelarii prawnych obsługujących piramidy finansowe. Jeśli ktoś z Was zastanawiał się, dlaczego tak mało jest wpisów w internecie o działających piramidach, to służę odpowiedzią: bo za wpis, że dany podmiot jest piramidą (choćby nią był w rzeczywistości), otrzymuje się pozew. I gdy przeciętny internauta zastanowi się, czy warto mu wykazywać, że napisał prawdę przed sądem (co najczęściej wiąże się z potrzebą zatrudnienia prawnika, któremu trzeba zapłacić), dojdzie najczęściej do wniosku, iż lepiej wpis usunąć, a nawet nieszczerze przeprosić.

Ba, tego typu metody stosuje się także wobec ludzi, którzy co do zasady się nie boją, np. dziennikarzy. Mój "rekord" to bycie pozwanym na trzy miliony zł. Sprawą po stronie powoda zajmowało się kilku prawników, którzy zarzucili mojego skromnego adwokata kilkoma tysiącami stron dokumentów - z tego 98 proc. nie miało jakiegokolwiek związku ze sprawą. Oczywiście powodowi nie chodziło o to, by wygrać. Szło o to, bym był zmęczony i przed napisaniem choć jednego słowa na jego temat, zastanowił się trzy razy. Szkopuł w tym, że ja za pisanie, także o kontrowersyjnych sprawach, dostaję pieniądze, jestem doceniany przez przełożonych, i wreszcie – sam sobie wybrałem taki zawód. Większość osób piszących w internecie, w tym Maja Staśko, nie dostają za to pieniędzy. I jeśli tylko robią to w sposób niewulgarny i niekłamliwy, to życzę im wszystkim wiele siły. Bo nawet Annę Lewandowską za głupie żarty wolno krytykować.