Dziennik Gazeta Prawana logo

Kanibalizacja zdrowia. Rzucając wszystko na walkę z COVID-19, popełniamy błąd [OPINIA]

24 października 2020, 16:51
[aktualizacja 24 października 2020, 16:51]
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
onkologia
shutterstock
Walka z epidemią koronawirusa – wszystko na to wskazuje – jest grą o sumie zerowej. Jeden człowiek zarażony COVID-19 uratowany, ktoś z zupełnie innym schorzeniem poświęcony. Pięć łóżek dla chorych na koronawirusa więcej, pięć łóżek dla pacjentów z podejrzeniem poważnej choroby neurologicznej mniej.

Na początku września 2020 r. wraz z Marzeną Sosnowską napisaliśmy na łamach Magazynu DGP o ukrytych ofiarach koronawirusa, czyli ludziach, którzy COVID-19 nie mają, ale na epidemii cierpią zdrowotnie.  – zaczynał się ten tekst. Z perspektywy czasu uważam go za jeden z najważniejszych, które w ostatnich latach napisałem. Po nim zaczęto bowiem powszechnie mówić o tym, że epidemia koronawirusa to nie tylko ludzie chorzy na COVID-19, lecz także ogół pacjentów potrzebujących wydolnego systemu ochrony zdrowia. I nie ma to nic wspólnego z koronasceptycyzmem, z głupimi tekścikami o "koronaświrusie”. Ot, chłodna kalkulacja, że potrzeby zdrowotne Polaków nie są związane wyłącznie z tą jedną paskudną chorobą zakaźną.

Konsekwencje braku szybkiej i precyzyjnej diagnostyki bywają opłakane. Z analiz przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii wynika, że opóźnienie rozpoznania nowotworu o kwartał zmniejsza szansę wyleczenia o 10 proc. O pół roku – o 30 proc.

W Polsce zaś nowotwór złośliwy rozpoznaje się (a raczej rozpoznawało) u ok. 500 osób dziennie. Umiera ok. 270 z nich. W okresie epidemii liczba wystawionych kart DiLO (szybka ścieżka diagnostyczna), które są przepustką do wszystkich świadczeń onkologicznych, zmniejszyła się o 25 proc. W marcu było ich nawet ok. 50 proc. mniej. W sierpniu i we wrześniu liczba wystawionych kart była podobna do tej z 2019 r.

Skutek ubytków w diagnostyce najpoważniejszych schorzeń nie jest widowiskowy. Pacjenci nie umierają przed izbami przyjęć, dyspozytorzy nie płaczą na linii, że nie ma miejsca w szpitalu. Najczęściej ktoś niezdiagnozowany umiera po wielu miesiącach, w domu, w ciszy. Ewentualnie człowiek trafia do lekarza w sytuacji, gdy szansa na wyzdrowienie jest już znacząco mniejsza, niż byłaby, gdyby został szybko zdiagnozowany.

CZYTAJ WIĘCEJ W WEEKENDOWYM MAGAZYNIE DGP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj