"Oni nadal mają te wszystkie przewagi: liczebną, nowoczesne uzbrojenie i wyposażenie, mają korzyści z naszego szkolenia, mają w końcu siły powietrzne. Muszą tylko je zastosować" – opowiadał dziennikarzom o afgańskiej armii, trzy dni przed wkroczeniem Talibów do Kabulu, rzecznik Pentagonu admirał John Kirby. "Talibowie nie posiadają zaawansowanej technologicznie broni, ale wydają się stabilni finansowo, w stabilnej i spójnej grupie" – tłumaczyła serwisowi POLITICO przyczyny sukcesów Talibów Neha Dwivedi, analityczka z globalnej firmy Jane's Information Group, zajmującej się wywiadem i analizami. Przyczyn porażki afgańskich sił rządowych upatrywała w "braku spoistości, korupcji i złym zarządzaniu". Nieprzeliczona liczba podobnych treści przewaliła się przez media w ostatnich dniach trwania zachodnich porządków w Afganistanie. Politycy, analitycy, specjaliści od konfliktów, generałowie etc. produkowali je na masową skalę, a dziennikarze przekazywali dalej.

Reklama

Zaciemnienie obrazu sytuacji

Nazwanie tych treści wielkim stekiem bzdur byłoby najbliższe prawdy. Jednak delikatniej mówiąc – wskazywane przez specjalistów przyczyny upadku porządku, wprowadzanego dwadzieścia ostatnich lat przez Stany Zjednoczone i kraje NATO w Afganistanie, jedynie zaciemniają obraz sytuacji. W rzeczywistości przyczyny klęski są bardzo proste. Mianowicie właściwie żaden Afgańczyk nie chciał ginąć za to, co oferowało mu przez dwie dekady największe z zachodnich mocarstw wraz z sojusznikami. Ba! Afgańczycy gremialnie nie starali się nawet za to walczyć. Niepodważalnym tego dowodem jest to, jak szybko runął ów domek z kart. Dwadzieścia lat go budowano, a rozsypał się w miesiąc. Przy czym rozsypywał się aż tak długo, bo z racji braku środków transportu Talibowie nie byli wstanie szybciej zajmować kolejnych miast. Ta przykra prawda dotarła właśnie do świadomości prezydenta Joe Bidena. W swym telewizyjnym przemówieniu do Amerykanów stwierdził on: "Afgańczycy mieli wszystkie klucze do własnej przyszłości. Jedynym, czego nie mogliśmy im dać, była wola kształtowania własnej przyszłości".

Jak zachowują się cywile i żołnierze, którzy pałają wolą walki, można sobie obejrzeć na starych filmach z czasów, kiedy w Europie zaczynały się wojny światowe. Czy może nawet lepiej na filmowych ujęciach z Powstania Warszawskiego. Ewentualnie sięgnąć do wspomnień spisywanych przez uczestników tamtych zdarzeń. Wprost emanuje z nich chęć tego, by walczyć za swój kraj, za to, w co się wierzy, za bliskich itd.

W oddziałach Talibów walczyło 75 tys. bojowników. Prawie nie posiadali artylerii, rakiet, czołgów. Zachód zapewnił rządowej armii Afganistanu nowoczesny arsenał włącznie z lotnictwem dla 350 tys. żołnierzy. Gdyby oni oraz ich oficerowie wykazywali się wysokim morale i chcieli bić się na swojej ziemi, wówczas zmietliby Talibów w ciągu roku. Zupełnie przy tym nie potrzebując wsparcia wojsk NATO. Tymczasem nie udawało się im nawet dłużej bronić żadnego z wielkich miast. To Talibowie zmietli armię rządową (a ściślej mówiąc, sama się rozpierzchła lub wybrała ucieczkę do ościennych krajów).

Kasta polityków głównym "osiągnięciem"

Reklama

Widać zatem, że Zachodowi w Afganistanie udało się przede wszystkim stworzyć kastę polityków, dzierżących lokalne rządy głównie po to, żeby zapełnić dolarami własne kieszenie. Obok nich w dużych miastach utworzyła się warstwa ludzi, którzy pracowali dla sił NATO, administrowali krajem, robili interesy, upodabniając swój styl życia co nieco do zachodniego. Wprawdzie czerpali korzyści z istniejących porządków, lecz nie znaczyło to, iż zamierzali za nie walczyć. Tym zajmowali się przede wszystkim amerykańscy żołnierze wraz z sojusznikami (w tym polskimi). Gdy ginęli, to de facto za to, żeby kasta lokalnych polityków oraz afgańska klasa średnia w wielkich miastach mogła sobie kolejny rok w miarę spokojnie pożyć. Jej przedstawiciele jakoś masowo nie zgłaszali się na ochotnika do armii. Wręcz przeciwnie - wedle ujawnionych właśnie danych każdego roku z rządowych wojsk dezerterowało ok. 30 proc. poborowych. Woląc zaryzykować długoletnie więzienie lub rozstrzelanie, niż walczyć z Talibami.

Kompromitujący finał obecności sił NATO w Afganistanie pokazuje, że rację mieli nie zachodni politycy, analitycy, intelektualiści, wojskowi oraz powielający ich przekaz dziennikarze, lecz młody dyplomata Matthew Hoh. Nim zaczął on w 2007 r. pracować dla Departamentu Stanu, odsłużył dwa lata w Iraku jako oficer Marines. Po znalezieniu się w Afganistanie dość szybko dostrzegł, że to, co wie z mediów oraz oficjalnych raportów słanych do Waszyngtonu, nijak ma się do rzeczywistości. W sumie jest stekiem bzdur i kłamstw. Wielokrotnie próbował z tym odkryciem przebić się do Białego Domu, telewizji, prasy. Wreszcie widząc, iż wszyscy go ignorują, podał się do dymisji. W pożegnalnym liście, przekazanym ówczesnej sekretarz stanu Hillary Clinton, napisał: "Straciłem wiarę i zrozumienie dla strategicznych celów USA w Afganistanie, mam wątpliwości co do obecnej strategii, a także tej, jaką zamierzamy przyjąć". Po dwóch latach spędzonych w Kabulu i prowincji Zabul widział, że: "Jak niegdyś Sowieci próbujemy zaprowadzić w Afganistanie porządki i ideologię, których nikt tu nie zna ani sobie nie życzy". Po czym próbował wyjaśnić pani Clinton: "Nie jestem pacyfistą, który upalony ziołem nawołuje, żeby wszyscy się miłowali, ale tu w Afganistanie nikt nas nie chce, a nasza obecność staje się tylko przyczyną jeszcze większej wojny".

Dla Matthew Hoha już dwanaście lat temu obecność sił NATO w Afganistanie nie miała żadnego sensu. Tak naprawdę służyła ona dwóm rzeczom. Bronieniu warstwy ludzi, która powstała pod "parasolem ochronnym" rozciągniętym nad miastami przez zachodnich żołnierzy, oraz umacnianiu dobrego samopoczucia mieszkańców krajów Zachodu. Dzięki temu mogli obejrzeć sobie w TV lub poczytać w prasie i internecie, jak w Kabulu kobiety znów nie muszą chodzić z zakrytymi twarzami. Cieszono się, że otrzymały szansę na karierę zawodową i edukację. Karmiono się opowieściami o szkołach dla dzieci i studiach dla młodzieży, o postępujących zmianach obyczajowych, a przede wszystkim o zapewnieniu Afgańczykom demokracji i uświadamianiu im praw człowieka. Małym efektem ubocznym tego eksperymentu społecznego była śmierć ponad 100 tys. cywili. Wedle danych ONZ tyle bowiem ich zginęło z powodu walk między rokiem 2009 a 2019.

Gdyby siły NATO wycofano dwanaście lat temu, bardzo wątpliwe aby choć zbliżoną liczbę ludności cywilnej wymordowali przez dekadę rządów Talibowie. Bez sensu przedłużono pobyt sił NATO w egzotycznym kraju o dekadę, a na koniec stworzona pod egidą Zachodu grupa "ucywilizowanych" Afgańczyków i tak właśnie przeżywa swój koszmar na lotnisku w Kabulu. Ich tragedia jeszcze przez pewien czas będzie przyczyną wyrzutów sumienia. Jednak, jak pokazują liczne przykłady z przeszłości, da się z nimi w zachodnim świecie całkiem wygodnie żyć.

Dlaczego Afgańczycy nie walczyli?

Podobnie da się uciekać od odpowiedzi na kluczowe pytanie. Nie brzmi ono: czemu Talibowie wygrali? Tu odpowiedź jest prosta. Każdy z nich gotów był walczyć i zginąć za to, w co wierzy. Ta determinacja czyni z nich budzących grozę żołnierzy, stworzonych do odnoszenia zwycięstw. Właściwe pytanie dotyczy tego, dlaczego Afgańczycy nie walczyli za to, co zaoferował im na tacy Zachód?

Być może najbliższa prawdy jest odpowiedź, iż po prostu utracił on to, co bywało atrakcyjne i inspirujące dla mieszkańców innych części świata w przeszłości. Jednocześnie nie chce tego ani zrozumieć, ani nawet zauważyć.

Cóż bowiem obecnie Europa, Ameryka Północna oraz kilka innych krajów, takich jak Australia, zamieszkanych przez niecały miliard ludzi, ma do zaproponowania pozostałym 7 miliardom mieszkańców globu? Poczucie wyższości i głębokie przekonanie, iż wszystko wie się najlepiej, tamtych raczej nie ujmie. Idee równouprawnienia płci, chronienia przed dyskryminacją wszelkich orientacji seksualnych, gdy na co dzień zarabia się pół dolara i luksusem jest dostęp do bieżącej wody, zupełnie nie porywają. Zwłaszcza gdy nawet oczywiste prawa człowieka okazują się niemal wszędzie poza granicami Zachodu nie prawem, lecz przywilejem dostępnym dla nielicznych. Zaś tak modne dywagacje o transpłciowości jako części składowej praw człowieka są dla mieszkańców Trzeciego Świata równie jasne, co rozważania o fizyce kwantowej.

Nawet demokracja i wolność słowa już nie urzekają, bo implementowane w biednych krajach błyskawicznie zamieniają się w kleptokrację. Kojarzą się więc z korupcją oraz tym, że rządzący kradną na potęgę, przy okazji korumpując media. Kończy się to najczęściej obaleniem demokratycznie wybranych przywódców przez wojsko lub lokalną partyzantkę. No, chyba że ów demokratyczny przywódca wcześniej sam wchodzi w rolę dyktatora.

Wartości, za które niegdyś ludzie gotowi byli ryzykować, a nawet oddawać życie, jak religia i ojczyzna, już od dawna dla Zachodu są passe. Co powoduje zupełną obcość i bezradność w zderzeniu ze szczerze wierzącymi (jak Talibowie) muzułmanami.

Jedynym więc, co atrakcyjnego ma do zaoferowania reszcie świata Zachód, jest jego bogactwo. Jednak będąc otoczonym przez oceany nędzy, może się nim dzielić w bardzo ograniczonym zakresie. Ci zaś, z którymi się podzieli, mają ochotę z profitów korzystać, a nie w ich obronie ginąć. Dlatego też dobrze się stało, że Amerykanie z sojusznikami opuścili Afganistan, zmuszając nasz, zachodni świat, by wreszcie zmierzył się z prawdą, a nie fantasmagoriami funkcjonującymi w jego bańce. Acz jeden kubeł zimnej wody na głowę może dla otrzeźwienia nie wystarczyć. Jednak ta rzecz akurat nie powinna martwić, bo wkrótce będą następne.