Reklama
Przemoc była „od zawsze”: wobec zwierząt, by pozyskać posiłek, albo wobec drugiego człowieka, by zdobyć lub ochronić dobra istotne dla przeżycia jednostki, rodziny, plemienia. Wraz z postępem cywilizacji przybierała coraz bardziej zorganizowane formy, aż stała się wojną – „polityką realizowaną innymi środkami”.

Tradycje cywilizacji

Niektóre cywilizacje – w tym nasza zachodnia – dość szybko podjęły próby określenia jej reguł, dopasowania do norm obowiązującej moralności. Tyle ambitne i intensywne, ile w ostatecznym rachunku bezowocne. Oczywiście i tak chodziło głównie o wojny między samymi chrześcijanami, bo te z poganami można było prowadzić dowolnie, byle skutecznie. Ale i w walce pomiędzy prawowiernymi ludami europejskimi bywało różnie.
Michael Howard, jeden z klasyków nauki o sztuce wojennej, w swej książce „War in European History” opisuje m.in. formułę "guerre mortelle” (wojna na śmierć i życie). Gdy takowa została ogłoszona zgodnie z pewnymi zwyczajowymi regułami, a np. oblegana twierdza nadal odmawiała poddania się w obliczu takiej proklamacji, można było po udanym szturmie nie tylko rabować, ile wlezie, lecz nawet dokonać rzezi jeńców, także kobiet i dzieci. Moralna odpowiedzialność spadała wówczas bynajmniej nie na napastników, lecz na dowódców obrony, którzy nie skorzystali w porę z szansy kapitulacji. Bardzo długo za „niehonorowe” uważano natomiast posługiwanie się bronią miotającą – i nie jest to bynajmniej jedyny paradoks, na jaki można się natknąć, studiując ten aspekt historii militarnej.
Reklama
Okrucieństwo dawnych konfrontacji zbrojnych na Starym Kontynencie wiązało się prawdopodobnie z jedną z fundamentalnych cech zachodniej sztuki wojennej (zainteresowanym można polecić świetną analizę tego zagadnienia w „The Cambridge History of Warfare” pod red. Geoffreya Parkera). Mianowicie z jej skoncentrowaniem na eliminacji siły żywej przeciwnika. To zresztą (obok dyscypliny, nacisku na innowacyjność techniczną, przewagi „jakości” nad „ilością”, ciągłości tradycji oraz wysokiej dynamiki wyzwań i reakcji na nie) spowodowało, że „zachodni” sposób wojowania okazał się historycznie najbardziej efektywny. Dziś mało kto zdaje sobie sprawę, że w strategiach ludów innych cywilizacji (a w konsekwencji także w ich sztuce operacyjnej i taktyce) często chodziło o coś zupełnie innego niż zabicie jak największej liczby przeciwników, choćby o pozyskanie niewolników.
W Europie żywy jeniec zazwyczaj był mało użyteczny (z wyjątkiem osób o wysokim statusie, za które można było uzyskać sowity okup). Przeciwnie: stanowił dodatkowe obciążenie dla walczącej armii. Wojowano bowiem raczej nie o tanią siłę roboczą, lecz o ziemie i powiązane z nimi zasoby materialne. Prowadzono przy tym wojny relatywnie drogie, bo permanentny technologiczny wyścig zbrojeń powodował wysokie koszty (bardziej niż w cywilizacjach wojujących „ekstensywnie”, gdzie kolejne pokolenia doraźnie mobilizowanych ochotników używały tych samych włóczni i miecza wiszących na ścianie rodzinnego domu). Ten „intensywny” paradygmat wojenny sprzyjał profesjonalizacji – a zawodowcy walczą przecież za pieniądze. Nie tylko za żołd wypłacany bezpośrednio ze skarbca władcy (lub innego „klienta”) – w Europie bardzo często raczej za zdobywane na wrogu łupy. A martwego rabuje się zazwyczaj łatwiej niż żywego…
Owszem, bywały sytuacje, w których starano się minimalizować przemoc wobec ludności cywilnej, a także zniszczenia użytecznej infrastruktury, ale to zazwyczaj wtedy, gdy pragmatyczna kalkulacja wskazywała, że owi cywile, mosty, manufaktury i urządzenia będą po zwycięstwie pracować na rzecz nowych panów. Gdy jednak takie prawdopodobieństwo było niewielkie, nie zawracano sobie głowy „strzyżeniem owiec” – zarzynano je z lubością. Czasami za przyzwoleniem władców i dowódców, czasami wbrew nim. Podczas wojny trzydziestoletniej, jednego z najbardziej krwawych i brutalnych konfliktów epoki, po zdobyciu przez katolicką armię Johanna von Tilly’ego protestanckiego Magdeburga jednej nocy zginęło ok. 25 tys. jego mieszkańców. Cesarski generał Gottfried Pappenheim zanotował: „Pewne jest, że od czasu zagłady Jerozolimy nie widziano tak strasznej kary bożej. Wszyscy nasi żołnierze stali się bogaci. Bóg jest z nami”.

Dylematy wojny

Wydawać się mogło, że od tamtych barbarzyńskich czasów uczyniono jakiś postęp. W 1874 r. w Brukseli, zresztą z inicjatywy cara Rosji Aleksandra II, 15 państw przyjęło deklarację, wedle której okupant jest jedynie „administratorem własności państwa okupowanego”, zdobytych miast nie można łupić, prywatnej własności konfiskować, rabunki podlegają karze, a obiekty i ludność cywilna są chronione. Zasady te potwierdzono i rozszerzono w konwencjach haskich z lat 1899 i 1907, genewskiej z 1949 r. i w wielu innych aktach prawa międzynarodowego. Owszem, w wojnach państw cywilizowanych zdarzały się nieraz przypadki łamania tych regulacji, ale skala zbrodni i okrucieństw była (pomijając regres podczas II wojny światowej) generalnie bez porównania mniejsza niż w przeszłości, zaś winnych starano się piętnować i ścigać. Z różną determinacją, zależną od wielu okoliczności. Przede wszystkim od tego, kto był winny – swoi czy przeciwnicy. Amerykanie potrafili jednak skazać na dożywocie oficera dowodzącego podczas masakry w My Lai (gdzie torturowano i zabito kilkuset wietnamskich cywilów) – inna rzecz, że wkrótce został on ułaskawiony przez prezydenta Geralda Forda – oraz odznaczyć medalami załogę śmigłowca, która miała odwagę zatrzymać tamtą rzeź wbrew dowódcom. Gdy po latach, podczas wojny w Afganistanie, sierżant Robert Bales zamordował z premedytacją 16 cywilów, też został skazany na dożywocie, ale o żadnym ułaskawieniu nie mógł już marzyć. Podobną drogą podążają inne państwa Zachodu. Nawet jeśli ich wymiar sprawiedliwości nie zawsze staje na wysokości zadania, nie radząc sobie ze źle pojętą solidarnością wojskowych czy różnymi naciskami, to przynajmniej starają się eliminować patologie.
Uczciwie trzeba jednak przyznać, że zwłaszcza w konfliktach asymetrycznych granica pomiędzy zbrodnią wojenną a działaniem uzasadnionym okolicznościami zaciera się naprawdę bardzo często. Dzieje się tak np. wtedy, gdy druga strona wykorzystuje do akcji ofensywnej cywilów, w tym kobiety i dzieci, albo traktuje ich jako żywe tarcze. Żołnierz ma wtedy wybór: strzelać i zabić, ryzykując proces karny, lub zginąć samemu. A na podjęcie właściwej decyzji jest zazwyczaj ułamek sekundy. W gruncie rzeczy ten sam dylemat dotyczy sytuacji, gdy oficer służb specjalnych ma do wyboru: zastosować „kwalifikowane metody przesłuchań”, czyli tortury, wobec jednostki i być może uzyskać informacje pozwalające na zapobieżenie zamachowi z setkami ofiar albo pogodzić się z tym, że legalne sposoby zawiodły. Dramatyzm takich decyzji w pełni rozumie pewnie tylko ten, kto sam musiał je podejmować. Także w Polsce są osoby, które zaznały konsekwencji tego rodzaju sytuacji: zarówno prawnych (sprawa Nangar Khel), jak i psychicznych. Depresję można w takich przypadkach uznać za dość łagodny wymiar kary.
Warto przy tym pamiętać, że wiele dzisiejszych konfliktów zbrojnych to przede wszystkim wojny informacyjne – a działania kinetyczne służą w nich jedynie makabrycznemu teatrowi na użytek opinii publicznej. To stąd bierze się choćby celowe wystawianie na strzał przeciwnika cywilów, w tym małoletnich: by potem w mediach społecznościowych cynicznie ogrywać temat brutalności wroga, a w efekcie mobilizować po swojej stronie znaczącą część widowni. Mieliśmy z tym do czynienia nie raz i nie dwa, np. na Bliskim Wschodzie.

Wyższy poziom manipulacji

Dzisiaj kremlowska propaganda – i ta oficjalna, i ta „szeptana”, roznoszona w mediach społecznościowych przez tysiące płatnych trolli i setki tysięcy „pożytecznych idiotów” – wykorzystuje wspomniane powyżej historie do uzasadnienia, albo przynajmniej relatywizowania, rosyjskich zbrodni wojennych w Ukrainie. „Nam się czasami coś przydarzy, ale przecież wam też – i to często”. W domyśle: taka karma, taka natura wojny. Niby prawda, lecz nie cała, a jak wiadomo, ta częściowa prawda bywa doskonałym kłamstwem.
Rzecz w tym, że Rosja prowadzi obecnie wojnę nie przeciwko jakimś nieformalnym grupom albo terrorystom, lecz przeciwko ukraińskiemu państwu – normalnemu, przestrzegającemu prawa podmiotowi z umundurowaną armią działającą wedle cywilizowanych reguł i wyraźnie od niej oddzielonymi instytucjami i osobami cywilnymi. I celowo, w sposób wyraźnie zorganizowany i konsekwentny, atakuje cele niemające bezpośredniego związku z działaniami militarnymi armii ukraińskiej. Równie celowo i konsekwentnie wojsko rosyjskie dokonuje eksterminacji ukraińskich cywilów na okupowanych przez siebie terenach. Tu nie ma mowy o pomyłce, o zbyt nerwowej reakcji żołnierza w sytuacji bojowego stresu – mamy już liczne nieźle udokumentowane przykłady zbrodni na cywilach, dokonywanych z zimną krwią i z dala od jakichkolwiek działań militarnych. Zabójstwa, tortury, brutalne gwałty, rabunki, porwania i deportacje. Tego nijak nie da się wytłumaczyć zagrożeniem, jakie nawet hipotetycznie mogłyby stwarzać ofiary dla rosyjskich wojskowych.
Oczywiście można te zachowania tłumaczyć inaczej. Na pewno niskim poziomem etycznym i cywilizacyjnym bezpośrednich sprawców. Brakiem etyki i profesjonalizmu ich przełożonych, bo najwyraźniej ani nie potrafią, ani nawet nie chcą zapobiec niedopuszczalnym zachowaniom podwładnych. Prawdopodobnie w grę wchodzi także sam sposób traktowania żołnierzy – zarówno zawodowych, jak i tych z poboru – w armii rosyjskiej. Zdaniem wielu psychologów brutalność wobec ludności cywilnej (i to nawet własnej!) jest częściowo sposobem odreagowania oczywistego stresu powodowanego przez ryzyko, ale także tego związanego ze złą organizacją i traktowaniem przez wyższych stopniem. A przecież gołym okiem widać bałagan logistyczny, skutkujący tym, że żołnierze są często głodni i zdezorientowani. Utrzymująca się nieodmiennie od czasów carskich „diedowszczyna”, czyli znacznie bardziej brutalny odpowiednik polskiej „fali”, jeszcze niedawno powodowała grubo ponad 1 tys. zgonów rocznie wskutek zabójstw, wypadków i samobójstw (statystyki nie są już publikowane). To mogłoby wiele tłumaczyć, ale jeszcze nie wszystko.
Po stronie rosyjskiej mamy bowiem do czynienia nie tylko z przyzwoleniem dowództwa armii i najwyższych władz państwowych na patologiczne zachowania, lecz ewidentnie z czymś znacznie gorszym – z uznaniem zbrodni za użyteczne narzędzie do osiągnięcia celów militarnych i politycznych. Zaszła tu zmiana na gorsze. I w czasach radzieckich w Afganistanie, i znacznie później na Kaukazie też zdarzały się rosyjskim wojskowym krwawe ekscesy, na które patrzono przez palce, lecz były granice bezkarności. Gdy w 2000 r. dowodzący w Czeczenii pułkiem pancernym płk Jurij Budanow najpierw kazał swym podwładnym uprowadzić i zabić grupę miejscowych, a potem osobiście porwał z rodzinnego domu, zgwałcił i w końcu zamordował 18-letnią Elzę Kungajewą, nacisk mediów i środowisk obywatelskich spowodował, że stanął przed sądem, został zdegradowany i skazany na 10 lat łagru pomimo prób zatuszowania sprawy przez wojsko. W roku 2009 zwolniono go warunkowo. Gdyby żył i zachowywał się dziś pod Kijowem podobnie jak pod Groznym, pewnie dostałby medal i awans.
W tym szaleństwie jest niestety metoda. Władimir Putin i jego ludzie sami jej nie wymyślili. Wiernie odwzorowują to, co było codziennością wielu wojen przed wiekami, co Europa i świat przeżyły ponownie przez Hitlera, a współcześnie stosują już tylko wyjęci spod prawa watażkowie w przeróżnych upadłych państwach. Chodzi o systemowy terror mający nie tylko złamać wolę oporu, lecz także prawdopodobnie eksterminować – względnie zmusić do migracji – całą grupę etniczną.
Kremlowska propaganda – i ta oficjalna, i ta roznoszona w mediach społecznościowych przez tysiące płatnych trolli i setki tysięcy „pożytecznych idiotów” – wykorzystuje historię do uzasadnienia, albo przynajmniej relatywizowania, rosyjskich zbrodni wojennych w Ukrainie. „Nam się czasami coś przydarzy, ale przecież wam też”
Temu służyły zawczasu przygotowane listy proskrypcyjne obejmujące czołowych przedstawicieli inteligencji oraz działaczy społecznych i politycznych. Temu służy wsparcie dla rabunków, gwałtów i zabójstw. A są jeszcze przymusowe przesiedlenia z terenów okupowanych w głąb Rosji z prawdopodobną intencją wynarodowienia części populacji oraz stworzenia jej kosztem „przestrzeni życiowej” dla swoich i sygnały o mobilizowaniu wypuszczanych z więzień kryminalistów do „zadań specjalnych” w Ukrainie (budzące naturalne skojarzenia z formacjami SS kierowanymi przez Oskara Dirlewangera, ale też z realiami wojennymi wielu krajów Afryki czy Azji).

Ekonomika zbrodni

Kolejny z klasyków nauki o sztuce wojennej, Herfried Münkler, zauważył i wykazał w „Die neuen Kriege”, że strategia oparta na terrorze wobec ludności cywilnej jest zazwyczaj dużo tańsza w realizacji niż symetryczne atakowanie profesjonalnych sił zbrojnych przeciwnika. I to jest zapewne prawdziwy „plan B” Putina i jego kleptokratycznej kliki. Jeśli nie zdołają ostatecznie złamać oporu (jak wiele wskazuje, wspieranej wywiadowczo, szkoleniowo i sprzętowo przez NATO ukraińskiej armii), pozostaje im prowadzić przeciw Zachodowi i Ukrainie ograniczoną wojnę asymetryczną.
W takim scenariuszu zamiast na drogie rakiety i samoloty najnowszych generacji, a nawet na wystawienie pod lufy przeciwnika kolejnych oddziałów pancernych i zmechanizowanych, resztki pieniędzy lepiej przeznaczyć na dywersję informacyjną w Stanach Zjednoczonych i Unii Europejskiej. A destabilizację i chaos w Ukrainie uzyskiwać w coraz większym stopniu siłami lekko uzbrojonych jednostek, częściowo „sojuszniczych” (patrz: kadyrowcy), unikających konfrontacji z regularną armią, za to niezwykle skutecznych przeciw bezbronnym cywilom, kobietom i dzieciom. A przy tym niewymagających wysokiego żołdu ani porządnego zaopatrzenia, bo przecież na polu walki mogą na własną rękę zjeść i wypić ukradzione niczym żołdacy Wallensteina w XVII w. I podobnie jak oni dać upust chuciom i sadystycznym skłonnościom w jakimś miasteczku „innowierców”, a jeszcze zdobyć złote pierścienie, porządne ubrania i trochę sprzętu domowego dla swych żon i kochanek. Terror z dala od strefy walk lądowych zapewnią zaś stare rakiety niekierowane – też względnie tanio. Albo, bodaj jeszcze taniej, improwizowane ładunki wybuchowe podkładane w świątyniach, szkołach, centrach handlowych i na bazarach.
Te „nowe wojny” w ujęciu Münklera mają to do siebie, że bardzo trudno jest je wygrać (stronie „regularnej”), a niemal nie da się ich przegrać (przez stronę „nieregularną”). Sporo na ten temat mogą powiedzieć Amerykanie po Iraku i Afganistanie albo Francuzi po Algierii czy Mali. Rosjanie zresztą też, po tych konfliktach, w których występowali w roli strony „regularnej”. Ale tym razem mogą spróbować odwrócić sytuację i – ograniczając do minimum swe początkowe cele w Ukrainie – postawić na sianie zamętu i strachu rękami tak swoich własnych żołnierzy, jak i przeróżnych wagnerowców czy „separatystów”. Wszystkie cierpienia niewinnych cywilów mogą się okazać zaledwie preludium do długotrwałego i wyniszczającego procederu. Wojna przecież może trwać nawet wtedy, gdy Moskwa podpisze jakieś zawieszenie broni, by nieco zregenerować siły. W takiej sytuacji, przy odrobinie tupetu i szczęścia, wystarczy tylko „przemundurowanie” zaangażowanych sił.
To straszny scenariusz. Oznacza jeszcze więcej ruin, zbrodni, niewinnej krwi. Dla Polski oznaczałoby to horror tuż za naszą granicą. Coś, co do tej pory oglądaliśmy tylko w filmach klasy B albo w traktowanych przez widzów podobnie relacjach z dalekich, egzotycznych krajów. Tak dalekich i egzotycznych, że nawet ci nieliczni Polacy, którzy widzieli okropności tych wojen z bliska, wracając do domu, miewali czasami poczucie, że po prostu schodzą z planu filmowego. Że te uparcie tkwiące im pod powiekami obrazy to musi być jakaś upiorna mistyfikacja: to brunatne na piasku to był przecież keczup, a mała dziewczynka bez ręki to manekin. Bo realny świat jest tutaj. Spokojny, syty, bezpieczny.
Żegnajcie, złudzenia.
Autor jest wykładowcą Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, ekspertem Fundacji Po.Int oraz Nowej Konfederacji