Jest w tym odrobina prawdy. Jest grupa polityków korzystających z dobrego doradztwa medialnego, którzy wiedzą, że mogą wrzucić pewne tematy w praktyce bezkarnie.
Gdy znany poseł porusza temat domniemanego homoseksualizmu lidera ważnej partii, o czym warszawka rozmawia do lat, ma stuprocentową gwarancję, że wywoła dyskusję. Jedni się oburzą, drudzy
pochwalą, ale tego nie sposób zignorować. Takich sztuczek amerykańscy spece od public relations uczyli polskich polityków już przed wielu laty. Palikot z tego korzysta.
Nie. Media powinny albo zająć się tym tematem poważnie, jeśli uważają, że homoseksualizm polityków to problem (w końcu to sam Kaczyński podjął kiedyś tę tematykę, mówiąc w Brukseli,
że w polskim rządzie, i to prawicowym, są przedstawiciele tej orientacji), albo jeśli problem jest niepoważny, powinny go zignorować. Palikot akurat o tej sprawie napisał na blogu. Ile ludzi
czyta jego blog? Pewnie z 60 tysięcy.
Jeśli polityk prawicowej partii, oskarżany w Europie o homofobię, byłby homoseksualistą, to byłaby ważna informacja, bo mogłaby go w przyszłości zniszczyć. Ale żeby było jasne: ja
sądzę, że Kaczyńskiego to nie dotyczy. Plotki o tym krążą od lat. Gdyby był ktoś, kto miałby coś na ten temat do powiedzenia, zgłosiłby się już dawno do mediów. Kaczyński miał
zawsze wielu wrogów. Do nas do TVN przychodzili przed 2005 r. ludzie i próbowali nas zainteresować tym tematem. Ale sprawdzaliśmy tropy i wszystkie były fałszywe.
Nieżyczliwi Kaczyńskiemu. Miał wielu wrogów, a spodziewano się, że będzie współrządził w koalicji PO - PiS. Zresztą i ostatnio ważny minister z Platformy przekonywał nas, że Kaczyński
jest bohaterem smacznych plotek z czasów, gdy był premierem.
Dlatego wpisu Palikota na blogu nie należało ruszać. Dziennikarze doskonale to wiedzą, bo dawno te tropy sprawdzali. Co innego zachowanie Palikota wobec byłej minister Gęsickiej. To po prostu
przykład brzydkiego zachowania wobec kobiety. Ale blogiem Palikota media elektroniczne czy gazety powinny się zajmować jak najmniej.
Zgadzam się, może za często, choć dziennikarzy piszących też to dotyczy, bo robią z nim wywiady równie chętnie. Ale czy powinno się go bojkotować? Mam wątpliwości. Dziennikarz działa w
określonej przestrzeni.
On jest wygodny dla prowadzących różne audycje, bo jest wyrazisty, nie dzieli włosa na czworo. Tacy politycy są w cenie. Ale może rzeczywiście powinniśmy się samoograniczyć.
Nie wiem, nie zastanawialiśmy się. On zresztą trochę straci na atrakcyjności, bo przestanie być szefem ważnej komisji.
Do "Teraz my!" zapraszaliśmy go z konkretnych powodów, np. wypowiadał się na temat komisji do spraw majątku kościelnego. Tylko raz zaprosiliśmy go przy okazji awantury.
Mówił o zdrowiu prezydenta i pokazywał własne badania. To był oczywiście happening, ale i głos w ciekawej dyskusji...
No tak, ale temat pijaństwa prezydenta pojawił się już w związku z zachowaniami Kwaśniewskiego. A o Lechu Kaczyńskim pojawiały się różne opowieści. Opowiadali politycy, opowiadali
dziennikarze chodzący z nim na wywiady. O tym się mówi - ale po cichu.
Widzę tę różnicę. Mówię tylko, że pojawiał się temat. Jeśli po spotkaniu prezydenta z premierem pojawia się informacja: poszły cztery butelki. Poszły na dwóch.
Trochę tak. PiS ma przecież Jacka Kurskiego
O prezydencie słyszałem takich historii jednak więcej niż o Tusku. Może to po prostu zdradliwe, że mieszka za blisko własnego miejsca pracy. Tak było kiedyś z Kwaśniewskim. Ale zgoda: to
jest trochę widowisko.
Program "Teraz my!" wybił się na czymś innym: na własnych newsach, pomysłach, czasem dziennikarskich prowokacjach. To my sami dzwoniliśmy do działaczy PSL z ofertą
załatwienia im pracy z partyjnego rozdzielnika. Po awanturę między politykami sięgamy w ostateczności, jak nic własnego nie mamy.
TVN 24 ma mnóstwo różnych programów. W jednych występują dziennikarze - "Loża prasowa", "Skaner polityczny" - w innych eksperci, tylko w niektórych
politycy. Ale krzykaczy się najbardziej zauważa.
Widziałeś obrady parlamentu brytyjskiego? To jest dopiero cyrk. Przemawia premier, a opozycja wyje, dogaduje. Szef rządu, żeby dać sobie radę, musi być showmanem.
Zgadzam się, to jest mankament wielu polskich programów.
Misji moglibyśmy się w pełni poświęcić, gdybyśmy dostawali na nią dofinansowanie od państwa. Staramy się być atrakcyjni. Stacja nawet nie żąda, żebyśmy zarabiali. Wystarczy, że
wychodzimy na zero.
"Prześwietlenie" było programem w TVN 24, więc rządziło się trochę innymi prawami. Ale myślimy o powrocie do tej formuły, o zmianie dekoracji, o tym, żeby było mniej
napuszczania na siebie gości.
Chcieliśmy zaprosić Komorowskiego, żeby spytać go o konkretną sprawę. O to, że PO obiecała: mniej radarów, więcej autostrad, a jednak kontrola na drogach jest zupełnie taka sama jak za
rządów PiS. Oglądaliśmy reporterski materiał o radarach i czuliśmy, że czegoś w nim brakuje. Padł więc pomysł: a może by tak pojechać za marszałkiem, skoro ma być naszym gościem. To
był trochę przypadek, że złapaliśmy go na zbyt szybkiej jeździe.
Ale to była tylko cząstka tego programu. Mnie wciąż śmieszy, że politycy robią co innego, niż mówią. I uważam, że to ich zakłamanie można pokazywać ludziom atrakcyjnie.
Trochę chcieliśmy się pośmiać sami z siebie. Choć pewnie i bez tego programu bym spróbował - raz w życiu, jak działa taki środek. A program o poważnym społecznym problemie można zrobić
ciekawie albo nudno. Okazało się zresztą, że trafiliśmy na najłagodniejszy typ dopalacza. Potem dopiero obejrzeliśmy filmy ze skutkami tych mocniejszych i skóra nam ścierpła.
Po wyborach długo się zastanawialiśmy, czy go zaprosić. Wcześniej zrobiły to inne stacje, programy uznawane za opiniotwórcze. Poczuliśmy się rozgrzeszeni. Nie wprowadzamy go do polityki.
Lepper miał jednak prawo wytłumaczyć się ze swoich procesów. Skoro go kiedyś atakowaliśmy, mieliśmy obowiązek pilotować ten temat. Zwłaszcza dziś, kiedy jest bezbronny.
Lepper miał w naszym programie tłumaczyć się z zarzutu sformułowanego na łamach "Newsweeka" o kontakty z prostytutkami. Przyszedł pod warunkiem wygłoszenia swoich rzekomych
rewelacji. My nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co każdy nasz gość będzie chciał mówić. Jacek Kurski wywalił u nas, jak się potem okazało fałszywe, oskarżenia przeciw PZU. Nie
mieliśmy pojęcia, że to powie.
Chcą równocześnie, żebyśmy mieli program opiniotwórczy i superoglądalny. Czasem mam poczucie rozdwojenia jaźni. Ostatecznie to my jednak decydujemy, trochę na oślep, w jakimś iść
kierunku. I pamiętamy, że na końcu może być zdjęcie programu.
Ja jestem od samego początku dzieckiem mediów komercyjnych. W telewizji publicznej pracowałem przez miesiąc. I od razu PSL-owski szef zaczął od nas żądać rezygnacji z informacji
niekorzystnych dla ludowców. Więc wolę już komercję.
Nie chciałbym generalnie przekraczać granicy ludzkiej prywatności. To, że polityk ma kochankę, interesuje mnie tylko wtedy, gdy daje jej publiczne pieniądze.
Wydawało nam się, że mówimy jasno: chodzi nam nie o przygodę ministra, a o to, że za granicą okłamał policję i sąd. Że dopuścił się krzywoprzysięstwa. To on cały czas skręcał w
kierunku obrony swojej rzekomo zagrożonej prywatności. To on nas namówił, byśmy zadzwonili do jego żony. Ale ludzie mogli to odebrać jako uderzenie w prywatność. I być może widzowie nie
są jeszcze gotowi na zajmowanie się grzechami Platformy. Pokochali ją, głosowali na nią. To samo było z SLD przed wybuchem afery Rywina. Można było przedstawiać najcięższe oskarżenia. Nie
skutkowało.
Doświadczenie mi mówi, że się skończy. Chociaż nauczona błędami poprzedników PO może się przed tym skutecznie bronić. To kryzys może jej przynieść kłopoty. Mówię to jako człowiek,
który obawia się następnego dnia.
Tak, i gdy przychodzi dzień spłacania kolejnej raty, nie śpię ze strachu. Takich jak ja, z frankowymi kredytami, nie jest dużo. Ale PO może się wyłożyć na czymś innym, co wiąże się z
kryzysem.
Nie chcę tego komentować.
Jestem o tym przekonany. "Gazeta Wyborcza" dowodziła, że w Ameryce policja porywa ludzi na ulicach. A bronili nas Rafał Ziemkiewicz i Adam Bielan. Po sprawie Drzewieckiego
pomyślałem sobie, że gdyby historia taśm powtórzyła się raz jeszcze w innej obsadzie, gdyby pokój Renaty Beger należał do kogoś z PSL, a gościem był człowiek z ekipy Donalda Tuska,
nagle okazałoby się, że zrobiliśmy rzecz złą, a nie dobrą. Ale może przemawia przeze mnie gorycz.
Zacznę od złośliwości na ich temat. W Japonii ludzie niechętnie biorą urlopy, bo boją się, że jak wrócą, okażą się niepotrzebni. Mam trochę podobne poczucie. Politycy PiS wrócą do
programów, a mnie ich specjalnie nie brakuje. Choć oczywiście zaczniemy ich zapraszać. Już wysłaliśmy SMS-a do Adama Bielana, czy przyszedłby do nas Jarosław Kaczyński. Choć zwykle nie
chciał przychodzić.
O tyle nie, że dziesiątki posłów PiS wyśmiewały na stronie idiotyzm tej decyzji. Decyzji jednego człowieka - Jarosława Kaczyńskiego.
Ja staram się traktować wszystkich jednakowo. Miałem nawet po taśmach Beger poczucie, że chciałbym dokopać się podobnej historii w partii Tuska. Bo że takie historie zdarzają się różnym
partiom, o tym jestem przekonany.
Z pewnością nie - Tusk jest wciąż teflonowy. Choć debaty o urlopie premiera jednak w mediach słyszałem.
To prawda. Jak usłyszałem krytyki wielu kolegów pod naszym adresem, zacząłem się zastanawiać: może PiS ma odrobinę racji?
Mam poczucie, że w Polsce trudniej o taką pozycją. Stąd pomysł nowej formuły, ucieczki do przodu. Ale jak mi się nie uda, wrócę sobie spokojnie do TVN 24. Bo mimo wszelkich twoich zarzutów
uważam ten projekt za wspaniały, ambitny.
W życiu też się mniej kłócimy niż kiedyś. Staliśmy się jak stare małżeństwo. Ale w nowej formule kłótnie być może wrócą.
*Andrzej Morozowski, od 1990 r. dziennikarz radiowy i telewizyjny. Obecnie współprowadzi program "Teraz my!" w telewizji TVN.