Nie dlatego, że życiorys zaszczuwanego przez antykomunistów geniusza zdezaktualizował się po upadku Kaczorów. Nie idzie o maccartyzm, idzie o merytoryzm.

Reklama

Może prędzej by szło z biografią jakiegoś wcześniejszego geniusza fizyki. Nauka z czasów Newtona czy nawet Edisona zdaje się trochę łatwiejsza do ogarnięcia. Przynajmniej w elementariach. Z drugiej strony: fizyki - dajmy na to - molekularnej, nie trzeba - zwłaszcza jak się w niej nie pracuje - rozumieć. Wystarczy podziwiać jej poetyckie piękno.

Czy dawniejsze nauki były łatwiejsze, czy na odwrót - książek o odkrywcy grawitacji czy wynalazcy żarówki szukać darmo. W księgarniach przeważają biografie dowódców i artystów. Spośród pierwszych - głównie wodzowie starożytni oraz hitlerowscy, spośród drugich - pisarze. Na rynku dominują żywoty literatów. Nie tylko na rynku.

2.

Adam Zagajewski w ciekawym eseju "Anglosaskie biografie” (pomieszczonym w wydanej w zeszłym roku przez "Zeszyty literackie” książce "Poeta rozmawia z filozofem”) ma na myśli wyłącznie biografie poetów i prozaików. Kluczowe pytanie, które stawia, ma jednak wymiar ponadliteracki. Jest to pytanie o dobre życie.

"Jak to jest, że w wielu wypadkach owi wielcy artyści, których nieskończenie podziwiamy za ich twórczość, których dzieła do dziś są dla nas źródłem wzruszenia i zachwytu, żyli w sposób, jak nam się wydaje, wysoce niedoskonały. Inaczej mówiąc - chciałbym przecież uniknąć oskarżenia, że czytam owe biografie jak filister, jak nauczyciel czy proboszcz, że nie rozumiem szaleństwa sztuki - dlaczego ci mistrzowie na ogół nie umieli sobie poradzić z własnym życiem, dlaczego przegrywali walkę o kształt własnego życia, chociaż wygrywali walkę o ekspresję".

Z uczonymi jest tak samo - przynajmniej na oko. Nie wiem, czy ktoś to badał, czy są jakieś wyliczenia. Ale prawie na pewno szczęśliwych wielkich uczonych było tylu, ilu szczęśliwych wielkich pisarzy - bardzo, bardzo mało. Szczerze myśląc: nie było ich wcale. Nie mogło i nie może ich być.

Zakładając, że wybitny pisarz czy wybitny uczony to jest ktoś, kto rozumie więcej (a niepodobna tak nie zakładać zwłaszcza w przypadku uczonych; poeci niczego nierozumiejący, a nawet zupełni kretyni jednak się zdarzają; ich siła polega na sprawności protokołowania zdarzeń zachodzących w mózgu), przyjmując tedy takie założenie, spokojnie możemy szczęście jako jego konsekwencję wykluczyć. "Gromadzenie wiedzy jest gromadzeniem goryczy" - jak powiedział Marian Stala na obronie swego doktoratu.

Jest przeto jedynie kwestia maskowania goryczy, kamuflowania rozpaczy. Być może wszystko sprowadza się do dobrych manier. Być może dobrym manierom są w stanie sprostać wyłącznie twórcy o żelaznych charakterach. Żadnego "pogodzenia ze światem", jedynie pełna harmonii forma pogodzenie to sugerująca.

Pytanie Zagajewskiego należy do kategorii pytań fundamentalnych, nie ma na nie dobrych odpowiedzi. Odnotowuje to sam autor. Odpowiadać można, ale każda odpowiedź będzie subiektywną uzurpacją. Może nawet bezkarną, nonszalancką spekulacją.

Czy na przykład owi najwięksi geniusze mieli jakiś wybór? Czy wahali się pomiędzy harmonią życia, a harmonią arcydzieła? Raczej nie. Czy w tym, że "wiedzieli więcej" była ostra świadomość nietrwałości życia i nieśmiertelności dzieła? To już prędzej, ale też nie bardzo - niektórzy umierali tak młodo, że z pewnością prawdziwego strachu przed końcem zaznać nie zdążyli. Młody poeta pewnych rzeczy nie zrozumie, że z lekka tylko sparafrazuję Miłosza. A może właśnie zrozumie? Może właśnie intensywność młodości daje i w tej materii wyjątkową przenikliwość? Popartą niezwykłym talentem? Całe rozumowanie jest banalnie odwracalne. Jak się okazuje.

3.

Nawet teza, że genialny naukowiec wie więcej od również „wiedzącego więcej” pisarza jest do podważenia z dziecinną łatwością. Oto młody (młody, bo jak mówię, jestem na początku książki) naukowiec Robert Oppenheimer wykłada w Berkeley mechanikę kwantową. Ma wielki zapał.

"Robert ruszył z kopyta i próbował wyjaśnić studentom zasadę nieoznaczoności Heisenberga, równanie Schroedingera, syntezę Diraca, teorię pola oraz ostatnie koncepcje Pauliego dotyczące elektrodynamiki kwantowej. (…) Rozpoczął od dualizmu korpuskularno-falowego – pojęcia oznaczającego, że kwanty mogą zachowywać się albo jak cząstki, albo jak fale w zależności od warunków eksperymentu. Przedstawiłem ten paradoks w sposób tak jasny i oczywisty, jak to tylko było możliwe – wspominał później".

Niestety, studentów poczucie jasności i oczywistości z wykładowcą nie łączyło. Wręcz przeciwnie. Stojący przy tablicy Oppenheimer sprawiał wrażenie mruczącego tajne zaklęcia szamana (recytującego ciemne strofy młodego poety?). "Jego wykłady wyglądały – piszą biografowie – raczej jak msza, a nie jak zajęcia z fizyki. Zwykle mamrotał cichym, ledwie słyszalnym głosem, który cichł jeszcze bardziej, gdy chciał coś podkreślić. (Jak najsłuszniej – rzeczy naprawdę ważne mówi się cicho – jp). Na początku mocno się jąkał.

Reklama

Choć nie korzystał z notatek, zawsze przyprawiał swe wykłady cytatami ze sławnych uczonych, a niekiedy poetów. (…) Bawił się językiem wynajdując skomplikowane gry słów. (…) Niekiedy zatrzymywał się jakby między akapitami i wydawał z siebie dziwaczne śpiewne mamrotanie >nim, nim, nim<.

Monotonny rytm jego słów przerywały tylko zaciągnięcia się papierosem. Często odwracał się do tablicy, by zapisać równanie. Zawsze czekaliśmy - wspominał jeden ze studentów - czy nie zacznie pisać na tablicy papierosem i zaciągać się kredą. (…) Spytany pewnego razu o jakieś równanie napisane na tablicy, wskazał inne mówiąc: Nie, nie to, to pod spodem. Gdy zdumieni studenci stwierdzili, że u dołu nie ma żadnego równania, powiedział: Nie poniżej niego, tylko pod nim. Zapisałem już na nim następne”.

Wiedział i widział więcej? Bez wątpienia nosił w głowie nie jedno, a całe konstelacje równań dawno zmazanych z tablicy. Reszta była powierzchownym ekscentryzmem dzikiego geniusza? Powiedzmy. Zobaczymy, co będzie dalej. Mniej więcej wiadomo, jaka była jego historia, ale szczegóły mogą być frapujące. Bardzo długo wyglądało, że wygrywa walkę zarówno o dzieło, jak i o życie. Klęska była nieoznaczona jak ruch cząstek. Z innych źródeł i rejestrów przyszła. Cdn.? Prawie na pewno. Chyba że coś się wydarzy. Ale przecież nic się nie dzieje.