Ani województwo, ani powiat, ani Pcim, ani Pacanów - dno. Spód, piwnica, przyziemie, podziemie, suterena. Zadupie. Jesteśmy zadupiem Unii Europejskiej. Byliśmy nim, jesteśmy nim i będziemy nim. Będziemy nim długo. Bardzo długo. Przyjmijmy to, zrozummy, zaakceptujmy, weźmy na klatę - będzie nam łatwiej. A jak nie nam, to przyszłym pokoleniom - dla nich pracujemy. Jakby powiedział wielki poeta: nasz czas minął - już jesteśmy. Jesteśmy i będziemy Dzikimi Polami Unii Europejskiej, jej Siczą, jej Zaporożem, jej Syberią i jej Alaską. Jesteśmy i będziemy, choćby nie wiadomo co.

Reklama

Choćby Platforma przez najbliższe dziesięciolecia rządziła, choćby Rydzyk przeszedł na kalwinizm, choćby Tusk został Dożywotnim Naczelnikiem Państwa, choćby wszyscy piłkarze brazylijscy zostali Polakami. Choćby Leo Beenhakker został prezydentem, a Michnik prymasem. Choćby Kuroń zmartwychwstał w sensie ścisłym. Choćby Mazowiecki został szefem telewizji publicznej, a Bill Gates - po przyznaniu mu obywatelstwa - kierownikiem państwowego internetu. Choćby Giertych nie tylko celem zmartwychwstania politycznego, ale z głębokiego przekonania zaczął bywać na paradach równości, choćby Kazia Szczuka została dyrektorem Radia Maryja, choćby Jarosław Kaczyński wyemigrował dla zarobku, choćby Lech Kaczyński się rozwiódł dla Eriki Steinbach - nic nie pomoże. Mamy przechlapane.

Nie jest to kwestia raz (żeby to raz!) zszarganej reputacji, którą trzeba długo odbudowywać. To jest znacznie głębiej. Polska jest jak alkoholik, który choćby do końca życia nie wypił ani kropli i tak będzie alkoholikiem. Po co ma nie pić? - powstaje pytanie. Aby żyć? Nie jest to poważny argument. Zwłaszcza dla zawsze gotowych do złożenia najwyższej ofiary na ołtarzu ojczyzny Polaków. Bądźmy delirykiem Europy, bądźmy jej kloszardem, jej żulem, jej skinem, jej ćpunem, jej kibolem, jej marginesem społecznym.

Nie wymaga to ani wysiłku, ani wyrzeczeń - już mamy kloszardzi wizerunek. Już jesteśmy kloszardem Europy - idzie o to, byśmy byli nim w sposób świadomy. Uchodzimy za kloszarda Europy - przestańmy tę rzekomo krzywdzącą opinię prostować - tym bardziej, że nie wyprostujemy jej przez dziesięciolecia. Przyprawiono nam gębę, która ma antysemicki podbródek, wrogie Niemcom brwi i oczy wezbrane homofobią? Przed gębą nie ma ucieczki - uczyńmy z takiej gęby nasze prawdziwe oblicze. Niech prezydent ogłosi w orędziu, że zjawisko homoseksualizmu w zasadzie nie występuje na ziemiach polskich, bo ostatni, jacy u nas byli geje, wymarli jeszcze za Kwaśniewskiego. Niech minister obrony każe wznosić szańce i warownie wzdłuż Odry i Nysy. Niech wszelkiej maści prelegenci głoszą jakie chcą prelekcje. Niech jątrzące książki zostaną spalone.

Trwają wyniszczające debaty, czy tego a tego sportowca naturalizować? Utnijmy je definitywnie: doprowadźmy do sytuacji, w której nikt nigdy o polskie obywatelstwo nie będzie się ubiegał. Nigdy i za żadne skarby.

Nie ubiegajmy się o pełnoprawność, bo nigdy nie będziemy pełnoprawni. Nie udawajmy światłych, bo z ciemności nie wyskoczymy. Nie uskarżajmy się, że nasza mocna pozycja została przez nas samych osłabiona - taki jest i taki będzie nasz rytuał: wzmocniwszy - osłabiać będziemy. W nieskończoność.

Choćbyśmy nie wiem jak jaśni byli - zawsze się wśród nas znajdzie ktoś, kto pociemni. Choćbyśmy nie wiem jak silną pozycję w Europie mieli - zawsze ktoś z naszych ją osłabi. Choćbyśmy nie wiem jak pięknie pachnieli - zawsze między nami stanie ktoś, kto szkaradnie pierdnie.

Choćbyśmy nie wiem jak korzystne warunki wynegocjowali, zawsze się okaże, że - w obliczu rozgrywki wewnętrznej - nasze negocjacje funta kłaków warte. Choćbyśmy nie wiadomo jak sprzyjające traktaty podpisali, nie na długo to będzie - sami ci, co podpisali, po tygodniu - dwóch podpisów swoich wyrzekać się poczną. Choćbyśmy nie wiadomo jaki cud ratyfikowali - sami rychło ogłosimy: ratyfikacja się nie liczy. Choćbyśmy nie wiadomo do jak otwartej strefy weszli, zawsze się znajdą tacy, co twierdzić będą: jesteśmy w strefie bez wyjścia. Choćbyśmy nie wiadomo jakimi panami byli, zawsze część z nas twierdzić będzie, że niewolnikami jesteśmy, choć z drugiej strony Polska na zagrodzie równa Ameryce, a od Europy nieskończenie wyżej. Bądźmy zagrodą Europy, jej pastwiskami, jej kresami, jej nieużytkami, jej ziemią jałową. Z lodowatym spokojem i głową na karku bądźmy Europą B. Dotacje na rolnictwo przeznaczmy na produkcję wozów drabiniastych, a resztę na tkanie barchanowych gaci. Zero szyderstwa, zero sarkazmu - czysty rozsądek.

Światłość zwycięży? Ciemność - nawet pokonana - pozostanie. Czerń będzie znacząco promieniować - tym bardziej znacząco że nie jest żadnym egzotycznym marginesem. Jest wśród nas tak licznie i tak obficie, że nie ma co marzyć: kiedyś zniknie, zesłana zostanie na banicję, sama siebie zgubi. Mowy nie ma. Nikt nikogo na banicję skazywał nie będzie, nikt nie chce samobójstwa żadnej partii, ani rozwiązania żadnej rozgłośni - ci, co takich rzeczy pragną, najcięższymi są frajerami, ale i ich karać nie trzeba. Tak nie stanie się nigdy - i to jest dobre. To jest nasze. To jest część nas. Nie idzie broń Boże o to, by tej części oddać władzę, idzie o to, by jej ciemną moc wykorzystać.

Weźmy ją w karby, stopmy się z nią, wdziejmy jej szaty, udawajmy słabszych - będziemy silniejsi. Udawajmy, że śmierdzimy bardziej. Jest to, ma się rozumieć, żądanie heroiczne. Nie podołają mu zaściankowi krzykacze, ksenofobiczne łby i parlamentarne warcholstwo. Wziąć tę powinność na siebie muszą najtęższe umysły, najwybitniejsze autorytety, najznamienitsze filary salonu.

Skoro jesteśmy dnem - wzmacniajmy dno, budujmy dno. Dno masywne, niezachwiane i - koniecznie - z betonową wylewką. Nawet nie idzie o to, że od porządnego dna ktoś się kiedyś porządnie odbije. Być może, ale niekoniecznie. Niezbicie natomiast porządne, masywne, twarde, betonowe dno prędzej czy później stanie się fundamentem. Wtedy w prasłowiańskich gaciach wychodzić będziemy rankiem przed szałasy, a z podnoszących się mgieł wyłaniać się będzie z wolna - leżąca u naszych stóp - Europa.