Ilekroć słyszę, że wydarzenia zachodzące w "Tygodniku Powszechnym" mają "wymowę symboliczną" - ogarniają mnie złe przeczucia. Spędziłem w tej gazecie 10 lat; była to dekada pełna wszelakiej symboliki. Wszystkie poprzednie dekady również były niezmiernie symboliczne. Na ogół pomiędzy symbolem a redakcyjną rzeczywistością, którą on symbolizował, czeluść była nieprzebyta, łączność zerowa - nikomu to nie przeszkadzało, wyznawcom myślenia symbolicznego najmniej - skądinąd nie dziwota.

Reklama

Obecnie jest tak samo, a nawet jeszcze bardziej. "Tygodnik" - jak się okazuje - dalej jest symboliczny, wydarzenia zachodzące w "Tygodniku" są wręcz symbolem nowych czasów. "Symbolem nowych czasów" - powiada w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" (nr 22) filozof Dariusz Gawin - są wydarzenia w "Tygodniku Powszechnym". Pismo kupiła ITI, właściciel TVN, a do redakcji weszła nowa, młoda ekipa, która doprowadziła do odejścia pokolenia Krzysztofa Kozłowskiego. I to się dzieje w obozie zwycięzców! W każdym normalnym kraju doniesienia o tym konflikcie nie schodziłyby z pierwszych stron opiniotwórczych gazet. (…) W bezliczebnikowej RP głównym rozgrywającym stał się ITI - szerzej: media elektroniczne. ITI pełni dziś taką funkcję, jaką w III RP pełniła Agora. To wielka zmiana, której znaczenie dopiero zostanie dostrzeżone. (…) Młode, raczej konserwatywne obyczajowo pokolenie, wypiera z "Tygodnika" starą lewicową inteligencję. Czy może być coś bardziej wymownego?

Nie może. Zwłaszcza jak się dobrze przyjrzeć. Jak mianowicie czujniej pochylić się nad tą symboliką, a zwłaszcza nad jej realnym zapleczem, wychodzi niezbicie, iż stara lewicowa inteligencja wyparta z "Tygodnika" składa się z redaktora Jana Strzałki oraz dwu sekretarek: Katarzyny Morstin i Teresy Skoczyńskiej. Ta trójka, ta - jak się okazuje - formacja istotnie odeszła ostatnio z "Tygodnika".

Pracowałem z nimi; w dawnych przedelektronicznych czasach dyktowałem teksty tym dziewczynom - nieraz wyglądały podejrzanie, ale nie przyszło mi do głowy, że trawi je lewicowy mikrob. Co innego Jaś Strzałka, on na symbol starego lewicowego inteligenta pasuje jak ulał - zwłaszcza Gawinowi - urodził się całe trzy lata przed nim, w roku pańskim 1961. Owszem, od biedy można za przywódcę tej wiekowej lewicy uznać Krzysztofa Kozłowskiego, ale po pierwsze, odszedł on nie do końca - dalej jest szefem tygodnikowej fundacji, po drugie, nazwanie Morstin, Skoczyńskiej i Strzałki "pokoleniem Kozłowskiego" zdaje się jednak symboliką trochę naciąganą. Rozmaitych przykrości, kłopotów i też zwyczajnego chamstwa ze strony wypierającego je z pisma "młodego, raczej konserwatywnego obyczajowo pokolenia" te niewiasty zaznały, teraz doczekały, że analitycy współczesności zaliczają je do "pokolenia Kozłowskiego" - czy może być coś bardziej wymownego?

Nikt poza nimi z "Tygodnika" de facto nie odszedł; zlikwidowany został "Zespół" - byt z natury rzeczy i we wszystkich pismach, co ciało takie w stopce umieszczają, złudny - zero sensacji. Tym bardziej, że likwidację raczej modyfikacją nazwać trzeba - liczni członkowie "Zespołu" przerzuceni zostali do kategorii "Stałych współpracowników" i dalej pismo firmują, i dalej w nim piszą. Dalej - miejmy nadzieję - jest to pismo Haliny Bortnowskiej, Ziuty Hennelowej, abp. Życińskiego, Władysława Stróżewskiego czy Mariana Stali. Po Turowiczu wziął gazetę Boniecki i choć jest z pokolenia Kozłowskiego, dalej ją trzyma. Dalej rządzi na Wiślnej stara lewicowa inteligencja - już za moich czasów stara - teraz fest przez czas spustoszona, ale ta sama.

Już za moich czasów Mucharski łysiał, Fiałkowski nabierał sybaryckiej tężyzny, Okoński czerniał, Franaszek popadał w dekadencję. Już za moich czasów Pięciak był starym niemieckim socjalistą, Strzelecki zapalonym kolekcjonerem noży, a Matejanka redaktorką pełną gębą - aż dziw, że jeszcze nikt jej do "pokolenia Kozłowskiego" nie zalicza. Sporniak już wtedy zapowiadał się na wnikliwego badacza kontrowersyjnego zjawiska występowania seksu w Kościele rzymskokatolickim - teraz, jak słyszę, sławny na całą Europę blog w tej sprawie prowadzi. Wszyscy oni zupełnie już łysi, w pełni atletyczni, skrajnie poczerniali, niezwykle wypiękniali, trochę poturbowani i co tam jeszcze - dalej są w redakcji i po staremu nadają "Tygodnikowi" ton.

Na dobrą sprawę jedynym człowiekiem, który serio i radykalnie rozstał się z "Tygodnikiem", jest Marcin Król. (Bartoszewski uczynił to wcześniej). Marcin Król tedy to jest stara lewicowa inteligencja? Serio? A jak nie on, to kto? Turowicz? Gołubiew? Malewska? Oni się jednak wycofali jakiś czas temu. Jest ktoś nowy w "Tygodniku", o kim warto mówić? Może mówić warto, ale jak powiada nieśmiertelna formuła: na druk jeszcze za wcześnie.

Ma się rozumieć, zmniejszenie formatu jest fatalne, ale prawdopodobnie było nieuniknione. Czy jest to fatalność samobójcza - wątpię; i pod tym względem będzie jak było: "Tygodnik" dalej będzie ledwo dychał, ale trwał. ITI kupiła, ale inwestycja nie jest bezgraniczna; "Tygodnik" to nie Legia Warszawa - wynagradzający ewentualne straty awans do ligi mistrzów nie zdarzy się nigdy.

Fatalność zmiany formatu polega na zwiększeniu, w oczywistej konsekwencji, liczby stron - czytelnik przez to odnosi irytujące wrażenie, że liczba nudnych artykułów jest większa niż dawniej. W dodatku te nowe nudne nie są wcale mniejsze od starych nudnych - są nawet większe - teraz całą stronę zajmują, co z tego że mniejszą? "Mniejszość" z czytelniczej recepcji raz dwa wyparuje, już wyparowała - całość, "całostronicowość" pozostanie. "Tygodnik" zawsze zawierał ok. 97 proc. tekstów niezwykle szlachetnych i śmiertelnie nudnych. Swoisty szantaż wywierany przez to na odbiorcę był potężną siłą - zawsze się miało poczucie, że dobrze by było to a to przeczytać, choć w istocie przeczytać było niepodobna. W ogromnej mierze "Tygodnik" istnienie swe zawdzięczał umiejętnie rozbudzanym wyrzutom sumienia czytelników, którzy kupowali kolejny numer, bo było im wstyd, że nie przeczytali poprzedniego. Zazębiało się to i dość sprawnie jechało.

Ale rozbudzanie takich zawstydzeń musi znać proporcję; co innego mieć wyrzuty sumienia, obracając dwadzieścia parę stron, co innego kilkadziesiąt - co z tego że małego formatu? Jak mnie nudzą 24 strony, to może być moja wina, ale jak mnie nudzi 50 stron, to aż tak głupi nie jestem. W ryzyku takiej perypetii, też jest symbolika naszych czasów.

Jak i w tym na przykład, że w przedostatnim numerze redakcja drukuje tekst o paleniu papierosów. Autor z brawurą obwieszcza, iż na początku lat 90. ukazała się w USA książka Richarda Kleina "Papierosy są boskie" i ze swadą ją omawia, i swobodnie cytuje. I nawet się nie zająknie, że rzecz ukazała się po polsku nakładem Czytelnika 10 lat temu, i nie uważa za stosowne zaznaczyć, iż fragmenty tego właśnie przekładu (Jacka Spólnego) przytacza - sprawdzić to łatwo. (Dwie osoby identycznie nie przetłumaczą nawet instrukcji naklejania znaczka na kopertę). Słowem, gazeta drukuje tekst o książce, której nikt w redakcji nawet nie miał w ręce, nikt elementarnych rzeczy nie sprawdził, autor cudzą robotę sobie przywłaszcza, redaktorów robi w trąbę, czytelników ma za debili - jest całkiem jak za moich czasów. Jest, jak zawsze bywało.

Wiadomości o nowych porządkach w "Tygodniku" zdają się na razie grubo przesadzone. A już ich podnoszenie do rangi symbolu nowych czasów - tchnie przesadnym pesymizmem. W normalnym kraju trąbiłyby o tym gazety? W normalnych krajach tak naznaczone symbolizmem gazety jak "Tygodnik Powszechny" nie wychodzą. Normalne kraje w ogóle mają uporządkowany symbolizm. Współczuć im z tego powodu może nie trzeba, ale na pewno nie ma czego zazdrościć. Być może nastał wiek pary i elektroniki. Elektronika bierze władzę - para idzie w gwizdek. Pierwsze zjawisko nie jest sensacyjne, drugie dech zapiera jedynie tym, co dmuchają.